Muzyczne zaległości z 2024

Klasycznie już, zanim podzielę się z wami moim muzycznym podsumowaniem za rok 2024 i przejdę do recenzji nowych wydawnictw i wydarzeń, dorzucę swoje 3 grosze do płyt o których należy wspomnieć w kontekście mijającego roku. Oczywiście, takich płyt jest z pewnością więcej… Dużo więcej, ale pamiętajcie, że obecnie dziennie pojawia się więcej nowej muzy niż w przeciągu całego 1989 roku. Także, nawet sztuczna inteligencja by tego nie ogarnęła. Oto słów kilka na temat wykonawców, o których moje muzyczne sumienie nakazuje wspomnieć.

Kendrick Lemar – GNX. Ogólnie plan był taki by poświęcić tej płycie pełnoprawną recenzję na moim blogu. Niestety nie udało się, nad czym ubolewam, gdyż spędziłem przy niej na prawdę sporo czasu. Fanem Kendricka jestem już od grubo ponad dekady i z wypiekami na twarzy wyczekuję jego każdego nowego wydawnictwa. Tak samo było z „GNX„, który ukazał się dwa lata po premierze „Mr. Morale & the Big Steppers„. Pomimo tego, że bardzo dobrze znam jego dyskografię to i tak potrafi mnie zaskoczyć przy każdej nowej płycie. Okładka jednak dobrze sugerowała, że album będzie opierał się na oldschoolowym klimacie lat 90 i będzie tutaj mnóstwo nawiązań do korzeni muzyka. Nie jest to koncept album, ale zestaw 12 utworów, w którym pojawiają się ważne aspekty życia czarnoskórej społeczności. W zasadzie każdy z tych utworów mógłby być singlem promującej, z drugiej jednak ciężko mi wskazać, który byłby w tej roli najlepszy. Mocno wyrównana płyta, na której czuć niesamowity i kolejny dowód na to, że Kendrick Lamar to czołowa postać amerykańskiego rapu, który ma wiele do powiedzenia. Warto także wspomnieć, że to pierwsza jego płyta nie wydana w Top Dawg Entertainment. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Tyler, The Creator – CHROMAKOPIA. Tutaj w zasadzie jest ta sama sytuacja co z wyżej omawianym albumem „GNX” od Kendricka Lamara. Był plan na osobną recenzję, bo w końcu jestem wielkim fanem twórczości Pana Okonmy… Co więcej ostatnio dowiedziałem się, że Tyler będzie promował płytę w Krakowie. Szkoda tylko, że bilety się wyprzedały. Nie rozkminiam jak ta informacja mnie ominęła? Obserwuję w social mediach wszystkie ważniejsze muzyczne portale i jestem na bieżąco z jakimiś pierdołowatymi informacjami, że dziś mija 4 rocznica wydania jakiejś mało ważnej płyty zespołu, co swoje najlepsze dzieło wydał 20 lat temu… lub spamiami o Sabinie Carpenter albo Taylor Swift. Powiem, wam, że te social media to jakieś gówno w ostatnich latach i przez ten przesyt nic nieznaczących postów człowieka omijają ważne informacje…. Wracają jednak do płyty „CHROMAKOPIA„. No jest genialnie jak zwykle. Tyler od okresu wydania „Cherry Bomb” wciąż mnie zadziwia i to pozytywnie. Ten gość ma taką lekkość w zabawie muzyką, mieszaniu gatunków, lawirowaniu pomiędzy popem, r’n’b a rapem. Każdy najdrobniejszy detal, osobny dźwięk, wyśpiewana zwrotka, zarapowane słowo to majstersztyk. Tutaj nie ma słabych momentów. 14 niezwykłych utworów do których chce się wracać. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Jessica Pratt – Here In The Pitch. Czwarty w dorobku album amerykańskiej wokalistki to jej opus magnum. „Here In The Pitch” to muzyka nie z tej epoki, nie z tych czasów. I to jest w nim najpiękniejsze. Uroczy, lekki klimat lat 60 przywołuje na myśl kluby z Zachodniego Wybrzeża, gdzie przy papierosku i szklance dobrego trunku obcowało się z piękną muzyką. Jeżeli jeszcze kiedykolwiek David Lynch wróci do kręcenia filmów bądź seriali to nie wyobrażam, sobie by nie zaśpiewała tam Jessica Pratt. To jeden z tych charakterystyczny wokali, który potrafi utkwić w głowie na bardzo długo. Piękna płyta. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Cindy Lee – Diamon Jubilee. Przyznam się, że przesłuchałem tą płytę raz i w zasadzie nie urzekła mną na tyle bym mógł powiedzieć „HEEEJ LUDZIE TO JEST NAJLEPSZY ALBUM 2024 ROKU !!!!!1111!!!”. Potrafię jednak zrozumieć, dlaczego może komuś się podobać i widzę w niej wiele pozytywnych rzeczy. Stojący za projektem Cindy Lee kanadyjski gitarzysta i wokalista Patrick Flegel ma w końcu sporo doświadczenia w muzyce. W latach 2007-2012 był liderem grupy Women, z kolei „Diamon Jubilee” to siódmy album w dorobku pod pseudonimem Cindy Lee. Słychać tutaj inspiracje Arielem Pinkiem oraz amerykańskim folkiem. Płyta składa się z 32 utworów, podzielonych na dwa dyski i trwa ponad dwie godziny. Co jak na longplay jest znacznie za długo. Co więcej albumu nie znajdziecie na Spotify, dlatego jesteście skazani go słuchać online na YouTube. A chyba wiecie jak wygląda słuchanie muzyki na tym serwisie bez wykupionego premium? No właśnie… Może te wszystkie aspekty spowodowały, że nie miałem ochoty wracać do tej płyty i bardziej się w nią zagłębiać? Z pewnością miały wpływ na moją ocenę, która wynosi: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Nala Sinephro – Endlessness. Drugi w dorobku album 28-letniej Belgijki to najlepsza rzecz jaką miałem okazję usłyszeć w klimacie ambientu i jazzu w minionym roku. Składający się z 10 utworów krążek „Endlessness” zabiera słuchacza w inne światy a zarazem eksploruje europejską muzykę elektroniczną poprzedniego wieku. Sporo tu nawiązań do klasyki, jak i wiele świeżych pomysłów. Świetny podkład muzyczny do panującej obecnie aury. Niby zima a trochę jesień. Mi jednak najbardziej przypadł do gustu sposób w jaki jest łączona na tym wydawnictwie muzyka elektroniczna z jazzowym saksofonem, prawdziwe mistrzostwo. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

