10 Najlepszych płyt 2021 roku

Prawdę powiedziawszy nie słuchałem w minionym roku za wiele nowej muzyki. Pewien wewnętrzny obowiązek i wieloletnia tradycja nakazuje mi rozpocząć nowy rok klasycznym muzycznym podsumowaniem. Dlatego też zestawienie to będzie mocno subiektywnym zlepkiem płyt, które po prostu najwięcej mi towarzyszyły w minionych 12 miesiącach. A postanowienie na nowy rok? Takie jak zawsze. Więcej słuchać dobrej muzyki i więcej nią się dzielić na blogu. Mam nadzieję, że w 2022 roku spotkamy się tutaj jeszcze wiele razy.

10. Rysy – 4 Get. Rysy zachwycały mnie już w 2015 roku, jednak kolejny ich krążek ukazał się dopiero 6 lat po debiucie. Warto było czekać bo to porządna dawka muzyki elektronicznej. W tym roku sporo słuchałem techno, jednak to Rysy najbardziej mnie urzekły. Producencki duet z Warszawy ma talent to mieszania gatunków, gdyż za sprawą występów gościnnych otrzymujemy ciekawą mieszankę z pogranicza techno, popu i alternatywy.

9. Dry Cleaning: New Long Leg. Jeden z ciekawszych debiutów tego roku. Brytyjski band zabiera nas w podróż po historii post-punku, dodając wiele od siebie. Myślę, że warto dodać do ulubionych.

8. Playboi Carti – Whole Lotta Red. Tego typu rapsy coraz mniej mnie porywają. Ogólnie rap nie stał u mnie wysoko w tym roku, jako gatunek. Nie mniej propsuje. Bo to esencja, która zahacza o coraz szersze kręgi. A sam Playboi Carti może z czasem wyrosnąć na ciekawą postać na zachodniej scenie muzycznej.

7. Lana Del Rey – Chemtrails Over The Country Club. Del Rey Lana musiała się zmierzyć z legendą swojej ostatniej płyty. Wciąż wracam do „Norman Fucking Rockwell!” bo to absolutny już klasyk Pop. Jej następczyni niestety nie przebija NFR, ale nie ma co się łudzić. To było zadanie nie do wykonania. Nie mniej wokalistka wciąż ma to coś.

6. Lost Girls – Menneskekollektivet. O norweskim duecie Jenny Hval – Håvard Volden nie było okazji wspomnieć na blogu. Mimo, że „Menneskekollektivet” to debiutancki krążek to słuchając go ma się wrażenie, że z Lost Girls znamy się już od lat. Niby tylko 5 utworów, ale całość trwa tyle co połowa piłkarskiego meczu. Jest psychodelicznie, nieco transowo, mrocznie, czasami dziwnie. Jak to na Skandynawii. Ja nie byłem, ale znam kogoś kto był i opowiedział to i owo. Dobra opcja na długie wieczory, dopasuje się, ale nie poprawi zimowej chandry.

5. The War on Drugs – I Don’t Live Here Anymore. Wydawało mi się, że zespól z Filadelfii pozostanie bandem jednej płyty. Szumu wokół „Lost in The Dream” było sporo, ale w końcu ustał. Zespołowi jednak udało się powrócić. I wiecie co? Ten nowy album wydaje mi się nawet lepszy niż, ten mocno hajpowany z 2014 roku…

4. Tyler, The Creator – Call Me If You Get Lost. Wydaje mi się, że Gregory Okonma nieco spuścił z tonu w tym roku. Jednak może mi się tylko wydawać, gdyż jego ostatnie albumy „Igor” czy też „Flower Boy” to zajebiście wysoko postawiona poprzeczka. Nie można wiecznie nagrywać najlepszych płyt, ale to, że wciąż jest w czołówce wiele o nim mówi.

3. Wczasy – To Wszystko Kiedyś Minie. Ładnie nam duet Bartłomiej Maczaluk i Jakub Żwirełło rozwinął się w minionym czasie. Już ich wczesne utwory i cała płyta „Zawody” pokazywały, że chłopaki potrafią w dobre, proste melodie. Wciąż jest śmieszno-smutnie, czyli w sumie tak jak najbardziej lubię. Bo kto mieszka w Polsce to z cyrku się nie śmieje, ale już słuchając tekst „Polska (serce rośnie)” może lekko się uśmiechnąć. Albo może uronić łzę? Sam nie wiem. W 2021 też tylko rzucałem kamyki do jeziora i nie byłem na wyprawie katamaranem, także kumam te klimaty. No, ale chłopaki obiecują, że to wszystko kiedyś minie. Pozostaje zaufać, że tak będzie.

