Polish Power – rok 2012 w polskiej muzyce

polish powerJak wyglądał rok 2012 nad Wisłą pod względem muzycznym? Odpowiedź znajdziecie poniżej, gdzie przypomnę wszystkie najważniejsze albumy w muzyce mainstreamowej i alternatywnej.

Rok temu zaczynałem od muzyki gitarowej. W tym nie będzie inaczej. Jeżeli chodzi o płyty ocierające się o muzykę rockową, indie rockową itd. to należy w tym miejscu wspomnieć o kilku ważnych albumach. Po pierwsze o płycie „Emergence”  poznańskiego zespołu Plum. Poznaniacy solidnie odrobili lekcje i nagrali materiał składając hołd gitarom z przełomu lat 80. i 90. Podobnie ma się sprawa z krążkiem grupy Turnip Farm „The Great Division”, gdzie również słyszymy wszelakie wpływy najważniejszych kapel indie rockowych. Indie rocka zaczął również grać Afro Kolektyw. Mimo, że nie każdemu nowa płyta przypadła do gustu to na łamach bloga pisałem, że ta metamorfoza okazała się całkiem udana. „Piosenki po polsku” to przyjemna płyta z fajnymi singlami. Nie należy również zapominać o płycie „White Tones” grupy Minerals, której największą zaleta jest rewelacyjne, zachodnie brzmienie. Poza tym o swoim istnieniu przypomniały Muchy, które wypuściły album „Chcecicospowiedziec”. Nowa płyta nie przebija debiutu, ale zdecydowanie jest lepsza od „Notorycznych Debiutantów”. Nie próżnował w tym roku również Hey i grupa Kim Nowak.

A co się działo w alternatywie? Tutaj działo się sporo, było kilka ciekawych, oryginalnych debiutów. Za największe objawienie należy uznać projekt Błażeja Króla UL/KR, który nagrał album o tej samej nazwie. „UL/KR” to podróż w najbardziej schizofreniczne i psychodeliczne miejsca przy jednoczesnym zachowaniu melodyjności. Drugi album na który należy zwrócić uwagę do „Persentyna” zespołu Drekoty, który brak przebojowości nadrabia oryginalnością i polotem. Sporo zamieszania zrobiła wokół siebie grupa Niechęć za sprawą albumu „Śmierć w miękkim futerku”, który dla fanów jazzu jest pozycją obowiązkową. Jeżeli chodzi o ostrzejsze klimaty związane z alternatywą to bezkonkurencyjnie okazali się kolesie ze zespołu Gówno. Ich „Czarne Rodeo” było jedną z najlepszych płyt wydanych w poprzednim roku na ziemi polskiej. Punkowa forma jeszcze się nie wypaliła, poza tym płyta ta ma interesujące drugie dno (zabarwione politycznie). Bezkonkurencyjne jednak okazało się łódzkie trio Kamp!. Ich rewelacyjny, taneczny album „Kamp!” przypomniał mi lata świetności Cut Copy.

Z popu przesłuchałem nie wiele albumów. Zdecydowanie królowały single i pojedyncze piosenki takich artystek jak Kari Amirian, Meli Koteluk czy też Karolina Kozak. Jeżeli chodzi o całe albumy to po raz kolejny królowała Iza Lach, która nagrała typowo wakacyjny krążek „OFF THE WIRE” z udziałem samego Snoop Dogga! Mimo, że płyta jest troszkę nierówna to i tak zasługuję na wysoką ocenę za kapitalność niektórych kompozycji. Poza tym powrót zaliczyła kontrowersyjna Maria Peszek wydając „Jezus Maria Peszek”. Swój drugi album w tym roku wydał projekt Natalii Fiedorczuk, czyli Nathalie and The Loners. Płyta ciekawa, mało przebojowa, ale chwytliwa. Natomiast płyta „Away” Klary jest przyzwoita,  z tymi wszystkimi zachwytami bym tak nie przesadzał. Takich albumów w indie-popie jest wiele. Dobre oceny zebrała również Brodka, która zdecydowała się wydać swoje EP również w formie pudełka z płytą w środku. „Lax” to spora świeżość w polskim popie i świetna zapowiedź przyszłego albumu artystki, zdecydowanie czekam.

