Przegapiony soundtrack wakacji – recenzja „Routines” Hoops

Zupełnie nie rozumiem jak mogłem pominąć Hoops i ich „Routines” podczas ostatnich wakacji. Przecież to najbardziej letnie granie spod znaku indie rocka jakie słyszałem w minionym roku. Na szczęście grudzień-styczeń to okres podsumowań muzycznych, które skrupulatnie przypominają mi to co przegapiłem.

Jak zwykle było tego wiele, m.in. amerykanie z Hoops, którzy co prawda istnieją już od 2011 roku, jednak dopiero teraz zrobiło się o nich głośno, za sprawą ciepło przyjętej płyty „Routines„. Debiut chłopaków z Bloomington w stanie Indiana to zestaw 11 lekkich, ciepłych indie rockowych kawałków. Piosenki nie są długie, riffy gitarowe wpadają w ucho, lekki basik wprowadza nas w miły stan a wokal nie sili się by się wyróżnić. Mają w sobie trochę z Violens i z Real Estate. Można doszukać się wpływów Ariela Pinka jak i Bradforda Coxa. Jednak pomimo tych twardych inspiracji czuć w tym pewną świeżość, jaka towarzyszy tym utworom.

Już początkowy „Sun’s Out” daje nam wyraźny sygnał, że będziemy obcować z czymś dobrym. Główny riff gitarowy trochę mi przypomniał nieco zapomniany już zespół The Pains of Being Pure at Heart. Całość ma natomiast dość nostalgiczny wydźwięk. Następny „Rules” trochę stara się przyśpieszyć tempo by odpowiednio nas wprowadzić w singlowe „On Top„. Zachwyca mnie popowość tych utworów, zwłaszcza w „Benjals” czy też „The Way Luv Is„. O tym, że song-writing stoi tutaj na niezaprzeczalnie wysokim poziomie potwierdza m.in. „On Letting Go” czy też „All My Life„. Jednak nie dajcie się wciągnąć w zgadywanie gatunków i wymyślne wymyślanie określeń dla tych piosenek, bo to typowo letni album, który ma po prostu dawać radość tu i teraz. I uwierzcie, że ją daje w 100 procentach.

Trochę mi teraz szkoda, że moje wakacje nad Adriatykiem odbyły się głównie na tle Calvina Harrisa i Wavves. No, ale przecież znów będą wakacje? Prawda? Ocena: 8/10.

Wavves, zawsze mile widziani. Recenzja „You’re Welcome”

Recenzje tą muszę rozpocząć od apelu. Wavves, przyjedźcie wreszcie do Polski! Od Waszego odwołanego występu na OFF Festiwalu 09, czekam na wasz sceniczny rozpierdol. Serio, na żadną inną grupę tak nie wyczekuje, jak na ekipę Nathana Wiliamsa. Organizatorzy festiwali, muzyczni dygnitarze to apel również do Was! Zaproście Wavves do Polski. Dziękuje.

A teraz przejdźmy do recenzji najnowszego krążka grupy „You’re Welcome„. Zacznę od tego, że strasznie czekałem na ten album. Z resztą jak na każdy, od momentu ukazania się „King of the Beach” z 2010 roku. Niestety, album ten nie spełnił moich marzeń o kapitalnym longplayu, urywającym dupę. Jest co najwyżej przyzwoicie. Szkoda. Od pewnego czasu słychać w wydawnictwach Williamsa tendencje spadkową. Wydaje mi się, że w kwestii letniego, garażowego lo-fi zostało już powiedziane wszystko, a tegoroczny krążek to kolejna ciekawa anegdota, aniżeli osobny rozdział.

O ile na poprzednich wydawnictwa Wavves miał kapitalne momenty, tak na „You’re Wolcome” ciężko takowe znaleźć. Płyta jest na równym, jak powiedziałem wcześniej przyzwoitym poziomie. Single nie spełniają swojej roli, a całość momentami miesza się w jedną papkę. Trochę szkoda mi pisać takie słowa, ale odnośnie Wavves mam duże wymagania. Inny zespół za ten krążek dostałby lekko siódemke, Williams dostanie oczko niżej.

Oj Nathan, myślałem, że w te wakacje będę zasłuchiwał wyłącznie „You’re Welcome„. A tu wychodzi na to, że wciąż będę repetował „Green Eyes” oraz „My Head Hurts„. Jednak by nie krytykować wyłącznie kalifornijskiego bandu to należy wspomnieć, że „No Shade” jest całkiem OK utworem. Natomiast „Come To The Valley” to całkiem zabawna zabawa z latami 60. Sam album natomiast słucha się szybko i przyjemnie. To dobra muzyka na lato. Jeżeli nie mieliście nigdy do czynienia z Wavves to nie powinna was rozczarować. „You’re Welcome” najkrócej można określić pełnym energii i charakterystycznych melodii indie rockiem na dość przyzwoitym poziomie. Ocena: 6/10.

Życie bez dźwięku według Cloud Nothings

cloud-nothingssTo, że Cloud Nothings (na równi z Wavves) są moimi indie rockowymi pupilkami nie muszę chyba zbytnio przypominać. Przy okazji recenzji każdej płyty z pogranicza lo-fi i garage rocka przypominam o ich zajebistości i słuszności słuchania. Kolejna płyta w wykonaniu grupy z Cleveland to kolejny dla mnie powód do radości.

Tak, „Life Without Sound” jara mnie dość konkretnie. Trochę przesadzam i zdaje sobie z tego sprawę. Jednak dla tej grupy robię wyjątek. W ich muzyce nie za wiele się zmienia. Ten sam schemat (na szczęście sprawdzony) powtarza się na każdym albumie. Jest energicznie, intrygująco a momentami psychodelicznie. Nie zabraknie elementów screamo i punku, jak i spokojnych brzmień. Weźmy taki opener (najlepszy na płycie utwór) „Up to the Surface„. Zaczyna się jak jakiś podrzędny utwór w stylu Braci Cugowskich by przeistoczyć się w istny wulkan. To właśnie lubię w Cloud Nothings, że potrafią tymi gitarami i perkusją rozwalić mózg.

lifewithoutsound__article-hero-1130x430CLOUD NOTHINGS RULEZZZZZZZZZ, ale zdaje sobie sprawę, że to ich najgorszy album w dyskografii. Debiutanckiemu „Attack On Memory” ciężko podskoczyć a i też „Here And Nowhere Else” stało na wysokim poziomie. Tutaj jest całkiem przyzwoicie i niestety bardziej wymagającego słuchacza zespół może rozczarować. Jednak dla takich fanatyków jak Ja będzie to nie lada gratka.

To może umówmy się tak? Nie bierzmy tej płyty na poważnie. Jeżeli szukacie chwilowego relaksu i zapomnienia. Chcecie trochę poszaleć, poskakać, poczuć się jakbyście znowu mieli te 17 lat i przy okazji posłuchać porządnego, energicznego indie rocka to odpalcie sobie „Life Without Sound„. Gwarantuje, że to wypali. W moim przypadku tak było. Ocena: 7/10.