Kiedyś to było – Jak wyglądało życie w 2007 roku.

Zapytacie pewnie skąd ten wyskok z 2007 rokiem? Otóż w dniu dzisiejszym mija dokładnie 15 lat odkąd na bloga wrzuciłem ten WPIS. Sporo wody w Wiśle od tego momentu upłynęło, a blog wciąż istnieje. Postanowiłem z tej okazji wrócić do pamiętnego 2007 i nieco go przypomnieć dla młodszych pokoleń jak to się kiedyś żyło przed Tik-Tokiem, covidem i Robertem Lewandowskim w gazie.

Na początek małe wspomnienie moich wyczynów pisarskich. Nie będę ukrywał, że tworząc bloga miałem ledwo skończone 18 lat i nie wiele wiedziałem (w zasadzie nic nie wiedziałem) o dziennikarstwie muzycznym. Dlatego też moje pierwsze recenzje wyglądały jak jakieś notatki z wikipedi. Generalnie początkowe treści skupiały się na moich zainteresowaniach z tamtego czasu, czyli indie rocku, Milanie i filme. Blog miał formę encyklopedii, która miała za zadanie przybliżać sylwetki moich ulubionych kapel takich jak: Muse, The Killers, Bloc Party czy też Franz Ferdinand. Dopiero w latach 2008-09 nauczyłem się nieco lepiej opisywać swoje muzyczne odczucia i miałem nawet w planie poprawę starych treści, których się wstydziłem. Na szczęście tego nie zrobiłem, gdyż zdałem sobie sprawę, że to piękny wehikuł czasu, dzięki któremu mogę wejść do swojej głowy w czasach licealnych.

Zainteresowanie moimi treściami początkowo było nijakie, do momentu opublikowania pamiętnej notatki EMO. Nie wiem czy wszyscy to pamiętają, ale w tamtym czasie modnie było nosić się na tzw. EMO. Temat ten był o tyle głośny, gdyż nie wiązał się wyłącznie z modą, ale także z emocjonalnymi zachowaniami jak popadanie w depresje czy podcinanie żył. W zasadzie swoim wpisem nie odkryłem ameryki, jednak przyciągnął każdego poszukującego w wyszukiwarce słowa „emo”. Do tej pory to wpis, który jest w czołówce wyświetleń na blogu.

Rok 2007 to także moja pierwsza wizyta na festiwalu muzycznym. W tamtym czasie wybrałem się na Openera do Gdyni, gdzie grały moje ulubione zespoły z tamtego okresu, takie jak: Muse, Bloc Party, Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach czy też Beastie Boys. Całość niezgrabnie opisałem w swojej relacji, którą możecie przeczytać TUTAJ. Jak przystało na blog kulturalny zrobiłem także pierwsze podsumowanie, które wyglądało niczym jak rozdanie jakiś tandetnych nagród pokroju MTV czy Brit Award… Dziś bym umieścił tam zupełnie inne longplaye… Listę wstydu możecie zobaczyć TUTAJ.

Przejdźmy teraz do roku 2007. 15 lat temu Mata miał 7 lat i dopiero co nauczył się wiązać sznurowadła (albo nie?), Ariana Grande miała 14 lat i za umawianie się z nią groził prokurator a jej rówieśnikowi Dawidowi Podsiadło zaczął kiełkować pierwszy wąsik. W mainstreamie rządził Timbaland, którego hiciory leciały na każdej imprezie. Pamięta ktoś jeszcze „Give It To Me„, „The Way I Are” albo „Apologize” nagrane z OneRepublic? Najlepiej sprzedawała się Avril Lavigne i jej album „The Best Damn Thing„, której recenzja (przepisana z internetu) ukazała się w gazetce szkolnej mojego liceum, i w efekcie tego wywołało liczne niezadowolenia u czytelników 🙂 Oko chłopaków cieszyła Fergie, która rozpoczęła karierę solowo. Dziewczyny natomiast w tym czasie marzyły o umówieniu się z członkami Maroon 5 czy też Justinem Timberlakiem. Na polskiej scenie muzycznej rządziła Gosia Andrzejewicz, Doda i świeży debiutant Feel. Oczywiście ukazało się wtedy także całkiem sporo dobrej muzyki. Takie płyty jak: „Friend And Foe” Menomeny, „Untrue” Buriala, „Hissing Fauna, Are You the Destroyer?” of Montreal, „Terroromans” Much, „Strawberry Jam” Animal Collective czy też „Sound of Silver” LCD Soundsystem świadczą, że muzycznie to był bardzo dobry i owocny rok. Warto także wspomnieć, że Radiohead jako pierwszy zespół postanowił udostępnić swój nowy album „In Rainbows” w internecie nie narzucając ceny. Nową płytę radiogłowych można było ściągnąć za darmo, jak i za dowolną wpisaną kwotę.

