Podsumowanie dekady. Najlepsze płyty z lat 2011-2020 część 2

Kwiaty – Kwiaty (2019). Jedna z lepszych gitarowych pozycji w ostatnim czasie. Grupa Kwiaty idealnie miesza shoegaze, dream-pop, post-rock z elementami punk rocka. Ich kompozycje stoją na wyjątkowo wysokim poziomie i bardzo ładnie odkrywają przed nami brzmienia z lat 80 i 90. Jednak wisienką na torcie jest postać wokalistki grupy – Maii Andrzejewskiej, której hipnotyczny i energiczny wokal uwodzi nasze uszy. Z całą pewnością warto znać.

Lana Del Rey – Norman Fucking Rockwell! (2019). Ostatnia płyta amerykańskiej wokalistki była moim ulubionym muzycznym wydawnictwem 2019 roku. Świetne melodie łączą się tutaj z dobrze napisanymi kompozycjami. Rozsądnie wymieszane gatunki muzyczne ponownie dały dobry efekt. A sama pani Del Rey zaskoczyła mocno, bo nie spodziewałem się po niej już niczego wielkiego. Jak dobrze się mylić! Zwłaszcza, że to jej zdecydowanie najlepsze dzieło. Popowa melodyjność i dojrzałość wokalistki to w tym przypadku czynniki decydujące. O takich płytach pamięta się długo.

Mac DeMarco – Salad Days (2014). Pepperoni playboy (Tak go ochrzcił Pitchfrok) miał mocno udaną minioną dekadę. Od momentu debiutu w 2012 roku, każde jego nowe wydawnictwo przykuwało uwagę słuchaczy i krytyków muzycznych. Aparycja dobrego kumpla, namiętne palenie viceroy’ów oraz fajne poczucie humoru Vernora to dodatek do jego muzyki. A ta jest kapitalna. „Salad Days” to mój ulubiony krążek Amerykanina. Nieśpieszne, leniwe acz klimatyczne melodie to idealny podkład w zasadzie do wszystkiego. W zasadzie do samego chilloutu wystarczy ten longplay, dlatego śmiało możecie odstawiać używki. Czuć tutaj nawet dym viceroyów.

Miguel – Wildheart (2015). Co prawda Miguel Jontel Pimentel debiutował już w 2010 roku albumem „All I Want Is You„, jednak szerszą uwagę przykuł (w tym moją) dzięki „Kaleidoscope Dream„. Melodyjne, wciągające z nowoczesnym podejściem R’n’B miało w tym momencie sens dzięki tej płycie. Ja jednak postanowiłem wyróżnić „Wildheart„, które ukazało się trzy lata później. Następca kalejdoskopowego snu nie dość, że miał wszystkie pozytywne cechy krążka z 2012 roku to jeszcze dodatkowo wyróżniał się dojrzałością w tworzeniu oraz aż kipiał seksem. Być może wokalista z San Pedro bo zdobyciu sławy miał bujne stosunki z kobietami, stąd ta dzikość serca. Poza tym zobaczcie sobie jego występy live, chłopak lubi ten sport. Albo po prostu odpalcie sobie jego albumy – to bardzo dobra muzyka.

Mitski – Be The Cowboy (2018). Pół amerykanka, pół japonka na rynku muzycznym funkcjonuje od 2012 roku, jednak większy rozgłos zyskała za sprawą „Puberty 2” z 2016 roku. Gdy zagłębimy się w twórczość artystki to zauważymy, że nieustanie, od początku się rozwija. Efektem tego jest „Be The Cowboy” z 2018 roku, które jest jej najdoskonalszym dziełem. Wspaniałe kompozycje mieszają gatunki i style, a sama Mitski Miyawaki w porosty sposób śpiewa o samotności. Tytuł może być mylący, gdyż nie znajdziemy tutaj za wiele muzyki country. Dokopiemy się za to do wielu fajnych pomysłów i momentów.

Moses Sumney – Græ (2020). Drugi w kolekcji album artysty z Asheville w Północnej Karolinie dowodzi, że mamy do czynienia z nietuzinkową postacią w alternatywnej muzyce. „Græ” to zbiór eksperymentalnych 20 utworów rozłożonych na dwa krążki. Sumney przeprowadza nas przez dźwięki art popu, awangardy, jazzu, folku czy też soulu i r’n’b. Co więcej swój udział przy krążku mieli James Blake i Thundercat, a to chyba już spora rekomendacja.

My Bloody Valentine – m b v (2013). To jedna z tych płyt o której mówiło się od lat. Ba, od dekad. Po wydaniu w 1991 roku opus magnum dla całego gatunku shoegaze „Loveless” zespół z Irlandii zapadł w śpiączkę wydawniczą. Dlatego też wydanie kontynuacji po 22 latach przerwy było ogromnym wydarzeniem. Osobiście uważam, że MBV nie przebili poprzedniczki, ale sprostali oczekiwaniom fanów i krytyków muzycznych. „m b v” to najważniejszy album z tamtego czasu i nie ma możliwości, by lista podsumowująca dekadę mogłaby nie zawierać tego longplaya. Irlandczycy udowodnili, że dalej potrafią w te klocki, mimo, że Kevin Shields i reszta paki to ludzi już po 50.

Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately (2020). Nie mogło zabraknąć w zestawieniu mojego numeru jedne z minionego roku! Perfume Genius był w ostatnim czasie nieco przeze mnie zapomniany, jednak gdy tylko usłyszałem „Set My Heart On Fire Immediately” to wiedziałem, że ta historia potrwa dłużej. Piękne, chwytające za serce piosenki to zestaw intymnych historii Michaela Aldena Hadreasa, który potrafi zachwycić, ale i wzruszyć. Szorstkość gitar ładnie się tutaj komponuj z łagodniejszymi melodiami klawiszowo-smyczkowymi. Natomiast sam wokalista jest tutaj w centrum uwagi, i słusznie. Wyrosła nam kolejna wspaniała gwiazda alternatywnego grania.

PRO8L3M – Art Brut (2014). Recepta sukcesu tej płyty była bardzo prosta. Mixtape PRO8L3MU to mieszanka starych polskich hitów takich jak chociażby „Zaopiekuj się mną„, „Małe Jeziora” czy też „Aleja Gwiazd„, wstawek dialogów z starych polskich filmów („Wielki Szu„, „Va Banque„) oraz ulicznych historii rapowanych przez Oskara. Prawdopodobnie najlepsza polska rap płyta minionej dekady, ale trzeba głównie docenić produkcje Steeza, który fenomenalnie zgrał te polskie klasyki z nowoczesnym rapem. Koncepcja ta była na tyle słuszna, że hip-hopowy duet postanowił do niej wrócić wydając album „Art Brut 2„.

Pusha T – Daytona (2018). Raper z Nowego Jorku, który zaskarbił moją sympatię nie tylko dlatego, że zdarza mu się występować w czerwono-czarnym trykocie Milanu nagrał płytę prawie idealną. „Daytona” to niby tylko siedem utworów, ale ile w tym siły! 21 minut czystego złota. Świetne beaty, zwłaszcza w otwierającym całość  „If You Know You Know” łączą się tutaj z dobrą nawijką rapera, który udowadnia, że dobrze odnajduje się nie tylko na featuringach. Mam nadzieję, że płytę przesłuchał Drake i uświadomił, że czasami lepiej iść w jakość, niż ilość.

Queens of The Stone Age – …Like Clockwork (2013). Wydawać by się mogło, że QOTSA to już tylko echo przeszłości. Ostatnie płyty nie dawały nadziei na zmianę odczuć i w zasadzie z nostalgią wspominało się „Rated R” czy też „Songs For The Deaf”. Na szczęście ukazało się „…Like Clockwork”, które dało drugie życie Joshowi Homme’owi i ekipie. Świetne rockowe kompozycje cechowała nabrana dojrzałość twórców oraz dawno zapomnianą energię. To gitarowa perełka, która na stałe się wpisała do kanonu.

Radiohead – A Moon Shaped Pool (2016). Co prawda ostatni longplay radiogłowych zawiera całkiem sporo piosenek, które są znane fanom zespołu już od dawna. Jednak odświeżenie „True Love Waits” czy też „Burn The Witch” ładnie skomponowało się tutaj z nowymi utworami. Thom Yorke i spółka to klasa sama w sobie, jednak w minionej dekadzie nie rozpieszczali słuchaczy swoją muzyką. Dlatego też tym bardziej cieszy sukces i jakość „A Moon Shaped Pool„. Prawda jest, że krążek ten w żaden sposób nie może konkurować z najlepszymi płytami grupy. Mimo to dobrze jest słyszeć, że wciąż potrafią stworzyć dobrą muzykę, pomimo tego, że robią to coraz rzadziej…

Raime – Quarter Turns Over A Living Line (2012). Ambient i techno nie były przeze mnie zbytnio ekspandowane w minionej dekadzie. A szkoda. Nie zmienia to jednak faktu, że dokopałem się do paru perełek w tym gatunku i jedną z nich jest album „Quarter Turns Over A Living Line” wypuszczony przez brytyjski duet Raime. Krążek jest mocno mroczny i klimatyczny. Dziwne, że nie użyto go jako soundtracku do jakiegoś horroru czy też serialu spod znaku Davida Lyncha. Jeżeli lubicie w samotności wsłuchiwać się w szmery z piwnicy, to ta płyta powinna się Wam spodobać.

Run The Jewels – Run The Jewels (2013). Jeden z najgłośniejszych rapowych „debiutów” minionych 10 lat. Debiut w cudzysłowie, gdyż osoby odpowiedzialne za ten projekt były już dobrze znane na scenie hiphopowej. Killer Mike to przecież niemal żywa legenda prosto z Atlanty, a El-P nagrywa płyty już od blisko 20 lat. Nie mniej wieść, że panowie łączą siły pobudziły apetyty u słuchaczy i krytyków. Co tu dużo mówić. Chłopaki idealnie się dobrali, czego efektem była seria płyt spod znaku RTJ (Udana, oczywiście). Odpowiedzialny za beaty El-P stworzył idealne elektroniczne podkłady pod szorstką nawijkę Killer Mike’a. Czy można nagrać coś lepszego? Odpowiedź poniżej.

