of Montreal zainteresował mnie w momencie gdy dowiedziałem się, że wystąpią w tym roku na Off Festival. Przedtem przyjmowałem do wiadomości, że istnieje taki zespół i gra muzykę łączącą pop z indie itd jednak nie słyszałem żadnej ich płyty w całości. Musiałem nadrobić zaległości by jechać na Off w pełni przygotowanemu.
Na początku nazwa mi ich skojarzyła z zespołem, który pochodzi z Kanady. W końcu Montreal to największe miasto w Kanadzie. Stąd moje domysły, jak się później okazało błędne bo Barnes z resztą paki pochodzą z United States of America! Dlaczego więc of Montreal zamiast of America? Przecież uważa się, że Amerykanie są mocno dumni z tego skąd pochodzą a właściwie z tego gdzie mieszkają. Pochodzą oni z całego Świata przecież. Nieważne. Chodzi mi o to, że na początku mieli już plusa bo lubię Kanadyjską muzę bo od razu mam w głowie coś takiego jak Arcade Fire, Wolf Parade czy Broken Social Scene. A z Amerykańską muzą jest to różnie. Aczkolwiek jest u nich raczej więcej dobrej muzy niż chujstwa. of Montreal zaliczę do dobrej muzy, ba, zajebistej muzy.
Przesłuchałem 3 płyty. I każda z tych płyt jest najlepsza. Nie będę zagłębiał się w tym czy Satanic Panic In the Attic jest lepsze od The Sunlandic Twins albo czy HFAYTD dorównuje poprzedniczkom. Dla mnie 3 zajebiste płyty na porównywalnym albo nawet na całkowicie równym poziomie. Podoba mi się taki popowe brzmienie. Jest w tym indie. Jest elektronika też. Kevin Barnes to unikat. Podoba mi się jego styl. Na Hissing Fauna… jest mnóstwo zabiegów wokalnych typu uuu uuu uuu czy paraparaparapapra by muza wpadała w ucho. W dodatku pomagają w tym różnorakie dźwięki cymbałków albo klawiszy. ogólnie jest to w ciul melodyjne. Nie oznacza także, że razem z melodyjnością pojawia się banalność. Nie ma tu mowy o prostactwie muzycznym. Wszystko na najwyższym poziomie.
Mimo, że płyta wyszła w styczniu to śmiem twierdzić, że idealnie pasuje do letnich klimatów. Wyobrażam sobie leżenie na plaży, smażenie się, picie zimnych drinków a w tle of Montreal. W zasadzie nie muszę sobie tego wyobrażać bo jest lipiec. Na zewnątrz 30 stopni w moim klimatyzowanym mieszkaniu ze 50 stopni, leżę jajcami do góry, pije colę z lodem i niemiłosiernie męczę to PC, to MP3 of Montreal.
To w zasadzie ostatni zespół, który przedstawiam przed Offem. Długo się zastanawiałem co napisać o tej płycie, długo się zastanawiałem o której płycie napisać i najdłużej się zastanawiałem co napisać by nie brzmiało to w stylu: „lubię of Montreal bo jest fajny”. Wczorajszy dzień był dniem rozważań „muzyka of Montreal a taneczność”. Siedziałem, słuchałem i się zastanawiałem. Aż w końcu usłyszałem kroki zmierzające w stronę mego pokoju. Po raz pierwszy moja matka (40 l.) w jakimś stopniu przyczyniła się do mojej recenzji. Jak? Zaobserwowałem zmianę jej ruchu na taneczny w momencie gdy usłyszała jeden z utworów of Montreal i zdawało mi się nawet, że powiedziała, że fajne. W ten sposób uznaję muzykę of Montreal jako taneczną. Popieram tą tezę moimi obserwacjami. Muszę tu podkreślić, że moja mama to lubi muzę w stylu viva i rmf fm i rzadko się odnosi do moich zainteresowań muzycznych, gdyż twierdzi, że słucham muzyki szatana (Cool kids of Death) albo muzyki, która negatywnie wpływa na jej samopoczucie. Radiohead ją dołuje a gdy słyszy The Hives albo coś bardziej rockowego to stwierdza, że staje się agresywna od takiej muzyki. Czyli jak widać mój obiekt doświadczalny był raczej trudny.
No i patrzcie, całkiem długa recenzja się zrobiła. Posłuchajcie of Montreal w domu, nie przegapcie ich występu na Off Festival bo to może być większe wydarzenie muzyczne w Polsce niż koncerty Nelly Furtado albo Celin Dion. Ocena: 8\10. Jesteś destruktorem?