Podsumowanie dekady. Najlepsze płyty z lat 2011-2020 część 1

Okazuje się, że w swojej ponad 10 letniej działalności blogerskiej, nigdy nie stworzyłem listy podsumowującej dekadę. Głównym powodem jest z pewnością fakt, że blog powstał w 2007 roku i ciężko byłoby się cofnąć o 7 lat, gdy było się jeszcze dzieckiem by pisać o takich płytach jak „Kid A„, „Verspertine” czy też „The Glow Pt.2„. Nie mniej nadrabiam teraz tą zaległość podsumowując minioną dekadą. Lata 2011-2020 to okres, który dość dobrze ogarnąłem pod kątem muzycznym. Jednak nie mam zamiaru bawić się w ustawianie płyt na poszczególnych miejscach. Szczerze to absolutnie nie wiem co miałoby być moim numerem jeden i boję się, że różnica pomiędzy podium a miejscami takimi jak chociażby 13, 27 czy 32 byłaby znikoma a może i zerowa. Dlatego postanowiłem na wyróżnienie 60 tytułów, które uważam za najlepsze z mijającej dekady. Ta lista to esencja muzyki z tego okresu, którą powinno się znać.

A$AP Rocky – AT.LONG.LAST.A$AP (2015). Rakim Nakache Mayers, znany szerzej jako A$AP Rocky przeszedł w minionej dekadzie ciekawą drogę rozwoju. Debiutował kapitalnym mixtape’em „Live. Love. A$AP” w 2011 roku. Dwa lata później ukazał się pełen hitów debiut „LONG.LIVE.A$AP„. Jednak dla mnie najlepszym jego krążkiem jest wydany w 2015 roku „AT.LONG.LAST.A$AP„, który dopełnia trylogię. To najbardziej dojrzały i przemyślany album w jego karierze. Pod względem produkcyjnym oraz zwrotek Rakima przewyższa resztę. Poza tym do współpracy zostali zaproszeni ciekawi goście w postaci Roda Stewarta, Miguela, Marka Ronsona, Lil Wayne’a czy też Kanye Westa.

Arctic Monkeys – AM (2013). Co prawda arktyczne małpy już od dłuższego czasu przechodził metamorfozę. Już w 2009 roku za sprawą Josha Homme’a nabrali cięższego brzmienia na albumie „Humbug„. Pewnego rodzaju kontynuacją było „Suck It and See” wydane dwa lata później. Doskonałość przyszła dopiero na „AM„. Brytyjczycy tutaj ładnie połączyli gatunki od black metalu po bardziej taneczne rytmy soulu czy też R’n’B. Melodie Velvet Underground połączyły się z riffami Black Sabbath, a całość została dopieszczona różnymi detalami jak choćby chórki Josha Homme’a, który stwierdził, że to „mocno taneczny i seksowny album”. Longplay z 2013 roku stał się nowym otwarciem dla grupy, który porzucił łatkę indie rockowej gwiazdy z epoki New Rock Revolution na rzecz ulizanych fryzur, motocykli i skórzanych kurtek oraz grania uwodzicielskiego rocka.

Beyonce – Lemonade (2016). Miniona dekada była mocno owocnym czasem dla żony Jaya Z. Zarówno „4” jak i „Beyonce” to fajne krążki, ja jednak postawiłem na „Lemonade” wydane w 2016 roku. Artystka ponownie śpiewa o czarnym feminizmie oraz o problemach Afroamerykanek. Muzycznie sampluje folk oraz łącząc ze sobą bluesa z r’n’b. Na płycie świetnie się odnaleźli zarówno Jack White jak i Kendrick Lamar oraz James Blake. Można prywatnie nie lubić małżeństwa Curtisów, lecz trzeba przyznać, że Beyonce jest jak wino. Im starsza, tym lepsza.

David Bowie – Black Star (2016). Ta płyta to niezwykłe i idealne pożegnanie się z Światem Davida Bowiego. No cóż, artysta nietuzinkowy, naznaczony przez kosmos zafundował niespotykane doznania swoim fanom i nie tylko. Nie jest to z pewnością jego najlepsza płyta w dyskografii, lecz trzeba zaznaczyć, że jedna z najważniejszych. 2 dni po premierze „Black Star” David Bowie nie umarł, lecz powrócił do swojego Świata. Oczywiście miało to największy wpływ na popularność krążka, ale dla mnie i tak byłby numerem jeden tamtego czasu. Ostatni materiał Bowiego zgromadzony na tym wydawnictwie potrafi sam się obronić.