10 Najlepszych płyt 2022 roku

Oto lista 10 najlepszych (moim skromnym zdaniem) zeszłorocznych albumów muzycznych. Mimo, że nie przesłuchałem wielu płyt to i tak miałem w czym wybierać przy tworzeniu listy. Poniżej finalny efekt.

10. Bonobo – Fragments. O najnowszej płycie muzyka z Brighton powiedziano w zasadzie już wiele. I tak, jest to prawda, że to jego jedna z najlepszych płyt. Na „Fragments” Anglik zachował idealną równowagę z onirycznym klimatem a parkietowym basem. W końcu to lider nieoczywistych mieszanek w muzyce. Do tańca porywają wspaniałe „Rosewood” czy też „Otomo„. Z drugiej jednak strony jest sporo kawałków do zwykłej komplementacji i rozmyślań jak chociażby „Tides”. Sporo roboty robią tutaj występy gościnne. Na szczególne wyróżnienia zasługują przede wszystkim Jamila Woods oraz Jordan Rakei. Niby to siódmy już longplay w jego kolekcji, a koleś dalej potrafi wymyślić proch. Dobry album zarówno na karnawał, jak i na post.

9. Trupa Trupa – B Flat A. Gdański band Trupa Trupa nie zwalnia tempa. Grzegorz Kwiatkowski i spółka ponownie udowadniają, że post-punk żyje i ma się dobrze. Mroczne, psychodeliczne, momentami transowe kawałki potrafią porwać. Zwłaszcza taki „Kwietnik„, „Uselessness” czy też otwierający całość „Moving„. Najnowsza pozycja od Trupa Trupy (jak każda ich płyta w zasadzie) ma niepowtarzalny klimat. I mimo, że nie tworzą rozbudowanych utworów, to ich muzyka po prostu działa. Dlatego też doceniam ponownie i pozdrawiam ze Śląska.

