Ja i Jeff Buckley

jb_cvrWydawanie pośmiertnych albumów było zawsze dla mnie sprawą kontrowersyjną. Jak można dzielić się  muzyką artysty, którego już nie ma na tym świecie? Czy zgodziłby się na taką publikacje? Może wolałby dopracować pewne dźwięki? A może pewne rzeczy nie powinny nigdy nie ujrzeć światła dziennego i pozostać w brudnopisie? To są pytania na które nie poznamy odpowiedzi nigdy, a przynajmniej w tym życiu. Producenci muzyczni jednak na to nie zważają, gdyż w dzisiejszych czasach liczy się głównie kasa. Dlatego też, tacy muzycy jak Michael Jackson czy 2Pac do tej pory wydają nowe albumu, mimo, że nie żyją już od paru lat.

To samo tyczy się Jeffa Buckleya – amerykańskiego muzyka, który w swoim życiu nagrał tylko jeden album pt. „Grace„. Tutaj recenzowałem go par lat temu. Pan Buckley zginął przedwcześnie, gdyż utonął w rzece Mississipi w 1997 roku. Nie ma co ukrywać, to była ogromna strata dla świata muzyki. Jego debiutancki „Grace” to był majstersztyk pod każdym względem.

you and iNa rynku właśnie pojawiła się kolejna, piąta pośmiertna kompilacja utworów Buckleya. Niestety „You And I” to słaba pozycja. Składa się ona głównie z coverów piosenek takich artystów jak The Smiths, Led Zeppelin czy Boba Dylana. Zagrane tylko przy akompaniamencie gitary nie wprowadzają nowej świeżości, a raczej przypominają zestaw piosenek z którymi Jeff Buckley się tylko bawił. Jest to ciekawa ciekawostka dla każdego fana artysty, jednak jeżeli ktoś szuka tutaj czegoś odkrywczego, to z pewnością tego nie znajdzie. Płyta po dwóch-trzech odsłuchach zaczyna być nudna. I to największy zarzut jaki można zarzucić „You And I„.

Z pewnością nie jest to album, którym sam Jeff Buckley chciałby się pochwalić. Jednak misja została spełniona, płyta się sprzedaje i ma się dobrze w rankingach. Nie chce wmawiać, że wyupuszczanie takich kompilacji to błąd. Taką tezę obala na przykład wydane w 1998 roku „Sketches for My Sweetheart the Drunk”, które było dobrym, acz niedopracowanym dziełem. Jednak trzeba znać pewien umiar, a o tym niektórzy zapominają. Ocena: 4/10.

Posłuchaj

Jeff Buckley – Grace

graceMacie takie płyty na które nie powiecie ani jednego złego słowa? Takie płyty, które polecicie komuś bliskiemu? Bez zastanowienia. Tak po prostu. Takie płyty o których zawsze będzie się pisać dobrze? A wykonawcę zachwalać w nieskończoność? Ja taka jedną płytę właśnie teraz słucham i o niej chce napisać.

Jeffrey Scott Buckley nagrał w swoim krótkim życiu płytę ideał. Można w zasadzie powiedzieć, że został stworzony tylko po to by nagrać „Grace„. Kilka dni przed wydaniem drugiego albumu zmarł tragicznie tonąc w rzecze Missisipi. Czyżby taka była wola z góry? Można wiele na ten temat rozmyślać. Jednak Jeff był już bogiem żyjąc na ziemi. Bogiem muzyki. I mimo, że już nie żyje to pamięć o nim nie znikła. Wciąż są wydawane jego pośmiertne albumy. Chodź w tym momencie zawsze się zastanawiam czy chodzi o pieniądze czy o okazanie hołdu artyście? Oczywiście nikt nie robi mu ołtarzyków jak na przykład Cobainowi. Mu to nie jest potrzebne, bo on był na prawdę wielki. On nagrał „Grace„.

Nie wiem co napisać o muzyce na tej świetnej płycie? Żadne słowa w pełni tego nie opiszą. Postać Buckleya opisuje sama muzyka. I jeżeli mamy taki właśnie przypadek, że artystę opisuje to co stworzył to znaczy, że mamy do czynienia z wielkim artystą. W tym momencie przed recenzentem jest trudne zadanie. Pisać o muzyce Jeffa Buckleya to tak jak pisać o samym Bogu. Mogę powiedzieć, że jeżeli istnieje coś takiego jak muzyka doskonała to taką muzykę właśnie tworzył chłopak z Kalifornii. Cała płyta to jego dzieło. Multiinstrumentalista. Obecnie takie rzeczy to rzadkość. Mamy gwiazdę: „Tu masz tekst, my zagramy, ty tylko śpiewaj. A jak zafałszujesz to spoko mamy od tego programy komputerowe”. Jeff to przykład jak być wielkim.

I co tu więcej napisać? Szkoda słów. Grace trzeba posłuchać by zrozumieć. Inaczej się nie da. Ocena 10\10. Hallelujah