Jeżeli chodzi o inne ważne gatunki jak hip-hop czy też metal to niestety muszę zakomunikować, że nie starczyło czasu, chęci i odpowiedniego materiału. Ale to nie koniec! Oto lista 10 najlepszych polskich płyt A.D. 2012:

10. Drekoty – „Persentyna” / Nathalie and The Loners – „On Being Sane (In Insane Places)”

9. Plum – „Emergence”

8. Afro Kolektyw – „Piosenki po polsku”

7. Turnip Farm – „The Great Division”

6. Muchy – „Chcecicospowiedziec”

5. Iza Lach – „OFF THE WIRE”

4. Niechęć – „Śmierć w Miękkim Futerku”

3. UL/KR – „UL/KR”

2. Gówno – „Czarne Rodeo”

1. Kamp! – „Kamp!”

Muzyczne podsumowanie roku 2011: listy gości

Moje podsumowanie już za nami, przedstawiłem Wam listę teledysków, wydarzeń, singli oraz płyt. Jednak czym by były suche, dziennikarskie rankingi bez oceny poprzedniego roku dokonanej przez samych muzyków? Oto listy podsumowujące polskich artystów.

Michał Stambulski – wokalista i gitarzysta zespołu Microexpressions.

Z mojej perspektywy ubiegły rok upłynął pod znakiem przewagi popu, syntezatorów i brokatowego mainstreamu nad gitarami, folkiem i „niezależnością”. Poniżej lista moich ulubionych płyt z 2011.

Miejsce I, II i III:
J*DaVeY – New Designer Drug
Wyróżnienia (kolejność niezobowiązująca):
Beyonce – 4
Taprikk Sweezee – Poly EP
Oneohtrix Point Never – Replica
Rustie – Glass Swords
James Blake – James Blake
Internet – Purple Naked Ladies
Towa Tei – Sunny
Toro y Moi – Underneath The Pine
SBTRKT – SBTRKT
Perfume – JPN
Kanye West & Jay-Z – Watch The Throne

Iza Lach – wokalistka, autorka płyt „Już Czas” oraz „Krzyk”.

Top 5 singli 2011 (POP):

5. Keri Hilson – Loose Control.
4. Nicola Roberts – Beat of my drum.
3. Rihanna – You Da One.
2. Beyonce – Love on Top.
1. Robyn – Call your girlfriend.


The Kurws – jeden z najciekawszych debiutów poprzedniego roku.

Hubert:

Iceage „New brigade” (What’s Your Rupture?)
Pamiętam jak parę lat temu znajoma bywająca często w Kopenhadze opowiadała mi o świetnym zespole dwunastolatków. Żeby zagrać koncert musieli pytać o zgodę rodziców.  Do tej pory nie jestem pewien czy chodziło akurat o Iceage, bo takich grup jest tam co najmniej kilka, ale  słuchając „New Brigade” widzę te tłumy podchmielonych dzieciaków kotłujących się w przestrzeniach legendarnego Ungdomshuset. Budynek istniejącego ponad dwadzieścia lat centrum wiecznie młodej kontrkultury został wyburzony przez polskich robotników, bo duńskie i szwedzkie centrale związkowe solidarnie odmówiły udziału w rozbiórce. W kilku tysięcznych demonstracjach w obronie miejsca szły także wkurwione nastolatki. Jest bardzo prawdopodobne, że były tam także chłopaki z Iceage, bo mieszkając w Kopenhadze, a już szczególnie grając taką muzykę po prostu nie sposób było nie otrzeć się o to miejsce. „New Brigade” to album, który wszedł mi z opóźnieniem. Żeby wprowadzić człowieka w stan hipnozy też potrzebna jest chwila, a dla mnie ta płyta to właśnie hipnoza. Mimo, że kompozycje często są dzikie i nerwowe, to wokal i zimna produkcja nagrań powoduje, że słuchając jej mam wrażenie, że doświadczam czegoś w rodzaju narkoleptycznego zwolnienia. Iceage nie wymyślają prochu, bo to muzyka, a nie wyścig zbrojeń. Ich nawiązania wypadają świeżo i autentycznie. Zresztą wydaje mi się, że fenomen tego zespołu polega na tym, że fundując podróż wehikułem czasu zostawiają nas z wrażeniem, że to nie może dziać się naprawdę. Albo, że jesteśmy świadkami powstawania legendy, która – jak to często z legendami bywa – będzie miała dramatyczny finał.
posłuchaj

