Ocena: 8/10. Posłuchajcie.
Indie
Ringo DeathStarr – Colour Trip
Off Festival jest coraz bliżej, zatem przedstawiam to co Artur Rojek przygotował dla fanów muzyki w tym roku.
Wokalista Myslovitz, który w tym roku z zespołem wydał płytę po raz kolejny będzie poprzez OFF edukował masy, by mogł poznać wiele ciekawej muzyki. No tak, ale co by Artur Rojek zrobił bez tego bloga? Tradycyjnie już, recenzuje płyty zespołów, które mają wystąpić na tegorocznym festiwalu.
Ringo DeathStarr ma już na starcie plusa za ciekawą nazwą odnoszącą się do legendy The Beatles, który niedawno u nas gościł. Tylko nurtuje te „Death”. Czy to chodzi o to, że muzycy pokolenia Ringo Starra już się skończyli? Czy to zapowiedź nowej ery muzyki? Albo także apokaliptycznej wizji świata? Domysłów można mieć wiele, jednak najlepiej będzie się skupić na muzyce. A muzycznie jest dość fajnie.
Po pierwsze jest dość „indie” by przypomnieć sobie to co się słuchało w liceum i jest dość shoegaze’owo a la Pains of The Being of Pure Heart, z tym, że Colour Trip to zdecydowanie bardziej szorstka i brudna płyta (w końcu to kowboje z teksasu). Pełna jazgotliwej gitary i ciut noise’u (ale nie przesadzałbym z tym stwierdzeniem bo zaraz przypomina mi się No Age). Chłopcy z pewnością słuchali za młodu punka, także efekty można usłyszeć na tym albumie. Dla mnie osobiście ta płyta jest dość fajna, ciekawa, interesująca, ale na pewno nie przykuje mojej uwagi na zbyt długo. Teraz pozostaje nam czekać już tylko na Paul DeathMcCartney. Ocena: 6/10.
The Dodos – No Colour
The Dodos, czyli muzyczny duet wprost z San Francisco wydaje w tym roku czwarty album długogrający.
Ich działalność nie jest zbyt długa, gdyż początek The Dodos łączy się z 2006 rokiem (The Spox jest nie wiele młodsze). Jednak mimo, że na rynku muzycznym są od niespełna pięciu lat to zdążyli już wydać cztery album. Jednak nie można powiedzieć, że poszli tylko na ilość bo i jakość tych płyt jest na dobrym równym poziomie. Nie schodzą poniżej trzech gwiazdek na allmusic a i też screenagers ich płyty docenił.
Do sedna, bo nie mam zamiaru rozmyślać wyłącznie o ocenach jakie zebrali w mediach. Przyznam, że słuchając Dodos to jakoś mam przed oczami takie kolory szarości, metaliczne barwy itd. Nie wiem skąd to się bierze, gdyż ich muzyka jest jak najbardziej barwna i rozmaita. Być może, że nazwa tego projektu kojarzy mi się z niedorozwiniętym samolotem dodo z gta III, a może też nazwa płyty, która jasno wali z góry hasło: No Colour. Mniejsza z tym. Bije im mocne brawo za nagranie jednej z lepszych indie płyt w tym roku.
No Colour jest owocem bardzo fajnych pomysłów na brzmienie. Nie nudzi ale i też nie wpływa na nas jak jakiś dopalacz. Miłe, proste, ciepłe granie. Dużo gitary akustycznej, jakieś bębny, od czasu do czasu elektryk. Można by pograć przy ognisku. Meric Long oraz Logan Kroeber stworzyli płytę pełną harmonii, ładu i spokoju. Jest w tym trochę i Belle & Sebastian, od których starają się czerpać nie które pomysły jak i można zauważyć pewne podobieństwa z Xiu Xiu czy też Bear in Heaven. Bardzo ciężko jest stworzyć coś kreatywnego, oryginalnego, jedynego w swoim rodzaju. Równie ciężko jest też trzymać pewien poziom i nie schodzić poniżej progu stanowiącego najlepsza drogę do tandety. Do drugie The Dodos wychodzi a dodając do tego fakt, że ta płyta po prostu mi się podoba to należy się ocena: 7/10.