2. Deafheaven – Infinite Granite. W minionym roku grupa z San Francisco często u mnie gościła w głośnikach. A ich rodzime miasto nadal jest w mojej czołówce miast za oceanu, które chciałbym odwiedzić. Można więc powiedzieć, że z Deafheaven mam sztamę. Pomijając jednak całą moją sympatię do chłopaków to uważa, że obrali właściwy kierunek na „Infinite Granite„. Ich blackgaze to coraz więcej shoegaze i post rock niż black metal i screamo hardcore. Co prawda lubię jak grają „ostro”, darcie ryja, podwójna stopa i te klimaty są dla mnie OK, jednak skoro mają potencjał w ładne melodie, to czemu nie?

1. Slowthai – TYRON. Pierwsze półrocze należało do angielskiego rapera. Singiel „Feel Away” wałkowałem na okrągło. Aż żona mi ciągle mówiła: „Znowu oglądasz ten teledysk, gdzie zjadają bobo z ciasta?” No, ale jak tu nie słuchać jak to taka piękna i zajebista piosenka za razem? Pozostałe też nie są gorsze, zwłaszcza te nagrane ze Skeptą i Rakimem Mayersem, znanym szerzej jako A$AP Rocky. Generalnie, za sprawą „TYRONA” doceniłem mocniej Slowthaia i zapoznałem się lepiej z jego wcześniejszą twórczością. Warto, gdyż facet ciągle się rozwija. No i mimo, że jest bardzo bezpośredni, to chyba nie da się go nie lubić.

Wybudzenie z zimowego snu – przegląd muzyczny z pierwszego kwartału roku

Co tu dużo gadać, nie rozpieszczałem was w ostatnim czasie zbyt dużą ilości publikacji. Jednakże skoro mamy coraz więcej słońca a pogoda staje się coraz to cieplejsza to pora wybudzić się z zimowego snu. Na pierwszy rzut przegląd płyt, które słuchałem minionej zimy.