A co tam działo się na dużym i małym ekranie? W kinach grali kolejne części Piratów z Karaibów, Harry’ego Pottera i Shreka. Tobey Maguire był w tym czasie Spidermanem a Pixar wypuścił „Ratatuj„. Ukazał się też w tym czasie takie klasyki jak: „There Will Be Blood„, „No Country for Old Men„, „The Host” czy też „Zodiac„. Netflix co prawda istniał już od 10 lat, jednak seriale wówczas oglądało się w telewizji bądź ściągało się je z torrentów. Pamiętacie takie tytuły jak: „Zagubieni„, „Heroes„, „Californication„, „Dr House” czy też „Dexter„? To były gorące seriale tamtego czasu. Co więcej w 2007 roku rozpoczęła się transmisja „Teorii Wielkiego Podrywu” oraz „Mad Mena„, natomiast zakończył się serial „Rodzina Soprano„.

W 2007 roku w Europie ukazała się konsola PlayStation 3. W tym czasie grano w takie gierki jak: „Call of Duty 4„, „FIFA 2008„, „PES 2008„, „Assassin’s Creed” czy też „GTA: Vice City Stories„. Ja osobiście w tym czasie najwięcej czasu poświęcałem niezmordowanemu FM-owi, gdzie głównie grałem Milanem lub drużynami z polskiej ligi.

A co tam w sporcie się działo? Robert Lewandowski klepał biedę w Zniczu Pruszków, Kylian Mbappe miał 9 lat i naklejał plakaty Ronaldo na ścianę a Messi rozegrał dopiero pierwszy sezon, jako podstawowy zawodnik Barcelony. W tamtym czasie rządził mój, piękny Milan z Kaką, Pirlo, Seedorfem, Nestą i Maldinim w składzie. Wygrali wówczas Ligę Mistrzów, Superpuchar Europy oraz Klubowe MŚ. W Ekstraklasie mistrzem zostało Zagłębie Lubin wyprzedzając GKS Bełchatów o jeden punkt. W tym roku przyznano Polsce i Ukrainie organizacje EURO 2012. Z innych dziecin sportu to: Adam Małysz zdobył swój czwarty i ostatni Puchar Świata w skokach narciarskich, W NBA wygrali San Antonio Spurs a najlepiej punktującym zawodnikiem był śp. Kobe Bryant.

A tak ogólnie co tam się działo w 2007 roku? To był fajny rok, pomijając fakt, że Premierem Polski był Jarosław Kaczyński… Dla mnie był to czas zmian za sprawą wejścia w pełnoletność. Szybko zdobyty dowód niestety nigdy nie został użyty do udowodnienia legalności zakupu alkoholu. Nie mniej od tego czasu z większą pewnością siebie urzędowałem w mikołowskich pubach. Co więcej w tym czasie rozpocząłem także kurs na prawo jazdy, które udało się zdobyć wraz z początkiem 2008 roku.

Nie było jeszcze w Polsce Facebooka, Twittera, TikToka, Instagrama. Istniały jednak już portale społecznościowe. Pamięta ktoś jeszcze Naszą Klasę? To był polski facebook, który w okolicach godzin wieczornych z powodu przeładowania ładował się niemiłosiernie długo… Funkcje Instagrama spełniał serwis Fotka.pl. Natomiast wymiana poglądów odbywała się na różnorakich forach, a do komunikacji służyło nieodżałowane Gadu-Gadu. Z zagranicznych social mediów prym wiódł MySpace oraz Last.fm, który pozwalał odkrywać nową muzykę. Mocno rozbudowana była blogosfera, stąd też pomysł na powstanie Paweuu Alternativ Blog. Od tego momentu mija 15 lat i wciąż mam energię i pomysły na nowe wpisy. Mam nadzieję, że spotkamy się tutaj ponownie za parę lat i powspominamy stare czasy. Zachęcam do wpisywania w komentarzach swoich wspominek z tego czasu. Wiem, że teraz ciężko z czytaniem czegokolwiek dłuższego w necie i pisanie komentarzy poza fb, ale liczę, że trafi się tutaj parę ciekawych spostrzeżeń 🙂