Car Seat Headrest – Twin Fantasy (2018). W sumie ciekawa sprawa z tym albumem. Pierwotnie ukazał się w 2011 roku, jednak zespół dzięki niemu nie zrobił kariery a sam krążek zaginął w czeluściach internetu. W 2016 roku za sprawą „Teens of Denial” o grupie z Leesburg w stanie Virginia zrobiło się głośno. W zasadzie stali się nowymi gwiazdami indie rocka i ulubieńcami Pitchforka. Dlatego też przypomnieli sobie o zapomnianym już krążku „Twin Fantasy” i postanowili go odświeżyć. Był to oczywiście strzał w dziesiątkę, gdyż materiał na „Twin Fantasy” okazał się na tyle dobry, że o zespole ponownie zrobiło się głośno. Wspaniały, energiczny i wciągający indie rock zachwyca niczym Modest Mouse czy Pavement za swoich najlepszych lat.

Cloud Nothings – Attack On Memory (2012). Pozornie to tylko 8 utworów, ale ile w tym energii. Grupa z Cleveland w Ohio na wysokości swojego trzeciego albumu osiągnęła doskonałość. „Attack On Memory” to najlepsza rzecz jaka się przytrafiła muzyce gitarowej w minionej dekadzie. Mocne, punkujące brzmienie zahaczające momentami o screamo-hardcore to nie muzyka o którą można by ich podejrzewać, gdy zobaczymy jak chłopaki prezentują się na co dzień. Pozory mylą, bo kolesie ostro dają czadu. Dalsze ich albumy były również udane, ale nigdy więcej nie osiągneli tego samego poziomu co na krązku z 2012 roku. Dlatego też jest tak unikalny. Aha, wspominałem, że nagrali wspólną płytę z Wavves? Każdy kto ma sztamę z Nathanem Williamsem, ma ją też z ekipą Paweuu Alternativ Blog.

Chance The Rapper – Coloring Book (2016). Chancelor Johnathan Bennett znany jako Chance The Rapper może uznać za minioną dekadę za udaną. Od momentu ukazania się jego pierwszego mixtape’u „10 Day” w 2012 roku u rapera słychać był nieustanny wzrost formy. Wydany rok później „Acid Rap” zwrócił wszystkie oczy środowiska na jego osobę, jednak to „Coloring Book” z 2016 wydaje mi się jego najbardziej kompletnym materiałem. Jak sugeruje nazwa jest tutaj kolorowo, zwłaszcza od zestawu gości, którzy się udzielają: Kanye West, Lil Wayne, 2 Chainz, Young Thug, Future czy też Justin Bieber. Jednak na to, że widzimy różne barwy słuchając tego krążka miał  największy wpływ dźwięk podkładów. A te są świetne. Umiejętne samplowanie plus rozbudowana produkcja tworzą wysokiej jakości produkt, który został doceniony przez krytyków i fanów.

Chromatics – Kill For Love (2012). Zespół z Portland w minionym wieku to ulubiona pożywka dla twórców filmowych i serialowych. Piosenki Chromatics usłyszeliśmy m.in. w „Drive„, „Taken 2„, „Bates Motel„, „Mr. Robot„, „Gossip Girl” czy też „13 Reasons Why„. David Lynch poszedł nawet o krok dalej i w nowym sezonie Twin Peaks, Ruth Redelet z ekipą występowała na żywo na scenie The Bang Bang Bar. Słuchając „Kill For Love” nie mam żadnych wątpliwości dlaczego tak się dzieje. Hipnotyczna, momentami psychodeliczna a zarazem melodyjna muzyka zespołu idealnie pasuje do klimatycznych ujęć filmowych. Album z 2012 roku to idealny soundtrack zarówno do samotnych, nocnych przejażdżek samochodem jak i spotkań przy piwie. Zespół zgrabnie tutaj miesza elektroniczny synth-pop z elementami dream popu i indie rocka. Nikt w minionej dekadzie nie grał tak klimatycznie muzykę electro od przedstawicieli wytwórni Italians Do It Better.

D’Angelo and The Vanguard – Black Messiah (2014). Michael Eugene Archer nie rozpieszcza swoich fanów. Jego muzyczne wydawnictwa ukazują się raz na dekadę, jednak jak już się ukażą to są to SZTOS ALBUMY. „Black Messiah” w mojej ocenie był najlepszym longplayem 2014 roku. Pulsujące rytmy R’n’B łączą się z niesamowitym wokalem D’Angelo. Już pierwsze dźwięki „Ain’t That Easy” sugerują, że mamy do czynienia z czymś wielkim. I tak jest w rzeczywistości bo „Black Messiah” to płyta wybitna i ważna dla gatunku. Mam nadzieję, że na kolejny krążek artysta nie będzie kazał czekać 14 lat! Jednak jeśli miałby być takim samym złotem, to mogę czekać kolejną dekadę.