Slowthai – TYRON. Zdecydowanie najlepsza pozycja jaką słuchałem w minionym kwartale. To wspaniale słyszeć jak Brytyjski raper się rozwija. Co prawda już wcześniejsze „Nothing Great About Britain” było pozycją nietuzinkową, jednak „TYRON” w moim odczuciu jest płytą znacznie lepszą. Nowocześniejsze brzmienie, świetna produkcja, udane występy gościnne (Skepta, James Blake, A$AP Rock) oraz sam Slowthai, który wydaje się dojrzalszy i odważniej depczący po rynku muzycznym. Wystarczy się wsłuchać w genialne „feel away”, by doświadczyć, że obcujemy z rzeczą wielką. „MAZZA„, „terms” czy też „DEAD” udowadniają, że Brytyjczyk idealnie wpisuje się w współczesne rapowe trendy. Co więcej muzyk potrafi też w teledyski. Zobaczcie tylko creepy klip do „feel away” czy też wspaniałe nawiązania do kinomatografii w „CANCELLED„. Sam raper podzielił płytę na dwie części. Pierwsza, pisana dużą czcionką jest bardziej rapowa. Druga, pisana małą czcionką to więcej eksperymentów z innymi gatunkami i znacznie lżejsze brzmienie. Całość jednak daje wspaniały efekt. Widzimy się wysoko w podsumowaniu rocznym. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Wild Pink – A Billion Little Lights. Wild Pink to zespół, których powstał w 2015 roku w dzielnicach Brooklyna i Queens Nowego Jorku. I to jest już zadziwiające, gdyż po pierwszych odsłuchach „A Billion Little Lights” myślałem, że to zespół z jakiejś małej mieściny z centrum kraju, ewentualni Kanady. Dream popowe brzmienie zahaczające o folk zmyliło mnie, gdyż Nowy Jork zawsze bardziej kojarzył mi się z surowym i takim czarno-białym podejściem do muzyki. Jak widać i w tym mieście potrafią bujać w obłokach, bo ta płyta jest jak bujanie w obłokach. Słuchając „A Billion Little Lights” czujemy się jak na wakacjach na wsi. Jest ciepło, leniwie, blisko natury, spokojne i trochę nudno, ale to akurat dobrze. Czasami dobrze jest wyłączyć się na wydarzenia ze świata i odpalić sobie taką płytę. Dobry restart dla umysłu. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Cassandra Jenkins – An Overview on Phenomenal Nature. Kolejna pozycja z nowojorskiego Brooklynu i kolejna poruszająca brzmieniem piękno świata. Już tytuł tej płyty mówi wprost o czym ta płyta jest. Niestety nie przemówiła ona tak mocno do mnie jak do redakcji Pitchforka. Mimo, że Pani Jenkins prowadzi świetne monologi i bardzo ładnie łączy elementy jazzu z indie-popem to dla mnie zbyt często jest przekraczana pewna granica, która odróżnia muzykę ambitną od tej, która tylko chce być ambitna. Generalnie nie jest źle, ale nie jest to typ muzyki, której chce teraz słuchać. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Lana Del Rey – Chemtrails Over The Country Club. Przyznam, że po pierwszym odsłuchu tej płyty byłem rozczarowany. W sumie to nic dziwnego, bo czego się spodziewać po takim albumie jakim był fenomenalny „Norman Fucking Rockwell!”? To w końcu najlepsza płyta artystki i mój absolutny numer jeden roku 2019. Ta całkowicie normalna i naturalna reakcja zmieniła się po kolejnych odsłuchach. Tej płycie trzeba dać czas zrozumieć, że mamy rok 2021 a nie 2019 by spojrzeć na nią z innej strony. Lana Del Rey to wciąż cudowna wokalistka, która cieszy moje uszy i duszę. Być może najnowsza płyta nie powtarza sukcesu poprzedniczki, ale to świetny zestaw piosenek, który pozostanie ze mną na długo. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Playboi Carti – Whole Lotta Red. W muzycznym podsumowaniu za rok 2017 otrzymał ode mnie naklejkę z napisem „nadzieja amerykańskiego rapu”. Minęły trzy lata a raper z Atlanty udowadnia, że wciąż ma ogromny potencjał. Trochę szkoda, że nie przerodziło się w coś więcej. Nie mniej Tylerowi też zajęło trochę czasu by stać się rapowym wyjadaczem. Póki co na „Whole Lotta Red” słyszymy wszelkie zasady jakimi powinien sie kierować każdy sequel, czyli – „WSZYSTKIEGO WIĘCEJ”. Czy to dobrze? Nie wiem, może i tak bo ludzie wciąż chcą słuchać takiego rapu. W moim przypadku tego typu plastikowe beaty i wszędobylski auto-tune stają się coraz bardziej irytujące. Nie zrozumcie mnie źle, bo słuchanie tej płyty przynosiło mi wiele frajdy. Jednak czuje już w kościach, że kolejny tego typu krążek nie spotka się z moją akrobatą. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Cloud Nothings – The Shadow I Remember. Chyba nie myśleliście, że nie sprawdzę najnowszej płyty chłopaków z Cleveland będąc ogromnym fanem ich wcześniejszej twórczości? Takie krążki jak „Attack On Memory„, „Here And Nowhere Else” czy też nagrane na spółkę z Wavves „No Life For Me” na stałe wpisały się do mojego osobistego panteonu „CZADERSKIEJ MUZYKI” (określenie to kolejny oryginalny pomysł mojej żony). Niestety nie mogę tego powiedzieć o najnowszej propozycji Dylana Baldiego i ekpiy. Co prawda „The Shadow I Remember” to przyzwoity krążek, który pokazuje, że Cloud Nothings wciąż potrafią doskonale w Lo-Fi. Jednak dla mnie jest on zbytnio przewidywalny, wtórny, trochę za grzeczny by nie mówić nudny. Przesłuchałem kilka razy, jest OK, jednak nie na tyle by wracać do niego po latach. Jednak by nie zniechęcać powiem na koniec, że to wciąż dobra muzyka. Po prostu jako ich ogromny fan, wymagam od nich nieco więcej. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Podsumowanie dekady. Najlepsze płyty z lat 2011-2020 część 2

Kwiaty – Kwiaty (2019). Jedna z lepszych gitarowych pozycji w ostatnim czasie. Grupa Kwiaty idealnie miesza shoegaze, dream-pop, post-rock z elementami punk rocka. Ich kompozycje stoją na wyjątkowo wysokim poziomie i bardzo ładnie odkrywają przed nami brzmienia z lat 80 i 90. Jednak wisienką na torcie jest postać wokalistki grupy – Maii Andrzejewskiej, której hipnotyczny i energiczny wokal uwodzi nasze uszy. Z całą pewnością warto znać.