8. Kendrick Lamar – Mr. Morale & The Big Steppers. Kendrick kazał na siebie czekać z nową płytą aż 5 lat. Sporo w tym czasie się wydarzyło, ale jedno pozostało niezmienne – płyty Lamara to sztos. I mimo tego, że to najmniej singlowy jego krążek przy jednoczesnym najdłuższym materiale to udało utrzymać mu się równy, wysoki poziom. Ponownie uderza w poważne tony poruszając mocne tematy i tworzy pewnego rodzaju historię na miarę dnia świra w Compton.

7. SZA – SOS. Tak jak wspomniany wcześniej Kendrick, tak i Solánia Imani Rowe wydała imponująco długi materiał. I tak jak raper z Compton, piosenkarka z St. Louis także jest gwarancją wysokiego poziomu wydawniczego. Jej poprzedni krążek „Ctrl” został ciepło przyjęty, tak samo jest i z „SOS„. Najnowsza produkcja SZA ląduje to na różnorakich podsumowaniach i plejkach a recenzenci i słuchacze nie szczędzą ciepłych słów. Powód? Bo to po prostu cholernie dobra i równa płyta.

6. Jad – Ból. No cóż, gdybym miał opisać Polskę AD 2022 jedną płytą to wybrałbym najnowszy album grupy Jad. Nie chcę zagłębiać się w politykę, ale czy da się tego nie robić pisząc o punk rocku? Jak wspominałem w recenzji śmierć z kosą, zalana krwią na tle konturu Polski i słowa „BÓL”, „JAD” to po prostu wypisz, wymaluj nasz piękny kraj. A muzyka? Kozak!

5. FKA Twigs – CAPRISONGS. Debiutancki mixtape FKA Twigs był moim ulubionym zeszłorocznym materiałem z pogranicza R’N’B i popu. Świetne, rozbudowane melodie i urzekające teksty sprawiały, że na początku roku dość sporo słuchałem „CAPRISONGS„. Teraz wróciłem do tego albumu i działa nadal tak samo. Tahliah Debrett Barnett potwierdza tym krążkiem, że wciąż jest w formie i po udanych płytach „LP1” i „Magdalene” wciąż potrafi i może zachwycić słuchacza.

4. Pusha T – It’s Almost Dry. Pusha T i najlepsza rapsowa płyta roku? Ziobro zdziwienia. W końcu Terrence Thornton od dawna wypuszcza wyłącznie mocne rzeczy. Nie inaczej jest tym razem. Klimatyczne beaty, świetna nawijka, przystępny czas odtwarzania (żadne tam półtoragodzinne epopeje) i dobrze dobrana lista gości. Raper z Nowego Jorku dawno temu odkrył receptę na sukces i póki co sprawdza się. Po co więc ucinać kurze złote jaja?

3.Weyes Blood – And in the Darkness, Hearts Aglow. Przyznam się, że dość długo zabierałem się za przesłuchanie tego albumu. Gdy jednak to zrobiłem to z miejsca wskoczył do pierwszej trójki mojego podsumowania. W recenzji określiłem ten krążek jako monumentalny. Zdania nie zmieniłem. Śliczna płyta.

2. Beach House – Once Twice Melody. Szczerze powiedziawszy to nie sądziłem, że dream popowy duet Victoria Legrand – Alex Scally jeszcze kiedykolwiek mnie zaskoczy. Zwłaszcza, że to ich już 8 album a wcześniejsze płyty były do siebie łudząco podobne i jednakowo nudnawe. W przypadku „Once Twice Melody” sytuacja na papierze wygląda podobnie. Płyta składająca się z czterech krążków, 18 utworów i prawie półtoragodzinny materiału. Co to jest? Jakaś kolekcja klasyki czy kolejny mixtape Drake’a?!? Okazało się jednak, że płyta na prawdę daje radę i bardzo dobrze się tego słucha. W zasadzie na tyle dobrze, że urzekły mnie te melodie. Chyba w końcu udało im się uderzyć w odpowiednie tony, które mnie wciągnęły.