Deafheaven – Ordinary Corrupt Human Love (2018). Nikt tak nie grał w minionej dekadzie blackgaze jak właśnie grupa z San Francisco. Co prawda na pomysł połączenia black metalu i shoegaze był Neige, jednak to amerykanie udoskonalili gatunek do perfekcji. Równie dobrze w tym miejscu mógł się znaleźć krążek „Sunbather” czy też „New Bermuda„, ja jednak postawiłem na OCHL z prostego powodu – żadnej innej płyty grupy nie wałkowałem tak często jak właśnie tej z 2018 roku. George Clark i epika na omawianym longplayu raz rozpierdzielają głośniki za sprawą takich utworów jak „Honeycomb” czy też „Canary Yellow„, a raz wprowadzają w błogi stan przy pomocy „Worthless Animal” czy też „Near„. Dla mnie to idealna mieszanka emocji, dzięki której otrzymujemy blisko godzinny seans gitarowej poezji.

Destroyer – Kaputt (2011). Na wysokości dziewiątego krążka Dan Bejar i ekipa osiągnęli swoje opus magnum. Krążek „Kaputt” dziesięć lat temu był jednym z najmocniej hajpowanych dzieł w świecie muzycznego niezalu i indie rocka. Hajp właściwy, gdyż jak widzimy po upływie dekady płyta jest dalej ceniona. Co prawda kanadyjska grupa za sprawą „Have We Met” z 2020 roku ponownie potwierdziła, że w rejonie robienia indie-popowych produkcji, jednak to „Kaputt” było kamieniem milowym w ich twórczości.

Drake – Take Care (2011). To była zdecydowanie dekada Aubreya Grahama. 5 długograjów, 2 kompilacje, 2 EP-ki i 4 mixtape’y – robi wrażenie, prawda? Niestety ilość nie zawsze idzie z jakością. Na szczęście teza ta nie tyczy się drugiego albumu rapera, który uważam za jego opus magnum. Raper z Kanady daje tutaj popis przede wszystkim dzięki swoim raperskim smętom, które stały się jego znakiem rozpoznawczym. Wystarczy się wsłuchać w te emocje w „Marvins Room” czy też „Shot For Me„. To także zdecydowanie najlepsza płyta Grahama pod względem podkładów muzycznych. Świetne, wciągające i klimatyczne beaty robię robotę.

Drake – Nothing Was The Same (2013). To prawdopodobnie najbardziej singlowa i hiciarska płyta rapera z Toronto. Wystarczy rzucić okiem jakie klasyki tutaj się znalazły: „Started From the Bottom„, „Hold On, We Are Going Home” czy też „Worst Behavior„. Album Drizzego robi wrażenie. W 2013 roku był to mój numer 1 jeżeli chodzi o wydane krążki. Teraz bym płytę umieścił nieco niżej, ale wciąż na tyle wysoko by o niej wspomnieć w moim podsumowaniu dekady. Ta muzyka po prostu na to zasługuje.

Drake – If You’re Reading This, It’s Too Late (2015). Każde nowe wydawnictwo od Drake’a to wydarzenie, wiadomo. Jednak jak popatrzę na sprawę szerzej, to ostatni raz tyle sprzecznych emocji oraz uzasadnionych zachwytów wywołał w 2015 roku za sprawą tego mixtape’u. Świetne beaty, jeszcze świetne wersy Grahama. To wszystko na tym 17-trackowym wydawnictwie. W pewnym sensie była to nowa, świeża odsłona rapera, która w tej skali już nigdy się nie powtórzyła.

Frank Ocean – channel ORANGE (2012). Wielu uważa, że to „Blonde” jest albumem ważniejszym i lepszym. Niestety nie mogę się z tym zgodzić z prostego powodu. Bo o ile „Blonde” podobało mi się, to jednak na przestrzeni czasu częściej wracał do „pomarańczowego kanału”. Frank Ocean na tym krążku na nowo zdefiniował muzykę r’n’b i nagrał longplay wyśmienity, ważny i wpływowy. Każda sekunda tego wydawnictwa to miód na moje uszy. Ocean wzrusza, bawi, cieszy serducho i ucho zarazem. Co więcej, gdy go słucham to przypominają mi się pamiętne kawalerskie wakacje 2012 w ŁEBIE, także wiecie – album z podwójnym dnem.

Grizzly Bear – Painted Ruins (2017). Nowojorski zespół indie-rockowy to gwarancja jakości. Moje uwielbienie dla bandu ciągnie się od „Veckatimest„. Wtedy zachwycili mnie po raz pierwszy i robią to za każdym razem, gdy wydają nową płytę. Album z 2017 roku to idealna mieszanka ładnych melodii i ambitnych kompozycji. Ulubiony track z „Painted Ruins„? Zdecydowanie „Three Rings” – tyle fajnych rzeczy tutaj się dzieje. Jednak gdy wsłuchamy się w całość również wyłapiemy wiele różnorodności.