Muzyczne zaległości z 2017 roku

Z całych sił starałem się by do tego wpisu nie doszło. Jednak nie oszukujmy się, o tylu jeszcze płytach chciałem wspomnieć na blogu przed stworzeniem swojego podsumowania. Jednak w pewnym momencie zrozumiałem, że te podsumowanie pewnie pojawiłoby się w okolicach wakacji 2018! No, ale nie ma źle. I tak udało mi się w tym roku zarekomendować (lub nie) całkiem pokaźną liczbę płyt. Może nie było w tym zestawie za dużo nowości i nie były to aktualizacje wydawane z czasem, ale nie jestem pieprzonym pitchforkiem. Jestem sam, i nie płacą mi za to. Jednak nie potrafię wyobrazić sobie swojej egzystencji bez pisania, dlatego do dzieła! Oto zestawienie płyt, które przesłuchałem w minionym roku, jednak zabrakło czasu by o nich wspomnieć na blogu w osobnym tekście.

Björk – Utopia. Właśnie zdałem sobie sprawę, że nigdy nie miałem okazji wspomnieć o samej Björk na moim blogu. Nie licząc, krótkiej wspominki odnośnie jej występu podczas Open’er Festival 2007, ale kto by to pamiętał? Wiąże się to z tym, że nigdy nie byłem ogromnym fanem Islandki. Co jest dziwne, bo lubię radiogłowych i lubię dziwną, ambitną muzykę. Jednak jakoś nigdy nie było okazji zagłębić się w temat odpowiednio głęboko, ale coś tam słyszałem i coś tam wiem. „Utopia” to dziesiąty krążek w bogatej dyskografii artystki. Awangarda, teatralność, dramatyczność i naturalność. Tym słowom najbliżej do „Utopii„. W odróżnieniu do poprzedniego longplaya „Vulnicura„, gdzie tematem głównym było rozstanie i leczenie ran, na ubiegłorocznym krążku artystka opowiada o miłości i zakochaniu. Fani już pokochali ten album, reszta doceniła. W tym i ja. Ocena: 6/10.

Charli XCX – Pop 2. What? Charli XCX znowu wydała album? Płodność wydawnicza niczym The Beatles czy ostatnio Future. Niby ilość nie idzie w parzę z jakością. Nie w tym przypadku. „Pop 2” po pierwszym odsłuchu wydał mi się znacznie lepszą płytą, niż poprzednik „Number 1 Angel„. A trzeba zwrócić uwagę, że wydany wcześniej krążek słabym też nie był. Angielka wyrasta na główną twarz alternatywnego popu. Świetnie zaaranżowane utwory mają wszystko by nas zachęcić do słuchania. Są hooki, melodyjność, fajne featuringi (Carly Rea Jepsen, Mykki Blanco! czy też MØ) i sama Charli XCX w czystej postaci. Daje z siebie 100 procent i udowadnia, że komercyjne radio jeszcze nie odkryło prawdziwie dobrego popu. Ocena: 7/10.

Gorillaz – Humanz. Fajnie, że Damon Albarn dalej bawi się w robienie muzyki i wciąż dobrze mu to wychodzi. Jednak muszę przyznać, że przy całej mojej sympatii do tego płodnego w dźwięki brytola to „Humanz” męczyło i męczy mnie niemiłosiernie. Jakoś nie umiem przekonać się do tego wydawnictwa w pełni. Nie jest one złe, jest po prostu za długie, momentami zbyt toporne i nijakie. Może z czasem będzie lepiej, ale nie mam zamiaru się o to zakładać. Póki co podchodzę do tematu ostrożnie. Ocena: 5/10.

Kamasi Washington – Harmony of Difference EP. Co prawda, to tylko EP-ka, ale za to jaka. Nie ma tu miejsca na wstępy i zakończenia, Kamasi od razu przechodzi do sedna. Kawał dobrego jazzu, który wpada ucho od pierwszego odsłuchu. Najgorsza rzecz z jaką musiał się zmierzyć artysta to porównania do „Truth„, które zostało okrzyknięte jedną z najważniejszych płyt jazzowych w historii. No cóż, „zajebiście wysoko powieszona poprzeczka”, ale Amerykański saksofonista dał radę. Zeszłoroczny, pół godzinny materiał to energiczny i klimatyczny zestaw, który warto znać. Ocena: 7/10.