1. The Smile – A Light For Attracting Attention. Można by pomyśleć, że miejsce pierwsze za zasługi Radiohead. Nie w moim przypadku. Wstyd się przyznać, ale ten album mnie uwiódł gdy jeszcze nie wiedziałem, że to robota Thoma Yorka z Greenwoodem. Oczywiście, cały czas słyszałem, że ten wokal jest łudząco podobny do wokalisty z Oxfordu a styl zespołu do złudzenia czerpie z radiogłowych. W końcu nie wytrzymałem i wujek google mnie oświecił. Jednak pierwsze zauroczenie było jeszcze z nieznanym mi, nowym zespołem. Teraz gdy znam prawdę to w sumie nie czekam już na nową płytę Radiohead. The Smile absolutnie mi wystarcza, takiego Yorka chcę słuchać. Świetna płyta, aczkolwiek wielkich płyt Radiohead nie przebija. Przypomina mi „In Rainbows„, które de facto doceniam.

Kendrick z koroną cierniową – recenzja „Mr. Morale & The Big Steppers”

To niesamowite, że na najnowszą płytę Kendricka Lamara trzeba było czekać aż pięć lat. Jego wcześniejszy longplay „DAMN” ukazał się w 2017 roku, a od tego czasu tak wiele się wydarzyło… Zmieniali się prezydenci w USA, akcja „me too”, zamieszki po śmierci George’a Floyda, Covid, inflacja, wojna. Kendrick w tym czasie dojrzewał by szczerze podzielić się ze słuchaczami co go trapi. Efekt tych przemyśleń to „Mr. Morale & The Big Steppers” – płyta na której Kendrick się otworzył.

Zapomnijcie o bangerach i hitach. Nie znajdziecie tutaj ich. To jedyna płyta rapera z Compton, gdzie ciężko doszukać się utworów nadających się na single. A materiału jest sporo, bo prawie 75 minut. Dwa krążki podzielone po 9 utworów. Lamar zawsze szedł swoją drogą i nagrywał rzeczy wielkie. Tak jest i tym razem. Raper odrzuca popularne trendy i opiera siłę płyty na szczerości, kapitalnym flow i świetnych tekstach. Co nie zmienia faktu, że muzycznie to także dobra rzecz. Napomknę tylko, że słychać tutaj inspiracje Radiohead czy też Jamesem Blakem.

Nie będę owijał w bawełnę. Lubię koncept-albumy, dlatego też „To Pimp a Butterfly” cenię bardzo. W tym przypadku także kupuję tę historię. Już okładka zdradza na ten temat wiele. Amerykańska wersja Dnia Świra, tylko, że na poważnie. Rodzinne kłótnie, sprzeczki, rozważania na temat przekazywania toksycznej męskości, temat wykorzystania seksualnego jego matki, rozkminy o problemie transseksualności. Jak widać tematy są grube i nie jest to pierdololo o gibonach, imprezach i dupach. Wystarczy wsłuchać się w „Mother I Sober„, gdzie pojawia się temat wykorzystania jego matki i wpływie tego typu zachowań na czarne społeczeństwo w USA. Innym ważnym tematem jest odmienność seksualna. W utworze „Auntie Diaries” krytykuje siebie, społeczeństwo i kościół katolicki za podejście do osób LGBTQ. W „Father Time” rozważa o wpływie zachowań ojca a mocno komentowane „We Cry Together” to obraz kłótni z podziałem na role.

‚Faggot, faggot, faggot,’ we can say it together

But only if you let a white girl say ‚Nigga’

Słów parę o występach gościnnych. Tym razem brakuje ziomków z TDE. Pojawia się za to Sampha, która robi refren w „Father Time„. Amanda Reifer uświetnia „Die Hard” a Ghostface Killah po raz kolejny udowadnia, że wciąż jest w grze dzięki występowi w „Purple Hearts„. Pojawia się także Baby Keem, Sam Dew, Tanna Leone oraz Beth Gibons z Portishead. Jest także jedna kontrowersja za sprawą Kodak Black, który po aferze z raperką Latto nie jest w ostatnim czasie mile widziany gdziekolwiek.

Ok, zdaje sobie sprawą, że nie jest to najlepszy album rapera z Compton. Jednak bądźmy szczerzy. Ciężko jest przebić takie krążki jak: „good kid, M.A.A.D. City„, „To Pimp a Butterfly„, „Senction 80” czy też „Damn”. Nie mniej to wciaż wysoki poziom, a co więcej poziom nie osiągalny dla innych. Mówicie, że Pusha T czy też Vince Steples mają w tym roku lepsze krążki? Może, ale i tak „Mr. Morale & The Big Steppers” jest pozycją obowiązkową do sprawdzenia. A kto nagrał lepszy album – czas pokaże. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.