Grimes – Visions (2012). Żona Elona Muska – najbogatszego człowieka Świata miała udaną dekadę. I nie chodzi mi głównie o związek z amerykańskim dżilionerem, próby podbijania kosmosu oraz zakładanie rodziny. Kanadyjka wydała w mijającym dziesięcioleciu sporo dobrej muzyki. Mimo, że więcej czasu spędzałem z „Miss Anthropocene” a wiele kręgów ubóstwia jej „Art Angels” czy też „Halfaxa” to postawiłem na „Visions” od których moja przygoda z tą artystką zaczęła się na dobre. Krążek z 2012 roku cechuje się wyśmienitym doborem singli („Oblivion” czy też „Genesis„), różnorodnością materiału oraz licznymi eksperymentami (standard dla artystki) a także retromanią. Wiecie, że Grimes na tym albumie przeciera szlaki powrotu mody na lata 90? Poza tym lubię sobie wrócić do tego krążka, tak po prostu.

Grooms – Comb The Feelings Through Your Hair (2015). Nowojorski band 6 lat temu udowodnił, że indie rock ma wciąż wiele do zaoferowania. Gatunek ten jest mi bliski, gdyż to od niego wszystko się zaczęło na tym blogu. Dlatego wciąż śledzę muzyczne wydawnictwa, które starają się coś dodać od siebie do tej układanki alternatywnego gitarowego grania. Takie jest właśnie „Comb The Feelings Through Your Hair” od Grooms. Muzyka na płycie jest świeża, ciekawa i wciągająca. Fakt, prochu nie odkrywają, ale też nie jest to odgrzewany po raz któryś kotlet. Brookliński kwintet ładnie tutaj łączy dream-popowe zapędy z rozciągniętym, nieco shoegaze’owym brzmieniem gitar. Jednak z lepszych indie rockowych płyt minionej dekady, to wiem na pewno. Szkoda tylko, że ucichli.

The Horrors – Luminous (2014). Brytyjski band na przestrzeni minionej dekady mocno się rozwinął i pokazał swoją prawdziwą muzyczną wartość. Chłopaki w przyciasnych spodniach wydawali się kolejnym indie rockowym tworzywem, które po nagraniu góra trzech albumów, zawinie się do robienia czegoś innego. Okazało się, że solidnie odrobili lekcje przerabiając tony starej muzyki by nagrać bardzo dobre „Skying„. Jednak to co mieli najlepsze do przekazania ukazało się trzy lata później. „Luminous” to album kompletny, pełen wielu świetnych rozwiązań oraz nawiązujący do różnorakiej klasyki. Chłopaki ładnie poskładali te klocki tworząc album czerpiący pełnymi garściami za równo z popu jak i rocka. Taka też jest ta płyta. Z jednej strony melodyjna, taneczna opata na syntezatorach. Z drugiej natomiast nieco psychodeliczna, gitarowa, transowa.

Iceage – Beyondless (2018). Punkowi nihiliści z Danii zaczynali od mocnego, gitarowego punk rocka na „New Brigade”. Jednak każda ich następna płyta była już znacznie łagodniejsza, dostępniejsza i czerpiąc z różnych wzorów, nie tylko ostrego gitarowego grania. W ten o to sposób dochodzimy do „Beyondless” – najbardziej kompletnej i najlepszej płyty grupy. Czuć tutaj dojrzałość zespołu, który postawił na gatunkową mieszankę nie rezygnując jednak w pełni z punk rockowego podejścia. Generalnie wszystkie ich płyty mi się podobają, z tymże każda w inny sposób. Dlatego warto zapoznać się z ich całą dyskografią.

Idles Joy as an Act of Resistance (2018). Najprawdziwszy punk rock zmartwychwstał! John Talabot ze spółką nagrał jeden z najlepszych albumów gitarowych w 2018 roku. Brytyjczycy z Bristolu idealnie połączyli stary dobry protest song z nutą ironii i angielskiego humoru. Jeżeli chodzi o teksty to podejrzewam, że Idles nie mieli sobie równych w zeszłym roku tamtym czasie. Co więcej jest w tym tyle szczerości, charyzmy i świeżości, że nie pamiętam kiedy ostatni raz zachwycałem się tego typu muzyką. Idles dali mi dużo radości tym albumem i chyba o to w tym wszystkim najbardziej chodziło.

Iza Lach – Krzyk (2011). Do tej pory głowie się, co do cholery stało się z Izą Lach?!? Po wydaniu fenomenalnego albumu „Krzyk„, głośnej współpracy ze samym Snoop Doggiem (Zastanówcie się teraz, który polski artysta współpracował z tego typu gwiazdą) oraz zebraniu wielu nagród dziewczyna po prostu przepadła. Nagrała jeszcze potem innowacyjny album „Painkiller” i …. Słuch o niej zaginął. Nie wydała już nic więcej, a szkoda. Potencjał był ogromny, słychać to zwłaszcza na krążku „Krzyk„. Delikatny głos Izy łączy się tutaj z niezwykłymi kompozycjami popowymi opartymi o brzmienie syntezatorów. Urocze i sentymentalne teksty o niespełnionej miłości są jednymi z lepszych jakie ukazały się na polskim popowym rynku muzycznym w minionej dekadzie. Jednym słowem płyta świetna. Szkoda, że nie doczekaliśmy się kontynuacji…

