Ostateczna transformacja Deafheaven – recenzja „Infinite Granite”

O romansach mniejszych i większych z dream popem i shoegaze grupy Deafheaven wiedzieliśmy od zawsze. Już na „Sunbather” zespół dawał znaki, że muzyka spod znaku My Bloody Valentine im się podoba. Jednak do tej pory to wszystko było zasłonięte grupą warstwą black metalu. Przy okazji wydania „Ordinary Corrupt Human Love” grupa z San Francisco pokusiła się o większą dawkę „lajtowych” utworów i wydawało się, że całkowite odejście od ciężkiego brzmienia to kwestia czasu. I tak też się stało, gdyż ich najnowsza propozycja „Infinite Granite” ma z metalem tyle samo do czynienia co „Sunbather” z muzyką Slowdive.

Są ostrzejsze momenty, jednak gdyby ująć to w matematycznych proporcjach to wynik by oscylował w granicy 90-10 na korzyść shoegaze. George Clark zaczął „normalnie” śpiewać, Kerry McCoy łaskotać nasze uszy spokojnymi riffami a podwójna stopa została zdemontowana z zestawu perkusyjnego i schowana na strychu w domu Daniela Tracy’ego. Kompozycję wciąż pozostały rozbudowane, gdyż utwory trwają w granicy 6-8 minut. Jednak największą zmianą jest gatunek muzyczny. Teraz można już oficjalnie nazwać Deafheaven zespołem z pogranicza dream popu i shoegaze. Całkiem możliwe, że na serwisach metalowych już nie znajdziecie informacji o ich koncertach w Polsce 😉

Czy zespół zrobił dobrze obierając tą drogę? Oczywiście, że tak. Już od dawna obserwowaliśmy ich podążanie w tym kierunku, dlatego też nie jest to wielkie zaskoczenie. Co więcej grupa z zachodniego wybrzeża USA idealnie się w tych klimatach odnajduje. Co w dobry sposób udowadnia opisywany album. „Infinite Granite” to płyta wyśmienita. Już od pierwszych dźwięków „Shellstar” czujemy, że mamy do czynienia z czymś wielkim. Dalej tylko nas Deafheaven w tym utwierdzają. „In Blur” to podróż w modne w ostatnim czasie lata 90 a „Great Mass of Colour” pięknie buduje napięcie. Pociesze fanów metalowej strony grupy, że ostrzejsze momenty znajdą na „The Gnashing” oraz „Villain„. „Other Language” ładnie się rozkręca z każdą sekundą trwania a całość dopełnia nieco senne „Mombasa”, które przy końcu potrafi nas jeszcze kopnąć.

Podsumowując, najnowszy krążek grupy Deafheaven to oczekiwane przejście na lżejszą stronę muzyki. Grupa pomału odcina się od metalowego dziedzictwa na rzecz wpływów grup shoegazowych z lat 90 i wychodzi na tym bardzo dobrze. „Infinite Granite” to płyta melodyjna, dbająca o detale brzmienia, czerpiąca pełnymi garściami z osiągnięć takich bandów jak chociażby Slowdive czy My Bloody Valentine. Co prawda lubiłem, gdy Clark i spółka zagrali z „pierdolnięciem” i takie momenty jeszcze tutaj znajdziemy, jednak nowe oblicze grupy bardziej do nich pasuje. Ode mnie 9/10, trochę na zachętę by nie tracili werwy i dalej robili swoje.

Fucked Up spieprzyli sprawę – recenzja „Dose Your Dreams”

Po przesłuchaniu dwóch pierwszych utworów z „Dose Your Dreams” byłem święcie przekonany, że w końcu będę miał okazję napisać recenzję negatywną. Już to kiedyś tłumaczyłem, ale powtórzę – Jakieś 90 % rzeczy przeze mnie recenzowanych to płyty bądź filmy godne polecenia, z nalepką „Paweuu Alterativ Blog Accept”. Trochę mi szkoda czasu na słuchanie brzdąkania, które z góry wiem, że będzie kiepskie. Stąd też rzadko zdarza mi się „zjebać” autorów muzyki, a czasami warto napisać taką recenzję. Tak, dla odmiany.

Myślałem, że Kanadyjczycy z Fucked Up dadzą mi taką okazję. W końcu ich najnowszy, piąty album „Dose Your Dreams” zaczyna się bardzo źle. Na prawdę byłem zdziwiony, że autorzy takiej perełki jaką było swego czasu „The Chemistry of Common Life” potrafili się tak stoczyć. Nawet nie wiem co to było, jakieś połączenie kiepskiego hardkoru z muzyką SKA i punku? Dla niewtajemniczonych SKA to równie najgorszy gatunek muzyczny co polskie reagge. Zupełnie chybiony strzał.

Swoją drogą takich potknięć na tej płycie jest więcej. Eksperymenty w stylu „Mechanical Bull” czy też „Accelerate” nie przypadły mi do gustu. Momentami Fucked Up za bardzo kombinuje i w ostatecznym rozrachunku na tym traci. Za dużo dla mnie na tej płycie takiej oczywistej oczywistości wymieszanej z głupimi pomysłami. Strasznie mi też nie pasują w tym kobiece wokale… Nie żebym miał coś do kobiet w cięższych klimatach, bo na ostatniej płycie Deafheaven też mieliśmy damski wokal, a ich płyta najprawdopodobniej będzie moim numerem jeden w podsumowaniu całorocznym. Po prostu za dużo tu kombinowania co źle wpływa na odbiór całości. Materiał jest stanowczo za długi (prawie 82 minuty! – 18 tracków) i nierówny.

Jednakże nie mogę totalnie zjechać Damiana Abrahama i spółki bo generalnie „Dose Your Dreams” ma także dobre momenty. „Came Down Wrong” ma przyjemną linię gitar (J Macis!) i i ładnie flirtuje  z popem. Natomiast w „The One I Want Will Come for Me” dostajemy wciągającą psychodeliczną końcówkę. Na plus można także odnotować balladę „Love Is an Island in the Sea„. Jednak to stanowczo bym mógł w pełni ten krążek polecić. Niech nie zmyli was ocena na Pitchforku, oni tam ostatnio za dużo jarają legalnego ziołą z Kanady. Ocena: 4/10.