Deerhoof „Deerhoof vs. Evil” (Polyvinyl)
Ten zespół od zawsze sam nagrywa i produkuje swoje płyty nie zdając się na etatowych macherów od szołbizu. I bardzo dobrze, bo chyba nie ma dla mnie nic gorszego niż desperackie ciśnienie na sukces. Deerhoof się nie podkłada. Działa po swojemu, szuka świadomie i  znajduje własne rozwiązania. Niektórzy obwieścili, że tą płytą spuścili z tonu. Ta racja opiera się tylko na pozorach. „Deerhoof vs. Evil” to album popowy, którego świetnie słucha się już za pierwszym razem, ale trzeba posłuchać więcej żeby w pełni ujawnił się kunszt z jakim został skomponowany.  Dopiero wtedy pojawia się ta właściwa  przyjemność obcowania z całą masą kompozycyjnych i produkcyjnych zabiegów kryjących się pod powierzchnią infantylnych piosenek. Zespół jest konsekwentny, ale pod żadnym pozorem nie jest to betonowa konsekwencja polegająca na powielaniu wypracowanych przez siebie sztuczek. Zresztą – przecież tu nie o sztuczki chodzi, bo to kojarzy mi się raczej z popychaniem mniej lub bardziej wyrafinowanych banałów. Deerhoof na swoich płytach proponują artrockowe konkrety. To muzyka XXI wieku, która kompulsywnie próbuje przekroczyć samą siebie.
posłuchaj

The Dreams „Morbido”  (Kill Saman Records)
Album zdobył mnie od razu i z całym dobrodziejstwem inwentarza. Francuski duet o wyjątkowo oczywistej nazwie (że ktoś jeszcze na takie wpada?!) dobitnie nawiązuje do dokonań Siouxie and the Banchees, PIL czy wczesnego Tuxedomoon (echa genialnego No Tears z „Desire”) łącząc to w jakiś dziwny i nie do końca zrozumiały dla mnie sposób z surfowymi gitarami, wampirycznymi melodiami, afrykańskimi rytmami prosto z automatu perkusyjnego i karkołomnymi dubowymi wycieczkami. „Morbido” ma analogowe, zdezelowane brzmienie, które wygenerowane zostało za pomocą minimalistycznego instrumentarium i prostych zabiegów. To właśnie prostota decyduje o sile tej płyty. Co znamienne, mam nieodparte poczucie, że w Polsce zespół inspirujący się podobnymi historiami zapodałby co najwyżej kiczowatą i sterylną bułę. Nie napiszę więcej. Nie chcę być zapamiętany jako zdrajca narodowego interesu.
posłuchaj

Kuba:

Na wstępie muszę się przyznać do swojej kompletnej ignorancji jeśli idzie o muzykę tu i teraz. Zwyczajnie zakopałem się w starociach, nie śledzę, być może przeoczam i nie doceniam. Przykłady które podam pod nos podsunęły się same.

Najlepszym koncertem jakiego miałem przyjemność doświadczyć w zeszłym roku, był występ grupy SchnAAk w CRK – kolejny przykład na to, że myśl rocka progresywnego – o ile przepuszczona przez gości z otwartymi głowami – żyje i ma się dobrze.
Pozytywnym zapoznaniem w dziedzinie muzyki krajowej było zobaczenie Oli Rzepki, perkusistki zespołu Dre Koty w akcji. Nie widziałem żeby ktoś w Polsce tak grał! Choć muzyka dziewczyn nie ma z post-punkiem za dużo do czynienia, właśnie tak bym sprecyzował jej styl gry. Odnalazłem w nim swoje ukochane Liliput, the Slits, a z zeszłorocznych porównań już nie tak ukochane Wetdog.  Kolega z zespołu podrzucił skojarzenie z Katrin z the Ex.