James Blake – Overgrown (2013). Angielski producent i wokalista tworzył w minionej dekadzie najbardziej innowacyjną muzykę. Już jego debiut z 2011 roku „James Blake” robił furorę w niezalowym świecie. Jednak gdy dwa lata później zaczął podbijać także świat hip-hopu i r’n’b to wiedziałem, że coś się święci. I rzeczywiście tak było. Blake zrewolucjonizował podejście do czarnej muzy a jego śladem poszło wielu artystów. „Overgrown” okazało się kamieniem milowym dla gatunku, a mieszanie rapu z ambitniejszymi dźwiękami nabrało szerszego wydźwięku. Generalnie, miniona dekada była dobra dla hip-hopu, i to głównie dzięki takim płytom jak ta od Jamesa Blake’a.

Jessie Ware – What’s Your Pleasure? (2020). Brytyjska wokalistka już wcześniej wkupiła się w moje łaski dzięki albumowi „Devotion” z 2012 roku. I gdy wydało mi się, że artystka nie nagra już nic więcej wartego na uwagę to odpaliła petardę. „What’s Your Pleasure?” to pop idealny. Taneczny, melodyjny a zarazem ładnie łączący kropki muzycznych nawiązań. Niezwykle istotnie jest uderzenie w rytmy DISCO lat 70, co staje się coraz bardziej popularnym zabiegiem. Ware udowadnia, że można nagrywać ambitnie nie porzucając jednocześnie tej całej kiczowatej otoczki spod znaku Abby i podobnych klimatów.

Kamasi Washington: The Epic (2015). Amerykańskiego saksofonistę można śmiało określić odkryciem dekady. Nim ukazało się omawiane „The Epic” Kamasi Washington wydał swoim własnym nakładem dwa krążki: „The Proclemation” z 2007 i wydane rok później „Light of The World”. Wspomniane płyty nie przyniosły sławy artyście, dlatego też przyjęło się mówić, że „The Epic” jest debiutem artysty. Z całą pewnością jest to najlepsza rzecz jaka wydarzyła się w muzyce jazzowej ostatnich dziesięciu lat. Jest dziko, energicznie, nie przewidywalnie i z pasją. Kamasi Washington wypluwa płuca grając na saksofonie, a to wszystko przy akompaniamencie żwawej perkusji i przyjemnych dźwięków gitary. Wydawnictwo składa się aż z 3 krążków i jest to potężna dawka muzyki, którą można chłonąć bez końca.

King Krule – The Ooz (2017). Kolejna płyta w zestawieniu i kolejny potężny debiut. Archy Marshall, który ukrył się pod pseudonimem King Krule nagrał jedną z najbardziej klimatycznych płyt dekady. „The Ooz” to wędrówka po zamglonych zakamarkach Londynu w porze mocno już nieprzyzwoitej. Longplay z 2017 roku to także nie oczywista mieszanka gatunkowa, gdzie post-punk miesza się z trip-hopem, indie rockiem i punkowym jazzem. Pisząc recenzję tej płyty w czasie premiery, zakładałem, że odciśnie ono swoje piętno w historii muzyki. Tak też było, dlatego czapki z głów przed rudowłosym królem!

Kanye West – Yeezus (2013). Przyznam szczerze, że nie po drodze było mi z Kanye w minionej dekadzie. O ile jest wielkim fanem jego płyt z jeszcze wcześniejszego czasu: „Late Registration”, „808s & Heartbreak” czy też „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” to późniejsze wydawnictwa nie urywały dupy. Jednocześnie stwierdziłem, że nie może zabraknąć tak charakterystycznej postaci w moim podsumowaniu. Generalnie wszystkie jego płyty z minionej dekady oceniałem dość podobnie, dlatego postanowiłem wyróżnić tylko jedno dzieło i padło na „Yeezusa” z 2013 roku. Wydaje mi się, że to jego najbardziej innowacyjny i najoryginalniejszy krążek z tego czasu. West rapuje tutaj do surowych, okrojonych w brzmieniu i jednocześnie agresywnych beatów opartych na elektronice. Patrząc na rozmach MBDTF to decyzja by iść w tą stronę nieco zaskakuje. Jednakże gdy zdamy sobie sprawę z tego jaką postacią jest Kanye West to dochodzi do nas to, że w zasadzie to posunięcie było zupełnie naturalne.