Kaz Bałagane – Narkopop. Polski hip-hop potrzebował kogoś takiego. Może Kaz Bałagane nie jest mistrzem rapowania, ale jego linijki są KAPITALNE. Co więcej typ poza tym, że jest narcyzem to ma dobre wyczucie do podkładów. Od debiutu PRO8L3Mu dawno nie słyszałem tak dobrych beatów, i to przez całą płytę. Darek z Polski żalił się, że polscy raperzy idą w ilość a nie jakość. Kaz póki co jeszcze nie wydał rzeczy słabej, bo zarówno „Lot022” jak i „Radio Gruz” zebrały dobre oceny. Dla fanów tradycyjnego rapu może to być album nie do przejścia, bo Kaz bawi się słowem. Jednak uwierzcie, że lada moment te wersy mogą się ukazać na maturze. Ocena: 7/10.

Lana Del Rey – Lust For Life. Pisząc o tej płycie, trzeba wpierw zacząć od mniej przyjemnej rzeczy. Tak, „Get Free” to zrzynka z „Creep” Radiohead. Zresztą nie pierwsza. Pamiętacie „Plug In Baby” Muse? Swoją drogą znam wiele muzycznych zrzynek z których nikt nie robił afery (QOTSAKazik Na Żywo czy też BlondieCeline Dion). Tutaj trochę smrodu jednak zostało. Jednak nie pozwólmy by ta feralna sprawa przykryła jeden fakt. Mianowicie to, że to prawdopodobnie najlepsza płyta artystki od debiutu. Zauroczona w latach 60 i rapsach spod znaku A$AP Rocky’ego wokalistka serwuje nam kawał konkretnego popu, którego próżno szukać w radiu. I wiecie co? Ja chcę tego słuchać. Mimo, że to może być tylko gra i kreowanie wizerunku to doceniam, że Pani Del Rey odrobiła lekcje. Śpiewa o Motley Crue, narkotykach i lataniu na księżyc, nagrywa z synem Johna Lennona oraz upolitycznia swoją muzykę. Zapachniało zbuntowanymi i hipisowskimi latami 60, nie tylko od patrzenia na kwiatki wpięte we włosy Lany Del Rey. Jedna z ciekawszych płyt poprzedniego roku. Ocena: 7/10.

LCD Soundsystem – American Dream. Ja od początku wiedziałem, że James Murphy bez muzyki długo nie wytrzyma. W 2011 roku hucznie schodzili ze sceny. Grali pożegnalny koncert w Madison Square Garde, wydali z tego koncertu album live, nakręcili film dokumentalny. Działo się. Jednak już po niespełna pięciu latach wrócili ponownie do koncertowania a w zeszłym roku wydali nową płytę zatytułowaną „American Dream„. Wiele było ostatnio powrotów. Jedne dłuższe, inne krótsze. Jedno jest jednak pewne, powrót LCD Soundsystem był jednym z lepszych powrotów. Ich najnowsza płyta to majstersztyk. Co prawda James Murphy absolutnie nie nagrała niczego, czego byśmy nie usłyszeli na jego poprzednich krążkach. Jednak swój poziom zachował, a mało komu się to tak udaje jak właśnie jemu. Ocena: 7/10.

Miguel – War & Leisure. No, ejże, ej! Jakbym nie mógł wspomnieć na blogu o nowej płycie Miguela? Przecież tego skurczybyka uwielbiam od czasów wydanego w 2012 roku „Kaleidoscope Dream„. W między czasie swoją pozycję wzmocnił bardzo dobrym „Wildheart” z 2015 roku. W minionym roku pojawiło się „War & Leisure„, które wcale nie odbiega poziomem od poprzednich krążków. Jednym słowem Miguel wyrasta nam na naczelnego dostawce alternatywnego r’n’b, i nie mam nic przeciwko temu. Nowy zestaw piosenek to kolekcja potulnych, przyjemnych i wpadających ucho tracków. Momentami jest z pazurem, momentami Miguel stara się być nowym wcieleniem Barry’ego White’a (If You know, what I mean). Co najważniejsze jednak, ta płyta wciąga i nie nudzi! Oczywiście Amerykanin nie wymyśla tutaj prochu i bazuje na sprawdzonych patentach, ale jeżeli wciąż się sprawdzają i działają… To czemu nie? Ocena: 8/10.