Lana Del Rey – Norman Fucking Rockwell! (2019). Ostatnia płyta amerykańskiej wokalistki była moim ulubionym muzycznym wydawnictwem 2019 roku. Świetne melodie łączą się tutaj z dobrze napisanymi kompozycjami. Rozsądnie wymieszane gatunki muzyczne ponownie dały dobry efekt. A sama pani Del Rey zaskoczyła mocno, bo nie spodziewałem się po niej już niczego wielkiego. Jak dobrze się mylić! Zwłaszcza, że to jej zdecydowanie najlepsze dzieło. Popowa melodyjność i dojrzałość wokalistki to w tym przypadku czynniki decydujące. O takich płytach pamięta się długo.

Mac DeMarco – Salad Days (2014). Pepperoni playboy (Tak go ochrzcił Pitchfrok) miał mocno udaną minioną dekadę. Od momentu debiutu w 2012 roku, każde jego nowe wydawnictwo przykuwało uwagę słuchaczy i krytyków muzycznych. Aparycja dobrego kumpla, namiętne palenie viceroy’ów oraz fajne poczucie humoru Vernora to dodatek do jego muzyki. A ta jest kapitalna. „Salad Days” to mój ulubiony krążek Amerykanina. Nieśpieszne, leniwe acz klimatyczne melodie to idealny podkład w zasadzie do wszystkiego. W zasadzie do samego chilloutu wystarczy ten longplay, dlatego śmiało możecie odstawiać używki. Czuć tutaj nawet dym viceroyów.

Miguel – Wildheart (2015). Co prawda Miguel Jontel Pimentel debiutował już w 2010 roku albumem „All I Want Is You„, jednak szerszą uwagę przykuł (w tym moją) dzięki „Kaleidoscope Dream„. Melodyjne, wciągające z nowoczesnym podejściem R’n’B miało w tym momencie sens dzięki tej płycie. Ja jednak postanowiłem wyróżnić „Wildheart„, które ukazało się trzy lata później. Następca kalejdoskopowego snu nie dość, że miał wszystkie pozytywne cechy krążka z 2012 roku to jeszcze dodatkowo wyróżniał się dojrzałością w tworzeniu oraz aż kipiał seksem. Być może wokalista z San Pedro bo zdobyciu sławy miał bujne stosunki z kobietami, stąd ta dzikość serca. Poza tym zobaczcie sobie jego występy live, chłopak lubi ten sport. Albo po prostu odpalcie sobie jego albumy – to bardzo dobra muzyka.

Mitski – Be The Cowboy (2018). Pół amerykanka, pół japonka na rynku muzycznym funkcjonuje od 2012 roku, jednak większy rozgłos zyskała za sprawą „Puberty 2” z 2016 roku. Gdy zagłębimy się w twórczość artystki to zauważymy, że nieustanie, od początku się rozwija. Efektem tego jest „Be The Cowboy” z 2018 roku, które jest jej najdoskonalszym dziełem. Wspaniałe kompozycje mieszają gatunki i style, a sama Mitski Miyawaki w porosty sposób śpiewa o samotności. Tytuł może być mylący, gdyż nie znajdziemy tutaj za wiele muzyki country. Dokopiemy się za to do wielu fajnych pomysłów i momentów.

Moses Sumney – Græ (2020). Drugi w kolekcji album artysty z Asheville w Północnej Karolinie dowodzi, że mamy do czynienia z nietuzinkową postacią w alternatywnej muzyce. „Græ” to zbiór eksperymentalnych 20 utworów rozłożonych na dwa krążki. Sumney przeprowadza nas przez dźwięki art popu, awangardy, jazzu, folku czy też soulu i r’n’b. Co więcej swój udział przy krążku mieli James Blake i Thundercat, a to chyba już spora rekomendacja.