Kendrick Lamar – good kid, m.A.A.D city (2012). Od tej płyty wszystko się zaczęło. Kendrick Lamar wkroczył dzięki niej do elity hip-hopowego świata, gdzie zajmuje miejsce do tej pory. Genialne linijki opowiadające o życiu w Compton – legendarnej dzielnicy Los Angeles łączą się tutaj z świeżym podejście do beatów. Co prawda ciemną stronę miasta aniołów znamy już z innych płyt jak chociażby „Straight Outta Compton„, jednak czy te historię mogą się znudzić? Nie przesadzę jeśli powiem, że to hip-hopowa czołówka nie tylko zachodniego wybrzeża, ale sięgająca o wiele dalej.

Kendrick Lamar – To Pimp a Butterfly (2015). Udany sequel to rzecz arcy ciężka. Nie wielu ta rzecz się udała. Do nielicznego grona na pewno można wpisać rapera z Compton. Lamar kontynuuje historię rozpoczęte na „good kid, m.A.A.D city” dodając im szerszej perspektywy i rozciągając omawiane problemy szerzej. Muzycznie także rozwinął brzmienie płyty. Sporo tutaj jazzowych klimatów, ale znajdzie się także soul, gospel czy też funk. Pod tym względem Lamar osiągnął perfekcje. Czasami złota zasada sequelu: „Wszystkiego więcej” popłaca, w tym przypadku Kendrick Lamar dał przykład jak robić to idealnie.

Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Karmelki i Gruz (2011). Ostatnia jak do tej pory płyta zespołu z Świebodzina to rzecz wielka. Owszem, nie jest to krążek wybitny, który zmienia polską muzykę alternatywną na zawsze. Lecz, nie było w minionym innej polskiej płyty, której słuchałbym częściej. Nazwa albumu idealnie go opisuje. Z jednej strony mamy szorstkie, ciężkie brzmienie gitarowe i dość mroczny klimat z drugiej znajdziemy tutaj wiele smacznych cukierków. Zagański i spółka potrafili tutaj zaciekawić i zaintrygować. Szkoda tylko, że tak szybko dopadło ich ŻYCIE i nie nagrali już nic nowego od tamtego czasu. Ja wciąż czekam, jakby co.

 

20 najlepszych okładek płyt

Background_PurpleCzym byłaby muzyka bez tej fizycznej części? Jestem staroświecki, lubię mieć płytę na półce. Lubię podczas słuchania oglądać okładkę, czytać zawartość książeczki, śledzić teksty. To jest pewnego rodzaju rytuał słuchania płyty. Dlatego nie jarają mnie w ogóle wersje elektroniczne. Dzień w którym nie będzie można kupić płyty, filmu, książki i gazety w formie fizycznej będzie najsmutniejszym dniem w dziejach świata. Dzisiejszą notkę chcę poświęcić okładkom, które nie ukrywajmy są równie ważne co zawartość płyty. W historii muzyki było wiele kapitalnych płyt z słabymi okładkami i na odwrót. Dzisiaj chcę zaprezentować 20 moich ulubionych okładek.

arctic-monkeys-whatever-people-say-i-am-thats-what-i-am-notArctic Monkeys – Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not (2005). Z powodu fajki było sporo kontrowersji, jednak trzeba przyznać, że zdjęcie Chrisa McClure’a jest na swój sposób urzekające. Zawiera ono pewnego rodzaju prostotę. Nie jest może jakieś wybitne, ale idealnie pasuje do zwartości płyty.

Animal-Collective-Strawberry-JamAnimal Collective – Strawberry Jam (2007). Tak jak w przypadku wcześniejszej okładki to zdjęcie również pasuje do albumu. Płyta się nazywa truskawkowy dżem to i na zdjęciu mamy rozkwaszone truskawki. So ironic.

The Beatles - Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club BandThe Beatles – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (1967). Legendarna okładka kultowego zespołu. Znaleźli się na niej oprócz muzyków zespołu z Liverpoolu  i ich woskowych figur kartonowe wizerunki wielu znanych osób sztuki, muzyki, filmu, polityki, sportu, nauki i innych dziedzin. Współczesnemu, nieobeznanemu w historii człowiekowi wiele tych nazwisk nic nie mów. Te najbardziej znane to: Marlon Brandon, Edgar Allan Poe, Bob Dylan, Flip i Flap, Marylin Monroe, Karol Marks, Oscar Wilde i Albert Einstein. Monumentalne dzieło.