Gówno „spowiedź umarłego”
„Jak oni to robią? Przecież to jest ekspresja nie z tej epoki!” – powiedział kolega z zespołu puszczając mi nowy teledysk zespołu Gówno. Po udanej podróbce szlachetnego punko-polo „Telewizor” z odjazdowym teledyskiem jakiego mógłby im pozazdrościć nie jedna lżąca z generała Jaruzelskiego banda aspołecznych popaprańców, przyszła pora na zmianę. Nadal w konwencji retro, nadal w duchu punkowym, ale już innym – zimno-falowym. „Spowiedź umarłego” ma „to coś” co wyróżniało słowiańską zimną falę. Wszystko jest na swoim miejscu: nie jest przesadnie mechanicznie – zapewne dzięki „gówniarskiemu” wokalowi Maćka Salomona przywołującym skojarzenie z wokalistą Nowo Mowy (kawałek „Dekoder” z tonpressowskiej składanki „Jeszcze młodsza generacja”), a jeszcze bardziej ze śp. Skandalem z Dezertera. Z drugiej strony nie jest też zbyt frywolnie, co jest zasługą nostalgicznego, dwuakordowego podkładu (niby automat perkusyjny + gitara + klawisze). Nie za bardzo wiem co sobie odpowiedzieć na pytanie o celowość projektów tak mocno stylizowanych na przebrzmiałe konwencje, ale w przypadku Gówna jest to zrobione na tyle przekonująco, że nie ciamkam tylko słucham.
posłuchaj

Taulard
Mieliśmy zaszczyt zagrać z nimi jeden z paru najlepszych koncertów na naszej przedostatniej trasie. Kwartet Taulard z francuskiego Grenoble to grupka młodych ludzi związanych z działającym tam od niedawna niezależnym miejscem La B.A.F. Teksty ich piosenek – z pozoru wesołych – traktują o podróżach, o uczuciach, o kolegach którzy wyjeżdżają do większych miast zostawiając protagonistów samych z beznadzieją małych miasteczek. Najdramatyczniejszy jest tekst utworu „31/12/00” – wspomnienie wypadku samochodowego, w którym samochód złamał się w pół („jak bagietka”).

Sercem zespołu jest wokalista, kompozytor wszystkich utworów, (trzeba wam wiedzieć że wszystkie kawałki są rozpisane na nuty, i to w ten sposób chłopaki się ich uczyli) jego rówieśnikiem jest klawiszowiec, a dalej średnia wieku już się znacznie zaniża. Najmłodsze w zespole (14-15 lat) jest rodzeństwo. Dwóch muzykujących bez opamiętania braci – basista i perkusista – jest kształconych muzycznie, co słychać. Punk-rock i szkoła muzyczna to bardzo odległe bieguny, kiedy już się stykają, zazwyczaj mieszanka jest karkołomna. Ja osobiście bardzo tą karkołomność lubię (stąd też cieszy mnie nowe wydawnictwo Oficyny Biedota, the Leszczers). Lubię obserwować w których miejscach, który biegun ustępuje. W tym wypadku ustąpiła punkowa ekspresja, na rzecz precyzji, lekkości. Co prawda takie definiowanie punk-rocka to rzecz dyskusyjna, bo we frankofońskim undergroundzie odnaleźć możemy więcej projektów o takiej ekspresji, a jednak w punk-rock się wpisujących, jak Rene Biname (z niepunkowych przykładów przychodzą mi do głowy artyści z kręgu R.I.O.: Debile Menthol, Etron Fou Leloublan, Ferdinand, Albert Marcoeur…), ale wydaje mi się że zarówno dla punkowych towarzyszy ze wschodu jak i dobrych ludzi zza oceanu – że się posłużę takim retro podziałem – jest to ekspresja z trudem akceptowalna. Przynajmniej z początku. W zasadzie ciężko mi odnaleźć argumenty za tym, co miało by – poza obiektywnymi kwestiami środowiskowymi – łączyć muzykę Taulard z punk-rockiem. A może argumenty nie są konieczne, może wystarczy popatrzeć na ich występy na żywo. Jest w nich pewna – i tutaj pewnie pozostanę już kompletnie niezrozumiany – punkowa skromność. Coś bardziej do poczucia, mniej do zrozumienia. Ale rock’n’roll to to nie jest.
posłuchaj

11 „gettokosmos” (Oficyna Biedota)
To musiało nastąpić. Potencjał Marcina Pryta jako tekściarza i oratora prosił się o rozwinięcie od lat. Prośby te zostały wysłuchane na zeszłorocznej, mojej ulubionej od czasów splitu ze Starymi Singers płycie rodzimej formacji Marcina 19 Wiosen pt. „Pożegnanie ze Światem”. Projekt 11 zdaje się, że z tej ostatniej płyty „dziewiętnastek” pośrednio wyprądkował. Oczywiście po drodze był jeszcze TRYP – w końcu w obu projektach prócz Marcina w składzie znalazł się Paweł Cieślak.