My Bloody Valentine – m b v (2013). To jedna z tych płyt o której mówiło się od lat. Ba, od dekad. Po wydaniu w 1991 roku opus magnum dla całego gatunku shoegaze „Loveless” zespół z Irlandii zapadł w śpiączkę wydawniczą. Dlatego też wydanie kontynuacji po 22 latach przerwy było ogromnym wydarzeniem. Osobiście uważam, że MBV nie przebili poprzedniczki, ale sprostali oczekiwaniom fanów i krytyków muzycznych. „m b v” to najważniejszy album z tamtego czasu i nie ma możliwości, by lista podsumowująca dekadę mogłaby nie zawierać tego longplaya. Irlandczycy udowodnili, że dalej potrafią w te klocki, mimo, że Kevin Shields i reszta paki to ludzi już po 50.

Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately (2020). Nie mogło zabraknąć w zestawieniu mojego numeru jedne z minionego roku! Perfume Genius był w ostatnim czasie nieco przeze mnie zapomniany, jednak gdy tylko usłyszałem „Set My Heart On Fire Immediately” to wiedziałem, że ta historia potrwa dłużej. Piękne, chwytające za serce piosenki to zestaw intymnych historii Michaela Aldena Hadreasa, który potrafi zachwycić, ale i wzruszyć. Szorstkość gitar ładnie się tutaj komponuj z łagodniejszymi melodiami klawiszowo-smyczkowymi. Natomiast sam wokalista jest tutaj w centrum uwagi, i słusznie. Wyrosła nam kolejna wspaniała gwiazda alternatywnego grania.

PRO8L3M – Art Brut (2014). Recepta sukcesu tej płyty była bardzo prosta. Mixtape PRO8L3MU to mieszanka starych polskich hitów takich jak chociażby „Zaopiekuj się mną„, „Małe Jeziora” czy też „Aleja Gwiazd„, wstawek dialogów z starych polskich filmów („Wielki Szu„, „Va Banque„) oraz ulicznych historii rapowanych przez Oskara. Prawdopodobnie najlepsza polska rap płyta minionej dekady, ale trzeba głównie docenić produkcje Steeza, który fenomenalnie zgrał te polskie klasyki z nowoczesnym rapem. Koncepcja ta była na tyle słuszna, że hip-hopowy duet postanowił do niej wrócić wydając album „Art Brut 2„.

Pusha T – Daytona (2018). Raper z Nowego Jorku, który zaskarbił moją sympatię nie tylko dlatego, że zdarza mu się występować w czerwono-czarnym trykocie Milanu nagrał płytę prawie idealną. „Daytona” to niby tylko siedem utworów, ale ile w tym siły! 21 minut czystego złota. Świetne beaty, zwłaszcza w otwierającym całość  „If You Know You Know” łączą się tutaj z dobrą nawijką rapera, który udowadnia, że dobrze odnajduje się nie tylko na featuringach. Mam nadzieję, że płytę przesłuchał Drake i uświadomił, że czasami lepiej iść w jakość, niż ilość.

Queens of The Stone Age – …Like Clockwork (2013). Wydawać by się mogło, że QOTSA to już tylko echo przeszłości. Ostatnie płyty nie dawały nadziei na zmianę odczuć i w zasadzie z nostalgią wspominało się „Rated R” czy też „Songs For The Deaf”. Na szczęście ukazało się „…Like Clockwork”, które dało drugie życie Joshowi Homme’owi i ekipie. Świetne rockowe kompozycje cechowała nabrana dojrzałość twórców oraz dawno zapomnianą energię. To gitarowa perełka, która na stałe się wpisała do kanonu.

Radiohead – A Moon Shaped Pool (2016). Co prawda ostatni longplay radiogłowych zawiera całkiem sporo piosenek, które są znane fanom zespołu już od dawna. Jednak odświeżenie „True Love Waits” czy też „Burn The Witch” ładnie skomponowało się tutaj z nowymi utworami. Thom Yorke i spółka to klasa sama w sobie, jednak w minionej dekadzie nie rozpieszczali słuchaczy swoją muzyką. Dlatego też tym bardziej cieszy sukces i jakość „A Moon Shaped Pool„. Prawda jest, że krążek ten w żaden sposób nie może konkurować z najlepszymi płytami grupy. Mimo to dobrze jest słyszeć, że wciąż potrafią stworzyć dobrą muzykę, pomimo tego, że robią to coraz rzadziej…

Raime – Quarter Turns Over A Living Line (2012). Ambient i techno nie były przeze mnie zbytnio ekspandowane w minionej dekadzie. A szkoda. Nie zmienia to jednak faktu, że dokopałem się do paru perełek w tym gatunku i jedną z nich jest album „Quarter Turns Over A Living Line” wypuszczony przez brytyjski duet Raime. Krążek jest mocno mroczny i klimatyczny. Dziwne, że nie użyto go jako soundtracku do jakiegoś horroru czy też serialu spod znaku Davida Lyncha. Jeżeli lubicie w samotności wsłuchiwać się w szmery z piwnicy, to ta płyta powinna się Wam spodobać.