Blondie PLBlondie – Plastic Letters (1978). Sam zamysł robienia zdjęcia przy radiowozie brzmi infantylnie. Jednak to zdjęcie ma to „coś”, taki luz, który powoduje, że to moja ulubiona okładka Blondie. I pomimo tego, że zawartość płyty dupy nie urywa to kupiłem tą płytę ze względu właśnie na okładkę.

bob-dylan-freewheelinBob Dylan – The Freewheelin’ (1963). Mimo, że to zimowy Nowy Jork to ta okładka promienieje i wzbudza we mnie pozytywne odczucia. Nie wiem czy to sprawka Suze Rotolo, która wróciła z słonecznej Italii czy też tego hipisowskiego Volkswagena z tyłu?

born in the usaBruce Springsteen – Born In The U.S.A. (1984). Chyba najbardziej amerykańska okładka wszech czasów. Przetarte jeansy, kowbojski pasek, czapka z daszkiem i tyłek Springsteena. A to wszystko na tle flagi Stanów Zjednoczonych.

london-callingThe Clash – London Calling (1979). Źródeł  popularności okładki punkowej płyty należy upatrywać w nawiązaniu do grafiki ozdabiającej debiut Elvisa Presleya oraz fenomenalnym zdjęciu przedstawiającym Paula Simonona rozwalającego swoją gitarę podczas koncertu w Nowym Jorku. Połączenie ironii (muzycy zawsze podkreślali, że teksty takich muzyków jak Presley czy Rolling Stones są do dupy) i anarchii, którą symbolizuje roztrzaskana gitara.

clinic 1999 epClinic – Clinic EP (1999). Ta okładka przez długi okres czasu ozdabiała mój folder z muzyką na kompie. W jakiś sposób to samo się ustawiło. Jednak nie zamierzałem tego zmieniać, bo genialnie pasowała. Nie jest ona jakaś wybitna, jednakże przedstawia mój ulubiony instrument muzyczny – perkusję. A jeżeli ktoś jeszcze nie wie to bębny od zawsze był moją niespełnioną do końca pasją.

kanyewestlateregistration2005Kanye West – Late Registration (2005). Dropout Bear w szkolnym uniformie był chwytem marketingowym Kanye Westa w czasach zanim okładką jego płyty był brak okładki. A tak serio, gdy patrze na ten obrazek to mam mieszane uczucia. Sam West także budzi mieszane uczucia. Z jednej strony chętnie nakopał bym mu do tyłka, z drugiej cenię jego za kapitalną muzykę. Stąd wyróżnienie.

good-kid-maad-cityKendrick Lamar – Good Kid, M.A.D. City (2012). To zdjęcie wygląda trochę jak ten mem z tymi czterema śmiesznymi typkami przy jednym stole. Z drugiej strony, gdyby przejrzeć rodzinne albumy to możemy znaleźć dziesiątki podobnych fotek u siebie. Siła tkwi w prostocie i słoiku z żółtym „czymś”. Klimatu z pewnością dodają też cenzurki na twarzach. Świetna płyta, z świetną okładką.

108315_kombajn-do-zbierania-kur-po-wioskach_osme_pietroKombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – 8 Piętro (2005). Mechaniczny kurczak na fajnym odcieniu zieleni przez długi czas stanowił moją tapetę na telefonie. Moja słabość do tej płyty tkwi nie tylko w muzyce, ale i w tej grafice.

Fucked Up - The Chemistry of Common LifeFucked Up – The Chemistry of Common Life (2008). Kolejna okładka prezentująca uroki Nowego Jorku. Tyle, że tym razem w cieplejszy dzień przy zachodzie słońca. Metafora życiowego pośpiechu i cywilizacyjnego postępu. Być może zdjęcie jakich wiele, ale na swój sposób ujmujące i wciągające.

Menomena - Friend And FoeMenomena – Friend And Foe (2007). Zdecydowanie jedna z moich ulubionych okładek. Na te drobne elemenciki tworzące w kunsztowny sposób grafikę płyty Menomeny mogę patrzeć godzinami. Czuć duch Radiohead i ich stworka z „Amnesiac„.

N.W.A. - Straight Outta ComptonN.W.A. – Straight Outta Compton (1988). Te zdjęcie pokazuje tylko jedno. Trzymajcie się z dala od Compton, najniebezpieczniejszego miejsca na planecie. W naszym wydaniu brzmiałoby to tak „miasto jest nasze”. Gangsterska płyta z mocnymi tekstami wymaga równie mocnego artworku.

Nirvana - NevermindNirvana – Nevermind (1991). O tej okładce pisano już książki, dlatego też nie dodam nic oryginalnego. Musiała się znaleźć na liście.

of Montreal – The Sunlandic Twinsof Montreal – The Sunlandic Twins (2005). Zespół Kevina Barnesa przyzwyczaił nas, że muzykę of Montreal można interpretować na wieloraki sposób. Jednakże okładka albumu z 2005 roku symbolizować może tylko – Małżeństwo Kevina z Niną. Muzyka of Montreal zawsze szła w parze z uczuciami sercowymi wokalisty. Na tym etapie Kevin czuł się bliźniakiem Niny. Stąd taka a nie inna nazwa płyty i okładka. Co było dalej, poszukajcie sami.