TRYP odebrałem jako ostateczne oderwanie od big-beatowej tradycji 19 Wiosen. To, co odświeżyło formułę zespołu na „Pożegnaniu ze Światem”, już w ramach projektu TRYP wyemancypowało się od niej kompletnie. Przyklasnąłem temu co odebrałem jako świadomy wybór, choć bez przekonania. Akurat tak rozumiana syntetyczność i niejaka „taneczność” rzeczonego projektu do mnie akurat nie trafia (wyjątek: teledyskowa wersja „Jedynej Symfonii”, z – jak to ujął kolega – „bachowskimi” pochodami w finale). Ale 11 to już kolejny stopień wyrafinowania. Mocne kwadratowe bity ustąpiły miejsca co najwyżej ironicznym rytmom syntetycznych podkładów perkusyjnych z banku pamięci keyboardu CASIO; dalej, w miejscu arbitralnych, stricte industrialnych zabiegów mamy abstrakcję szumów, w miejscu przyporządkowanych tyranii praw dynamiki pętli – raczej linearne, bliższe muzyce współczesnej myślenie o kompozycji.

Rockowy mimo wszystko sznyt TRYPa i nowego wcielenia „dzięwiętnastek” nie zdołał zdezynfekować ogarniętej postępującą gangreną nie-komercjalizacji muzyki „gettokosmosu” (brzmi szumnie więc zapraszam do polemiki, chciałbym się mylić). Jeśli od powyższych właściwości zdarzają się ustępstwa, to zawsze świadomie. Tak jak w opartym na techniarskim bicie hymnie „Państwo umarło” lub w naiwnym hicie disco lo-fi „Lala Lala” (jeśli ktoś pamięta split Dezertera z radzieckimi kapelami, na potrzeby wydawnictwa wrzuconymi pod wspólny szyld CCCP, być może podzieli moje skojarzenie). Kiedy słucham „gettokosmosu” przed oczami mam „Na srebrnym globie” Żuławskiego, „O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji” Szulkina (Krystyna Janda w roli Lala Lali), i masę niezidentyfikowanych scen z filmów o holocauście. O skojarzeniu z historiami Kafki nie będę się rozpisywał, bo i tak ktoś to zrobi za mnie. Proza, również ta science-fiction, nie jest moją dziedziną. Poprzestanę więc na ocenie, że połączenie futurystycznych tekstów Pryta (pesymistycznych acz nie pozbawionych całkiem słusznie zarzucanej mu ironicznej humorystyki a la Janiszewski z Bielizny) oraz kolaży dźwiękowych Cieślaka jest połączeniem spójnym – a więc udanym. Duetowi udało się obszczać całkiem spore terytorium wokół siebie, dzięki czemu ta pozornie klaustrofobiczna forma może być wylęgarnią jeszcze co najmniej kolejnych jedenastu proroczych historii, wykrzyczanych w twarz zbyt rozsiadłego w rzeczywistości III RP towarzysza dreptaka.

Oczywiście, trzeba się będzie jeszcze rozsmakować się w zapachu moczu. Trzeba zaakceptować trud przedostania się przez smród życia, którego obecności projekty w duchu 11 całe szczęście nie ignorują.
posłuchaj

Werner Cee
Nie było mi dane odwiedzić Kina Dźwiękowego w ramach Kongresu Kultury we Wrocławiu a szkoda, bo chcąc wspomnieć o Wernerze Cee posiłkuję się samym Soundcloudem. Artysta ten ma w sobie urzekający luz – co w kręgach akademickiej elektroakustyki jest dla mnie nowością. Jest jak Cpt. Beefheart z laptopem. W swoich słuchowiskach i kompozycjach poza dźwiękami przechwyconymi skądinąd wykorzystuje gitarę basową i głos. Zdarzają mu się nieco alergicznie przyjmowane przeze mnie romanse z rockiem, ale w tym co przesłuchałem dominuje muzyka ocierająca się o field recording. I w taki sposób chce myśleć o Wernerze Cee. Jest akademikiem z otwartą głową i dystansem, a nie pretensjonalnym, prog-rockowym safandułą.
posłuchaj

