Pora na najciekawsze wydarzenia mijającego roku. Przyjrzyjmy się jakie historie, koncerty i zachowania najbardziej nas w poprzednim roku wzruszyły, poruszyły, zadowoliły lub zasmuciły.
Zacznijmy od koncertów, które w 2011 roku zbudziły najwięcej emocji i zaciekawienia. Oczywiście mowa będzie tylko o gigach mających miejsce w Polsce( Póki co na Primaverę do Hiszpanii się jeszcze nie wybieram).
Po pierwsze wiosenny występ Sufjana Stevensa w Warszawie. Niestety nie byłem uczestnikiem tego wydarzenia, jednak po tym co zobaczyłem w internecie jest czego żałować. Show na miarę Flaming Lips (kolorowa oprawa, konfetti itd.) z taneczną muzyką a la Sufjan. „Do You wanna Dance”? Czekam na następny występ w Polsce, tym razem nie odpuszczę. Duża część koncertu do obejrzenia tutaj. Po drugie Prince na Openerze. Z przykrością muszę stwierdzić, że Open’er 2011 > OFF Festival 2011. Prince jako headliner przebija wszystko co Rojek skołował na Katowicki festiwal muzyki alternatywnej. Kto by nie chciał posłuchać epickiego „Purple Rain” na żywo w wykonaniu legendarnego Prince’a? Po trzecie OFF Festival 2011. Mimo, że wydaje się jakby było gorzej niż w poprzednim roku to w sumie wciąż ten festiwal jest ogromnym wydarzeniem na którym trzeba być. A w tym roku nie zabrakło ciekawych zespołów takich jak Neon Indian, Junior Boys, Destroyer czy też Deerhoof oraz wyjadaczy pokroju Primal Scream i Gang of Four. Po czwarte Ringo Starr w Warszawie. Beatlesi nigdy nie pojawili się w Polsce, ani razem, ani osobno. Do tej pory. Pomijając ogromne ceny biletów i fakt, że Ringo grał głównie swoje łagodnie mówiąc „średnie” piosenki to warto było być w Warszawie i usłyszeć „Act Naturally”, „I wanna By Your Man” oraz „With A Little Help From My Friends”.
Pod koniec roku 2011 mieliśmy okazję zobaczyć koncertowy powrót legendarnej grupy Lenny Valentino. Rojek i reszta spółki wróciła na scenę ze względu na reedycje płyty „Uwaga! Jedzie Tramwaj”. Szkoda tylko, że swoją obecnością nie zaszczycili Ślązaków. Swoich fanów zasmucili za to R.E.M., LCD Soundsystem oraz The White Stripes. Tych zespołów nie usłyszymy prędko a być może już nigdy. Natomiast fani Rolling Stones zostali zaszokowani decyzją Micka Jaggera, który w wieku 68 lat założył nowy zespół. Twór nazwany został SuperHeavy a w składzie znaleźli się oprócz Jaggera: Joss Stone, David A. Stewart, A.R. Rahman oraz Damian Marley. We wrześniu można było już kupić efekt tej współpracy zatytułowany tak samo jak zespół „SuperHeavy”. Po 8 latach przerwy do studia wrócił zespół Blondie. Dzieło Debbie Harry i reszty zespołu nazwane zostało „Panic of Girls”. Było to szczególnie przeze mnie wyczekiwany krążek, który niestety mnie troszkę rozczarował.
Z ciekawostek poprzedniego roku można wspomnieć o:
Odpicowanej bryce Much. Po odejściu Piotra Maciejewskiego z zespołu atmosfera w zespole musiała być nie najlepsza. Do tego doszedł problem samochodu nazywanego „pojazdem piekarza”. Wiele zawirowań, miejmy jednak nadzieje, że nowo nadchodzący album rozwieje wszelkie wątpliwości. Gdyby jednak coś poszło nie tak to zawsze będą mieć „odpicowaną brykie”. Więcej na ten temat znajdziecie tutaj.
Urodziny Porcys. 10 lat skrupulatnego wkurzania ludzi swoimi zaniżonymi (nieraz) ocenami, drążenia tematu niezalu i łączenia go z plastkiowymi gwiazdami muzyki pop, irytującego bycia „na nie” oraz całego tego hipstrskiego syfu. Mimo, że nie lubimy to jednak sympatyzujemy i cenimy. 100 lat. Tutaj można zobaczyć film dokumentalny opowiadający o historii serwisu (W roli Harry’ego Pottera – Paweł Nowotarski).
Moonwalk Prince’a. MJ nie żyje, ale znalazł się godny następca w postaci piłkarza Milanu. Tak świętują scudetto włoscy piłkarze.
Nie zabrakło także w poprzednim roku rękoczynów i wyzwisk. Vampire Weekend vs. The Black Keys
W roku 2011 nie obeszło się od tragicznych wiadomości. 23 lipca w Londynie zmarła Amy Winehouse. Wiadomość o śmierci angielskiej piosenkarki niebyła dla mnie zaskoczeniem ze względu na tryb życia jaki prowadziła. Jednak była to dość spora strata ze względu na niezłe utwory, która tworzyła i fajny głos Amy. Poza tym w mijającym roku Ponury Żniwiarz był dość aktywny i zabrał między innymi Violettę Villas, Steva Jobsa, Clarence’a Clemonsa czy też Nate Dogg’a.