Playboi Carti – Playboi Carti. Podobno 2017 był dobrym rokiem dla rapsów. Trochę żałuję, że bardziej tego nie sprawdziłem. Jednak swoje przesłuchałem, a mój wybór m.in. padł na rapera/modela z Atlanty Jordana Terrella Cartera, znanego szerzej jako Playboi Carti. Co prawda to tylko bądź aż mixtape, jednak jest w tym moc. Skoro pieczę nad tym wydawnictwem sprawował sam A$AP Rocky, więc nie może to być słaba rzecz. I nie jest. Powiem więcej, wolę młodziaka z Atlanty niż przereklamowanych Migos. Ocena: 7/10.

Slowdive – Slowdive. W ostatnim czasie sporo było powrotów. Były bardziej i mniej spektakularne. Wracali dinozaury i Dinosaur Jr. Tuzi muzyki, legendy lat 90, królowie alternatywy. My Bloody Valentine, Kate Bush, Edyta Bartosiewicz, The Avalanches, Ride i wielu, wielu innych. Dlatego też powrót z nowym materiałem Slowdive wydawał się tylko kwestią czasu. Skoro słuchacze kupują to, więc czemu nie? Zwłaszcza, że autorzy genialnego „Souvlaki” mają sporą rzeszę fanów. No i reaktywowali się. Wpierw w 2014 roku ruszyli z koncertami, jeden miał nawet miejsce w Polsce podczas OFF Festivali. A po prawie 22 latach ukazała się nowa płyta zatytułowana po prostu „Slowdive„. Nie jest to spektakularny comeback, ale trzeba przyznać, że nowy longplay stoi na wysokim poziomie. Anglicy wciąż mają smykałkę do tworzenia intrygujących melodii. Wnikliwe gitarowe riffy pięknie układają się w całość, dając dość ciekawy efekt. A najlepsze w tej płycie jest to, że wcale nie słychać w niej, że nagrali ją ludzie dobijający do abrahama. Ocena: 8/10.

St. Vincent – Masseducation. Do Annie Clark mam szacunek od 2011 roku, kiedy to urzekła mnie singlem „Cruel” i całą płytą „Strange Mercy„. Od tamtego czasu zawsze daje tej multiinstrumentalistce szansę. I tak było tym razem. Na nowym longplayu Pani Clark nie boi się poeksperymentować. Niektórzy zarzucają tej metamorfozie banalność, jednak nie dajcie się zmylić. Wszystko co usłyszycie na „Masseducation” jest w pełni przemyślane i nie ma tutaj miejsca na grę w chybił/trafił. Amerykanka za każdym razem trafia w punkt, tak jest i tym razem. Ocena: 7/10.

SZA – Ctrl. Wierzcie lub nie, ale nie ma chyba recenzji „Ctrl” w internecie, w której nie byłaby mowa o podobieństwach do twórczości Franka Oceana. Skuszony tymi porównaniami zajrzałem do debiutu SZA. I coś faktycznie jest na rzeczy, ale tylko przez moment. Zwłaszcza w otwierającym całość „Supermodel” łatwo dopatrzyć się podobieństw do ostatniej płyty Franka Oceana „Blonde„. No, ale reszta jest zupełnie inna, co oczywiście nie przeszkadza w stworzeniu spójnej płyty. O ile na swoich poprzednich wydawnictwach artystka była kojarzona z delikatnym brzmieniem, to na „Ctrl” usłyszymy dość odważną mieszankę r’n’b z hip-hopem, popem, indie rockiem czy też neo-soulem. A opowiadane historię też są odważniejsze. Nic tylko słuchać. Ocena: 8/10.

The War On Drugs – A Deeper Understanding. Amerykanie z Filadelfii po raz pierwszy urzekli mnie w 2014 roku swoim kapitalnym albumem „Lost in the Dream„. Dlaczego więc nie dać im kolejnej szansy? Sprawdziłem zatem ich najnowsze dzieło zatytułowane „A Deeper Understanding„. I wiecie co? Opłaca się ponownie posłuchać grupy Adama Granduciela. Co prawda, niektórzy narzekają, że nie wiele się dzieje na tej płycie. Jednak chyba nikt w tym roku z taką fantazją i pięknem nie przynudzał jak oni. Może nie wiele się dzieje na tej płycie, i może sami nie wiedzą czy chcą być jak My Bloody Valentine czy Bob Dylan (albo jedni i drugi na raz), ale nie można im odmówić tego, że potrafią zaczarować. W moim przypadku tak było. Sprawdźcie całość, ale przynajmniej te ponad 11 minutowe „Thinking Of A Place„, nie stracicie czasu na pewno. Ocena: 7/10.