Od Autora: To koniec podsumowań roku 2011. Chciałbym z tego miejsca serdecznie podziękować Izie Lach, Michałowi Stambulskiemu oraz Hubertowi i Kubie z The Kurws za swoje autorskie podsumowania. Za rok znowu się odezwę 😉

Muzyczne podsumowanie roku 2011: Płyty

Pora na listę 10 albumów, które moim zdaniem najwięcej wniosły do muzyki i dały najwięcej radości moim uszom. Płyt takich oczywiście było więcej, ale nie chce mi się robić tak rozbudowanych list jak na  Rolling  Stone. Interesują mnie tylko konkrety.

10. The Antlers – Burst Apart. Ranking płyt zacznę od najbardziej klimatycznego i magicznego indie poprzedniego roku. Nowojorski zespół The Antlers postarał się i zaprezentował materiał, który najlepiej jest określić słowami „mistyczny” i „tajemniczy”. Nastrojowe brzmienie gitar dopełnione jest dobrze brzmiącym wokalem. Rozbudowane aranżacje wciągają i co najważniejsze nie nudzą. Dobra pozycja dla fanów Jeffa Buckleya i nie tylko. Jeżeli nie zapoznałeś się z „Burst Apart” to jeszcze nic straconego. Jeżeli chodzi o mnie to takie płyty działają na moją osobę jak lep na muchy. Ciężko przestać mi słuchać The Antlers.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

9. The Weeknd – Echoes Of Silence. Kanadyjski autor zeszłorocznej trylogii ambitnego hip-hopu najbardziej wyróżnił się swoim trzecim albumem wypuszczonym pod koniec roku. „Echoes Of Silence” to powinna być lektura obowiązkowa dla każdego muzyka zabierającego się za r’n’b i hip-hop. W końcu Abel Tesfaye jest uczniem samego Drake’a i wydaje się być kwestią czasu kiedy uczeń pokona mistrza i The Weeknd będzie wyżej notowany w rankingach podsumowujących. Póki co jest dobrze, jak na debiut i ilość wypuszczonego materiału to młody Kanadyjczyk dał radę. Trzy dobre płyty w jednym roku to coś zdumiewającego.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

8. Cold War Kids – Mine is Yours. Do twórczości Nathana Willetta zawsze miałem słabość. Przede wszystkim za rewelacyjny debiut z 2006 roku „Robbers & Cowards”. Na drugim longplayu trochę spuścili z tonu, jednak zeszłoroczny krążek udowadnia, że dalej są w grze. „Mine is Yours” to fajna, piosenkowa płyta z duża porcją smakowitych gitar. Momentami jest patetycznie, ale nie aż za nad to. Dodatkowo po raz kolejny Pan Willett wyróżnił się umiejętnościami tworzenia życiowych tekstów. Trudno było mi odmówić umieszczenia ich na tej liście.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

7. Atlas Sound – Parallax. Ten album jest tak różnorodny, że każdy powinien coś dla siebie znaleźć. Bradford Cox zaserwował nam rożne aspekty swojej twórczości na jednej płycie. No bo jak porównywać do siebie słodko brzmiący „Lightworks” do sennego „Terra Incognita” czy też narkotycznego „Modern Aquatic Nightsongs”? Można sobie tylko zadawać pytanie, czy gdyby album był bardziej wyrównany byłby wyżej w rankingu? Czy byłby po prostu nudny? Nie można jednak odmówić Bradfordowi Coxowi, że posiada unikatowy talent tworzenia dobrych piosenek.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

6. The Diogenes Club – The Diogenes Club. Z Georgiem Michaelem ostatnio krucho, ale mamy przecież The Diogenes Club. Świetne, świeże i pełne życia połączenie popu z muzyką gitarową. Słuchając tej płyty całkowicie się odprężam, a myśli są gdzieś daleko. Bez żadnej napinki, zwykła prostota i chwytliwość tych melodii wystarczają by mnie zrelaksować. Czy też widzicie te różowe chmurki? P.S. Nic nie brałem, wystarczy posłuchać. I want to believe.