Run The Jewels – Run The Jewels (2013). Jeden z najgłośniejszych rapowych „debiutów” minionych 10 lat. Debiut w cudzysłowie, gdyż osoby odpowiedzialne za ten projekt były już dobrze znane na scenie hiphopowej. Killer Mike to przecież niemal żywa legenda prosto z Atlanty, a El-P nagrywa płyty już od blisko 20 lat. Nie mniej wieść, że panowie łączą siły pobudziły apetyty u słuchaczy i krytyków. Co tu dużo mówić. Chłopaki idealnie się dobrali, czego efektem była seria płyt spod znaku RTJ (Udana, oczywiście). Odpowiedzialny za beaty El-P stworzył idealne elektroniczne podkłady pod szorstką nawijkę Killer Mike’a. Czy można nagrać coś lepszego? Odpowiedź poniżej.

Run The Jewels – Run The Jewels 2 (2014). Rzadką sytuacją jest by sequel przewyższył poziom poprzednika. Oczywiście można wymieniać „Ojca Chrzestnego II„, „Obcy – Decydujące Starcie” czy też „Terminatora II„. A muzyczne sequele? Do tego nielicznego konta na pewno zaliczyć drugą część „Run The Jewels„. Nie wiele rok po debiucie RTJ, debiut El-P – Killer Mike udowodnili, że ich album to nie jednorazowy wyskok a całkiem porządna seria dobrej muzyki. Zgodnie z zasadą sequelu jest tutaj wszystkiego więcej i o dziwo to zadziałało!

Solange – A Seat At The Table (2016). Nie wielu wie, że Beyonce Knowles ma siostrę. I to w dodatku taką, którą śpiewa i nagrywa dobrą muzykę! Niestety Solange jest w cieniu siostry, która stała się gwiazdą POP. Przynajmniej w ujęciu mainstremowym, bo w świecie muzycznego niezalu cieszy się ogromnym szacunkiem słuchaczy i recenzentów. Głównie dzięki albumowi „A Seat At The Table” z 2016 roku, który śmiało mogę określić jej opus magnum. Wspaniałe melodie, wpadające w ucho kompozycje i ten wokal Solange… Takiego popu można słuchać godzinami.

Sufjan Stevens – Carrie And Lowell (2015). Prawdopodobnie najbardziej osobista płyta w tym zestawieniu. „Carrie And Lowell” to efekt śmierci mamy od Sufjana Stevensa. Jednak nie jest to zwykła laurka dla rodzicielki, jakich wiele. Stosunki artysty z matką ciężko nazwać idealnymi, gdyż odeszła ona od niego, gdy ten miał zaledwie jeden rok. Znamienne jest jest jednak, że Stevens wybacza matce a jej śmierć znosi bardzo ciężko, co usłyszymy na tej płycie. A muzycznie? Jest pięknie, jak to u Sufjana zwykle bywa. Wspaniała płyta.

Tame Impala – Lonerism (2012). Po co brać narkotyki, jeśli można odpalić sobie „Lonerism” od australijskiej grupy Tame Impala? Odczucia są podobne. Kevin Parker wraz z ekipą w piękny sposób eksplorują w psychodelicznym rocku wydobywając z niego to co najlepsze. Usłyszymy tutaj mnóstwo nawiązań do klasyki gatunku zaczynając od sierżanta pieprza Beatlesów, poprzez Pink Floyd, Franka Zappę a kończąc na nowych przedstawicielach spod znaku MGMT, Flaming Lips czy też Spiritualized. W 2012 roku był niezły hype wokół tej płyty, ale wiecie co? Chyba zbyt mały bo to wiekopomne dzieło!

Taylor Swift – Folklore (2020). Oh, jak ja uwielbiam tego typu przemiany. Fajnie jest usłyszeć jak gwiazda POP potrafi nagrać muzykę ambitną, piękną i pełną emocji. Taki właśnie jest wydany w minionym roku „Folklore„. Przy pomocy okrojonego zestawu muzycznego oraz zawsze świetnego Justina Vernona, amerykańska wokalistka nagrała wzruszający krążek, którego brzmienie jest oparte na indie-folku. Jednak nie myślcie, że to był jednorazowy wypad. Taylor Swift tego samego roku postanowiła powrócić na wieś i nagrać kolejny album w podobnym klimacie. „evermore” o  którym mowa, okazał się równie udanym albumem. Przyznam, że lubię popową Taylor, jednak nie obraziłbym się gdyby pozostała w towarzystwie Bon Iver i The National na dłużej.