Rage Against The Machine - Rage Against The MachineRage Against The Machine – Rage Against The Machine (1992). Chyba pierwsze zdjęcie na liście o zabarwieniu politycznym. Rage Against The Machine często poruszali kwestie polityczne dlatego nie dziwi fakt,że użyli legendarnego zdjęcia z okresu wojny w Wietnamie przedstawiającego wietnamskiego mnicha dokonującego aktu samospalenia.

The Rolling Stones - Beggars BanquetThe Rolling Stones – Beggars Banquet (1968). Nie ma nic bardziej rockowego niż obleśny kibel z zamazaną ścianą. Wczytajcie się w te napisy i te obrazki.

the_velvet_underground-the_velvet_underground_y_nico-frontalThe Velvet Underground and Nico – The Velvet Underground and Nico (1967). W tym przypadku recepta na sukces była prosta – użycie grafiki Andy’ego Warhola.

Ścianka - Pan Planeta (2006)Ścianka – Pan Planeta (2006). Ta okładka jest jak cała zawartość tej płyty. Nie tylko ze względu na tytułowego Pana Planetę. Ale formę jaką on przyjął i jego minę. Uwielbiam takie ironiczne żarciki i heheszki.

Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Bytom, 16.03.2013

kombajngotykNa koncert Kombajnu na Górnym Śląsku czekałem 6 lat. Ostatni ich występ w moim regionie odbył się w Chorzowie w 2007 roku! W dodatku problemy ze sprzętem i ponad godzinne opóźnienie spowodowało, że nie mogłem zobaczyć występu Zagańskiego i reszty do końca. W czasie tych sześciu lat zespół koncertował mniej niż zwykle a zapowiadane koncerty często odwoływano. Dlatego też dla Ślązaków smak na ICH występ był znacznie większy niż za czasów prezydentury Busha Juniora.

Na początku tego roku zorganizowali mini trasę na której znalazł się również Bytom. Pomimo tego, że nie mam najlepszego zdania na temat tego miasta to przez ten jeden dzień Bytom był stolicą Śląska. Klub Gotyk – w którym odbył się karmelkowo-gruzowy spektakl nie różni się niczym od znanych mi lokali z Mikołowa, sala w której odbywał się koncert nie robiła dobrego wrażenia ze względu na swoją pojemność. Jednak ja zawsze lubiłem tego typu sale, gdyż pozwalają na lepszy kontakt z zespołem.

Za support można uznać Materac. „Pamiętacie coś Materaca?” tym zapytaniem zaczął się występ duetu Zagański-Koprowski wzbogacony o gitarzystę Tomka Śliwkę, który zagrał dwa pierwsze utwory z pamiętnej płyty „Andersen Dobranoc”. Oczywiście wszystko w ramach przygotowania i nastrojenia instrumentów, jednak z zaciekawieniem się przyglądałem temu luźnemu graniu, widać było w tym radość. W ogóle cały późniejszy, blisko dwu-godziny koncert KDZKPW był pełen pozytywnych emocji. Ciężko mi pisać o takich występach jak ten. Ilość przeżyć powoduje, że chciałbym napisać wszystko, każdy gest, każdą nutę, każdy akord, każde wspaniałe uderzenie w talerze perkusji. Jednak postaram się przekazać jak najwięcej istotnych informacji nie popadając jednocześnie w histerię piętnastolatki widzącej Justina Biebera.

Setlista mocno przypadła mi do gustu, była to mieszanka utworów z  najnowszej płyty „Karmelki i Gruz” z starszymi „hiciorami”. Zaczęli od „Waniliowego Nieba”, które idealnie pasuje na opener kombajnowego koncertu. W tym momencie jeszcze nie dowierzałem, że jestem tutaj i słucham Kombajnu live. Nie zabrakło wywoływanych przez publikę „Połączeń” oraz „Warszawy”. „Lewą Stronę Literki M” godnie reprezentowały ‚Uczucia” i zmodyfikowane „Roboty”. Wspaniale na żywo brzmią piosenki z ostatniej płyty. Usłyszenie „Morświnów”, „Wysokich Obcasów” oraz zapodanych na sam koniec „Tulipan i Ćmy” wywoływało uśmiech i momentami ciarki na plecach. Każda ich piosenka była częścią kapitalnego show. Ani przez moment nie pojawiła się nuda.

Zespół grał energicznie i z typową dla nich pasją. Nie zabrakło również zabawnych tekstów Zagana, który miał bardzo pozytywny kontakt z widownią. Słuchacze też dali radę, nie było w klubie ani jednej przypadkowej osoby, która by nie znała chociaż jednej piosenki KDZKPW. Jednemu kolesiowi nawet powierzono odśpiewanie „Planety i Liście”. Po zakończonym koncercie i wylaniu przez muzyków wiadra potu widownia wymusiła bis w postacie wspomnianego wyżej utworu „Tulipany i Ćmy”. Wciągająca końcówka ów piosenki stanowiła idealne zwieńczenie pięknego występu. Czekamy na kolejny Wasz występ na Górnym Śląsku!