przeczytaj recenzję / posłuchaj

5. Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Karmelki i Gruz. Marcin Zagański i reszta wydali w zeszłym roku album wyśmienity. Długo wyczekiwany krążek zaspokoił wszystkie moje potrzeby. Każda minuta na tej płycie ma znaczenie, ma jakiś cel. Styl zespołu nie odbiegł daleko od tego co już było, jest jesienie i depresyjnie z domieszka słodkości. Stąd nazwa „Karmelki i Gruz”. Jest to najczęściej przeze mnie słuchany polski, gitarowy album minionych 12 miesięcy. Teraz już tylko czekamy na jakąś trasę koncertową.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

4. WU LYF – Go Tell Fire To The Mountain. Chyba najoryginalniejszy wokal roku 2011 i jeden z ciekawszych indie rockowych debiutów ostatnich paru lat. Czemu? Brakowało mi takiego zespołu, który zgromadziłby w sobie wszystko co najlepsze z takich kapel jak Wolf Parade, Arcade Fire itd. I jednocześnie bardzo dużo czerpie z dokonań Modest Mouse. Świetne, energiczne, gitarowe nagrania z sensem. Chłopaki udowadniają, że indie się nie skończyło i jeszcze można coś wartościowego z tego gatunku wyciągnąć. Mi się to podoba a wam?

przeczytaj recenzje / posłuchaj

3. Iza Lach – Krzyk. Płyta o której nie wspominałem wcześniej. Teraz nadaje się do tego idealna okazja. Przyznam szczerze, że początkowo zignorowałem fakt, że Iza Lach wydaje nowy album. Dopiero na początku tego roku przesłuchałem „Krzyk” i cóż to byłby za błąd, gdybym to podsumowanie opublikował w grudniu! Drugi krążek Izy to pop spod znaku tego rewelacyjnego. Jest tutaj multum fajnych popowych melodii przyprawionych elektroniką. Charakterystyczny wokal Izy Lach dodaje tej płycie uroku. Te kompozycje są ujmujące nie tylko ze strony muzycznej, ale i także lirycznej. No bo przecież „Najtrudniej jest zobaczyć siebie z drugiej strony”. Jest to z całą pewnością najlepsza polska popowa płyta z zeszłego roku. Niektórzy porównują ją do „Grandy” Moniki Brodki. Jak dla mnie „Krzyk” > „Granda”. To co tu usłyszałem jest po prostu piękne. Brązowy medal dla Izy Lach zasłużony.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

2. Drake – Take Care. Najlepszy album hip-hopowy poprzedniego roku. Drake wydaje się być idealną opozycją do duetu Jay-Z i Kanye West. „Take Care” zachwyciło mnie w 2011 roku świetnymi podkładami, nawijakami prosto z serca, dobrym wyczuciem r’n’b, fajnym klimatem i momentami romantycznym nastrojem. Wczytując się w teksty można dostrzec w nich wiele smutku jak i miłości. Złamane serce nie po raz pierwszy jest tematem płyty genialnej. Bo Drake to artysta genialny co udowadnia w każdym utworze na tym krążku. To jedna z tych płyt, która sprawia nam jednocześnie niezmierną przyjemność w odsłuchu i zarazem wbija nam gwoździe w serce. Wydawać by się mogło, że to sytuacja bez wygranej. Jednak nie. Muzyka tryumfuje.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

1. Destroyer – Kaputt. Daniel Bejar za tą płytę powinien stać się człowiekiem roku według Magazynu People, Newsweek, Piłka Nożna Plus itd. Kaputt jest płytą rewelacyjną. Każda minuta wprowadza nas w błogi stan zadumy i latania w chmurach z wielorybami. Świetny nastrój sielanki wytworzony na tych 9 utworach wspomagany przez miłe dźwięki saksofonu i tego wibrującego basu zasługują na duże uznanie. W moim przypadku na najwyższe. Niektórzy narzekają na nudę i nijakość, ja jej nie zauważam. Dla mnie każda minuta spędzona z ta płytą to był czas z przyjemnością spożytkowany. Poza tym gdy myślę o tej płycie i jej słucham to przed oczami mam czarno-biały obraz Jacka Nicholsona, który kręci się po okolicach miasta aniołów (w tym czasie poznawałem legendarny film Romana Polańskiego „Chinatown”). Generalnie senny klimat na płycie idealnie się sprawdza jako valium dla każdego posiadacza kredytu w frankach szwajcarskich.

przeczytaj recenzje / posłuchaj