These New Puritans – Field of Reeds (2013). Po latach poszukiwań swojego brzmienia i swojego miejsca na rynku muzycznym These New Puritans odnaleźli je na albumie „Field of Reed„. Piękne, klimatyczne i wciągające melodie zawarte na tej płycie to efekt wielu prób i eksperymentów. Zaczęło się od matematycznego indie rocka na „Beat Pyramid” z 2008 roku. Dwa lata później „Hidden” momentami udowadniało, że to jest to. Jednak te prawdziwe „TO” przyszło dopiero w 2013 roku. Bracia Barnett sprawiają wrażenie, że na płycie nie wiele się dzieje. To jakaś trąbka zatrąbi, to jakiś klawisz uderzy w ton, to wokal coś zamrucze, to chwila przerwy. Nic bardziej mylnego! Na tej płycie dzieje się mnóstwo rzeczy a nieśpieszny sposób ich przedstawienia dodaje im tylko siły. Moją listę mógłbym zawęzić do 10 płyt, a „Field of Reeds” i tak by się na niej znalazło. Aha, wydane sześć lat później „Inside The Rose” jest również epickie.

Trupa Trupa – Headache (2015). Mimo, że zespół z Trójmiasta większą sławę zyskał za sprawą „Jolly New Songs” m.in. dzięki recenzji na Pitchforku (Chciałbym zobaczyć wtedy miny blogerów, którzy zjechali zespół za debiut), to i tak uważam, że „Headache” to ich najdoskonalsze dzieło. Grzegorz Kwiatkowski wraz z resztą chłopaków nagrał zwarty, klimatyczny i dobrze słuchający się krążek oparty na mrocznych, nieco psychodelicznych gitarowych riffach. Śnieżna i mroźna zima w 2015 roku już zawsze będzie mi się kojarzyć z tym longplayem.

Tyler, The Creator – Flower Boy (2017). Tyler Gregory Okonma wykonał niesamowity skok jakościowy w swojej twórczości. Zaczynając od surowego, wulgarnego „Goblina„, gdzie rapował do wiertarki z udarem stopniowo łagodził swoje brzmienie podążając w bardziej popowe i soulowe klimaty. Ta droga doprowadziła go do wydania „Flower Boy„, gdzie nie tylko rapuje do przyjemniejszej muzyki a po prostu wyznacza nowe trendy w okolicach hip-hopu i r’n’b.

Tyler, The Creator – Igor (2019). Wydawać by się mogło, że punkt kulminacyjny przemiany Okonmy w kwiatowego chłopca miała miejsce w 2017 roku za sprawą „Flower Boy„. Nic bardziej mylnego, raper postanowił dalej drążyć temat i w ten oto sposób otrzymaliśmy „Igora„. Jeszcze bardziej przemyślane dzieło, gdzie już wyraźnie słychać, że mamy do czynienia z prawdziwym artystą a nie chłoptasiem mieszkającym z babcią w ciasnym mieszkanku.

The War On Drugs – Lost In The Dream (2014). Grupa z Filadelfii w stanie Pennsylwania nigdy wcześniej, ani też później nie nagrała tak wybitnego krążka jak „Lost In The Dream„. Dlatego należy celebrować ten sukces za każdym razem, gdy mówimy o The War On Drugs. W Blackburn do tej pory wspominają mistrzostwo Anglii z 1995 roku wywalczone przez Rovers, a w Zagrzebiu wciąż pamiętają zwycięstwo Red Star w Pucharze Mistrzów. LITD to zestaw nieco przydługich, acz zgrabnych utworów opartych na lekkich gitarkach i niezbyt natarczywych syntezatorach. Słuchając tej muzyki czujemy furgające wszędzie długie włosy chłopaków i w sumie nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale na pewno o czymś to znaczy.