28 lipca o godzinie 12:00 zostało otwarte pole namiotowe dla ludzi, którzy wcześniej sobie zarezerwowali miejsce na polu. Na początku zakupiony bilety trzeba było zamienić na dwie opaski. Jedna zielona – dająca prawo wejść na koncert, druga żółta umożliwiająca wejście na pole namiotowe. Należy przyznać, że wszystko było dosyć dobrze przygotowane. Duża liczba ochroniarzy pomagała utrzymać porządek. Można się tylko przyczepić do odprawy na pole namiotowe bo kolejka przez dwa dni ciągnęła się w nieskończoność. Ludzie napływali z całego kraju oraz Europy. Czasami się wydawało, że się nie jest w Polsce słysząc wszędzie obce języki. A można było spotkać: Anglików, Niemców, Francuzów, Czechów, Norwegów, Ukraińców, Białorusinów, Rosjan oraz Czechów.
29 czerwca miały już odbywać się pierwsze koncerty. Jako pierwsi zagrali: Bruno Schulz na małej scenie oraz Afro kolektyw w namiocie. Jednak pierwszy koncert, który zobaczyłem osobiście to występ zespołu The Car is On Fire na scenie głównej o godzinie 19:00. Występ ciekawy, muzycy zagrali w ciągu 90 minut największe swoje przeboje takie jak: Neyorkewr czy też Oh Joe. Warto dodać, że wraz z zespołem wystąpił… Kaczor Donald! Jeden z anonimowych muzyków wystąpił ze zespołem w masce znanej postaci Walta Disneya. Następnie na scenie pojawili sie muzycy z Sonic Youth. Zespół istniejący grubo pond 20 lat zagrał swoje największe hity
dzięki czemu oczarował publikę. W jednym z utworów została wykorzystana audycja Polskiego radia. O godzinie 23:00 wystąpił zespół The Roots, jedna z legend Hip-Hopu. Także ciekawy występ. Natomiast o 1:00 na scenie głównej pojawił się Larurent Garnier, którego występu nie obejrzałem z powodu dość prostego. Nie interesował mnie ten koncert. Największe rozczarowanie tego dnia to występ Dizzee’go Rascala, który wcale się nie odbył o godzinie podanej w przewodniku!
30 czerwiec to dzień w którym zobaczyłem tylko dwa koncerty, ale jakże wspaniałe. Przez połowę dnia padał deszcz, nawet w jednym momencie grad. Pole namiotowe zamieniło się w bagno i trzeba było ratować co poniektóre namioty. Obszar koncertu także został zalany tworząc jedną wielka kupę błota w której o dziwo ludzie dobrze sie bawili. O 19:00 wystąpił O.S.T.R. a dwie godzony później Groove Armada, jednak nie obejrzałem tych występów z powodu upiornego deszczu. Gdy w końcu przestało padać, rozpoczął się długo wyczekiwany występ grupy Beastie Boys. Grupa zachwyciła publiczność żywiołową muzyką (połączenie rapu, punku oraz rocka) oraz dowcipnymi hasłami typu: „Freshhhh Finger”. Występ trochę się przedłużył co spowodowało, że największa gwiazda festiwalu zespół Muse zagrał 20 minut później. I co tu powiedzieć o tym występie? Genialny! Dopracowany w każdym szczególe. Zespół zagrał największe hity porywając tłum do skakania. Większość piosenek tłum razem śpiewał z wokalistą Mattem Bellamym. Najlepszy moment koncertu to piosenka Time is
Running Out, kiedy każdy skakał i krzyczał słowa refrenu. Koncert miał wspaniałą oprawę techniczną. Mnóstwo świateł, wizualizacje, wjeżdżający na scenę szklany fortepian, balony wypełnione konfetti. Po występie odczuwałem niedosyt. Dlaczego? Półtora godziny to zdecydowanie za krótko jak na taki zespól jakim jest Muse! To był mój pierwszy koncert tej grupy i na pewno długo będę go wspominał. To samo mogą chyba powiedzieć muzycy Muse, którzy co jakiś czas wrzucali łamane „dziękuje” a perkusista Dom Howard na samym początku powiedział: „czeszcz, finally in Poland!” Rozczarowanie tego dnia? Były dwa. Po pierwsze okropna pogoda po drugie występ Kombajna do zbierania Kur po Wioskach, który nałożył sie na występ Muse! Bardzo chciałem zobaczyć także KDZKPW na żywo, myślę, że jeszcze uda mi się obejrzeć ich występ.
No i ostatni dzień Festiwalu. W tym dniu mogliśmy zobaczyć trzy wspaniałe występy na scenie głównej. O 19:00 wystąpił zespół Indios Bravos. Myślę, że to tyle co można powiedzieć na temat występu tego zespołu na scenie głównej. O 21:00 na scenę weszli młodzi muzycy z Bloc Party i zaczarowali publikę. Ich występ był jednym z najlepszych na całym festiwalu. Zespół zagrał swoje największe hity. Wokalista Kele Okereke zaprosił do jednej piosenki polskiego rapera O.S.T.R.’a i podczas kiedy ten rapował, Kele zszedł na dół i mało co nie został rozszarpany przez tłum. Po występie Bloc Party nastąpił najbardziej oczekiwany przez wszystkich występ Bjork. Przyznam, że wokalistka ta nie przemawia do mnie, ale występ był ciekawy pod względem technicznym a sama wokalistka cudownie śpiewała na żywo. I ostatni koncert na scenie głównej to występ grupy LCD Soundsystem, który zagrzał całą widownię do tańca. W ten dzień pod namiotem można było kolejny raz obejrzeć grupę Beastie Boys, która grała koncert instrumentalny. Ciekawy był także występ grupy Gentleman!. Rozczarowanie? Występ Smolika dopiero o 2:00. Nie dość, że było zimno to doszło zmęczenie co zaowocowało, że nie obejrzałem występu polskiego producenta muzycznego.