The XX – I See You. Początek najnowszej, trzeciej już płyty The XX sprawiał wrażenie, że zespół podąży nową drogą. Dubstepowa perkusja i elektroniczny klimat jednak z czasem ustępuje i otrzymujemy to, z czego dobrze znamy grupę. Znowu jest melancholijnie, mrocznie i depresyjnie. To oczywiście nic złego, bo za ten niepowtarzalny klimat pokochaliśmy brytyjskie trio w 2009 roku. „Coexist” z 2012 roku był rozwinięciem pomysłów z debiutu, natomiast „I See You” wydaje się być klasyczną trzecią płytą. Z jednej strony muzycy próbują czegoś nowego, jednak na dobre nie potrafią się pożegnać ze starą stylistyką. Póki co, jeszcze to się sprawdza. Mam nadzieję, że jednak z czasem bardziej postawią na nowe brzmienia, bo wychodzi im to. Udowadnia to zdecydowanie pierwsza cześć płyty „I See You„. Ocena: 7/10.

 

Świąteczna lista przebojów vol. 3

andy-griffith-christmas-by-wikipediadotorgŚwiąteczna playlista staje się już małą tradycją tego bloga. Święta tuż, tuż dlatego zapraszam do zapoznania się z kolejną, trzecią dawką świątecznych piosenek.

Low – Just Like Christmas. Na Paweuu Alternativ Blog lubimy wszystko co wyjdzie spod rąk zespołu Low. Reprezentanci gatunku „slowcore” idealnie pasują do kolacji wigilijnej. To powinien być jeden z tych wieczorów, gdzie czas nie gra żadnej roli. Jak śpiewał kiedyś Thome Yorke „slow down”. Rozkoszujmy się barszczykiem i prezentami tak jak rozkoszujemy się utworami zespołu z Duluth, powoli.

The Waitresses – Christmas Wrapping. Ten utwór to cudeńko. I to ponad 30 letnie. Oczywiście grudnia 1981 nikt w naszym kraju mile nie wspomina, ale TAM na zachodzie ludzie dobrze się bawili przy „Christmas Wrapping”. Szkoda tylko, że Patty Donahue już nigdy tak pięknie nie zaśpiewa.

The Walkmen – No Christmas While I’m Talking. Utwór The Walkmen jest świąteczny jedynie z nazwy. Nie słyszymy żadnych dzwoneczków, trąbek, chórów aniołów. Tekst także nie jest ani o choince, ani też nawet o Józefie. To po prostu kolejna dawka świetnej muzyki od The Walkmen, a ci grają wyjątkowo dobrze.

Yo La Tengo – It’s Christmas Time. Świąteczny nastrój udzielił się również muzykom Yo La Tengo. W luźny sposób interpretują ten wyjątkowy czas na swój sposób. Trudno nie ulec świątecznej gorączce gdy słyszy się te urocze „pampampam”. Ten akustyczny utwór ma to „coś”.

LCD Soundsystem – Oh You (Christmas Blues). Podobny przypadek do wcześniejszej piosenki grupy The Walkmen. Świąteczna jest tylko nazwa, nie zmienia to jednak faktu, że dobrze się słucha tej piosenki przy kominku z szklanką rumu w ręce. Pulsujący basik i gitarowe wstawki szturchają nami, natomiast wokal Jamesa Murphego dodaje całości dość osobliwego klimatu. Uwaga, przy tej piosence święta mogą być inne niż zwykle.

Passion Pit – All These Trees. Tegoroczne odkrycie muzycznych serwisów dołożyło własną cegiełkę do wszelkich list typu „top indie xmas songs”. Piosenka troszkę nudna i oklepana, jednak pod koniec zaczyna być znacznie ciekawiej. I gdy już faktycznie jest ciekawie to… się kończy. Podobnie jest ze świętami. Początek taki sztywny i oklepany. Później gdy zaczyna być ciekawiej to nagle się okazuje, że trzeba wracać do szarej rzeczywistości.