Wavves – Afraid of Heights (2013). „Afraid of Heigts” to na pewno nie jest przykład na najlepszego przedstawiciela garage rocka i lo-fi. Jednak skoro „King of The Beach” nie załapał sie do rankingu ze względu na ramy czasowe a jego następcę słucham po dziś dzień, to czemu nie? Generalnie czuje sie psychofanem grupy, gdyż na koncert Wavves uderzyłbym nawet gdyby grali w Gołdapi albo Świnoujściu. Dlatego też umieszczenie tej płyty w zestawieniu jest nieco nie fair, gdyż zdaje sobie sprawę, że w tym czasie ukazało się 100 lepszych wydawnictw. No, ale w końcu to mój subiektywny wybór, także jebać to. Wavves jest spoko.

Wczasy – Zawody (2018). Mimo, że duet Wczasy odkryłem rok po wydaniu „Zawodów” to i tak udało mi się wstrzelić w hajp na ten zespół. Ba, zostałem nawet ich jakimś psychofanem…. Świetne, w retro stylu, elektroniczne melodie łączą się tutaj ze słodko-gorzkimi tekstami. Swój elaborat na temat tego krążka pisałem TUTAJ, dlatego tylko pokrótce powtórzę, że Wczasy to najlepsza rzecz jaka się przytrafiła polskiej muzyce niezależnej od lat. Co więcej zespół nie zwalania tempa i wciąż nagrywa świetne piosenki. Posłuchajcie tylko ich wersji Hot16Chellange czy też singla „Czy Wiesz Już?” nagranego z Iwoną Skwarek z Rebeki.

Weezer – Everything Will Be Alright In The End (2014). Gdy wydawało się, że grupa z Los Angeles najlepsze lata ma za sobą, to ukazała się właśnie ta płyta. Co tutaj dużo mówić. Rivers Cuomo z spółką znowu to zrobili. Sprawili, że tego typu radosne, gitarowe brzdąkanie cofnęło mnie w czasie do liceum. Płyta jest lekka, przyjemna, bezpretensjonalna, nieco banalna momentami (ale to dodaje tylko uroku całości). Szkoda tylko, że nie poszli za ciosem i ponownie wpadli w rutynę przeciętności. Chociaż kto wie? Może znowu wydadzą coś równie dobrego opartego na sprawdzonych schematach? Pożyjemy, zobaczymy.

WU LYF – Go Tell Fire To The Mountain (2011). Okazuje się, że blisko ponad po 9 latach od premiery niesamowitej płyty WU LYF te dźwięki nadal na mnie działają. Niestety Brytyjczycy nie nagrali nigdy więcej żadnej płyty. A szkoda bo dzięki niesamowitej energii, wyrazistemu wokalowi Ellery Jamesa Robertsa oraz wciągającym kompozycjom można było się spodziewać mocnego gracza w indie rocku. Osobiście utożsamiam band z Manchesteru jako europejską wersję Wolf Parade. Wyjące wokale, brzmienie gitary i rozpierdziel na garach to klimaty, które lubię. Podejrzewam, że dopadła ich proza życia i już nigdy nie wrócą, ale KTO WIE? Pożyjemy, zobaczymy.

U.S. Girls – Heavy Light (2020). Być może w dyskografii Meghan Remy znajdziemy dużo więcej wartościowego złota i klejnotów. Jednak to „Heavy Light” przykuł moją uwagę i to ten krążek słuchałem namiętnie podczas zeszłorocznych koronaferii. No, ale jak go nie słuchać namiętnie? Przecież artystka tutaj tworzy wybitne dzieło z pogranicza popu i alternatywy. Nawiązania zawarte w tych utworach zaczynają się od Madonny, Bowiego i Blondi a kończą na Arcade Fire czy te bat For Lashes. Nietuzinkowa płyta.

Young Jesus – The Whole Thing Is Just There (2018). Widzisz w nazwie Young i to w dodatku Jesus i myślisz sobie – o kolejne rapsy. Nic z tych rzeczy, mowa tutaj o indie rockowej kapeli z Chicago, która za sprawą „The Whole Thing Is Just There” dolała oliwy do rozgrzanego pieca na którym ktoś niezdarnie flamastrem napisał indie rock. Jest to krążek składający się co prawda tylko z 6 utworów, ale nie jest on wcale krótki. Piosenki trwają po 5-6 minut, po za ostatnią, która jest ponad 20 minutowym kombosem gitar i perkusji. Nie jest to muzyka odkrywcza, ale w udany sposób przypomina nam dlaczego lata 90 były dobre dla muzyki gitarowej.