Run The Jewels – Run The Jewels 2 (2014). Rzadką sytuacją jest by sequel przewyższył poziom poprzednika. Oczywiście można wymieniać „Ojca Chrzestnego II„, „Obcy – Decydujące Starcie” czy też „Terminatora II„. A muzyczne sequele? Do tego nielicznego konta na pewno zaliczyć drugą część „Run The Jewels„. Nie wiele rok po debiucie RTJ, debiut El-P – Killer Mike udowodnili, że ich album to nie jednorazowy wyskok a całkiem porządna seria dobrej muzyki. Zgodnie z zasadą sequelu jest tutaj wszystkiego więcej i o dziwo to zadziałało!

Solange – A Seat At The Table (2016). Nie wielu wie, że Beyonce Knowles ma siostrę. I to w dodatku taką, którą śpiewa i nagrywa dobrą muzykę! Niestety Solange jest w cieniu siostry, która stała się gwiazdą POP. Przynajmniej w ujęciu mainstremowym, bo w świecie muzycznego niezalu cieszy się ogromnym szacunkiem słuchaczy i recenzentów. Głównie dzięki albumowi „A Seat At The Table” z 2016 roku, który śmiało mogę określić jej opus magnum. Wspaniałe melodie, wpadające w ucho kompozycje i ten wokal Solange… Takiego popu można słuchać godzinami.

Sufjan Stevens – Carrie And Lowell (2015). Prawdopodobnie najbardziej osobista płyta w tym zestawieniu. „Carrie And Lowell” to efekt śmierci mamy od Sufjana Stevensa. Jednak nie jest to zwykła laurka dla rodzicielki, jakich wiele. Stosunki artysty z matką ciężko nazwać idealnymi, gdyż odeszła ona od niego, gdy ten miał zaledwie jeden rok. Znamienne jest jest jednak, że Stevens wybacza matce a jej śmierć znosi bardzo ciężko, co usłyszymy na tej płycie. A muzycznie? Jest pięknie, jak to u Sufjana zwykle bywa. Wspaniała płyta.

Tame Impala – Lonerism (2012). Po co brać narkotyki, jeśli można odpalić sobie „Lonerism” od australijskiej grupy Tame Impala? Odczucia są podobne. Kevin Parker wraz z ekipą w piękny sposób eksplorują w psychodelicznym rocku wydobywając z niego to co najlepsze. Usłyszymy tutaj mnóstwo nawiązań do klasyki gatunku zaczynając od sierżanta pieprza Beatlesów, poprzez Pink Floyd, Franka Zappę a kończąc na nowych przedstawicielach spod znaku MGMT, Flaming Lips czy też Spiritualized. W 2012 roku był niezły hype wokół tej płyty, ale wiecie co? Chyba zbyt mały bo to wiekopomne dzieło!

Taylor Swift – Folklore (2020). Oh, jak ja uwielbiam tego typu przemiany. Fajnie jest usłyszeć jak gwiazda POP potrafi nagrać muzykę ambitną, piękną i pełną emocji. Taki właśnie jest wydany w minionym roku „Folklore„. Przy pomocy okrojonego zestawu muzycznego oraz zawsze świetnego Justina Vernona, amerykańska wokalistka nagrała wzruszający krążek, którego brzmienie jest oparte na indie-folku. Jednak nie myślcie, że to był jednorazowy wypad. Taylor Swift tego samego roku postanowiła powrócić na wieś i nagrać kolejny album w podobnym klimacie. „evermore” o  którym mowa, okazał się równie udanym albumem. Przyznam, że lubię popową Taylor, jednak nie obraziłbym się gdyby pozostała w towarzystwie Bon Iver i The National na dłużej.

These New Puritans – Field of Reeds (2013). Po latach poszukiwań swojego brzmienia i swojego miejsca na rynku muzycznym These New Puritans odnaleźli je na albumie „Field of Reed„. Piękne, klimatyczne i wciągające melodie zawarte na tej płycie to efekt wielu prób i eksperymentów. Zaczęło się od matematycznego indie rocka na „Beat Pyramid” z 2008 roku. Dwa lata później „Hidden” momentami udowadniało, że to jest to. Jednak te prawdziwe „TO” przyszło dopiero w 2013 roku. Bracia Barnett sprawiają wrażenie, że na płycie nie wiele się dzieje. To jakaś trąbka zatrąbi, to jakiś klawisz uderzy w ton, to wokal coś zamrucze, to chwila przerwy. Nic bardziej mylnego! Na tej płycie dzieje się mnóstwo rzeczy a nieśpieszny sposób ich przedstawienia dodaje im tylko siły. Moją listę mógłbym zawęzić do 10 płyt, a „Field of Reeds” i tak by się na niej znalazło. Aha, wydane sześć lat później „Inside The Rose” jest również epickie.

Trupa Trupa – Headache (2015). Mimo, że zespół z Trójmiasta większą sławę zyskał za sprawą „Jolly New Songs” m.in. dzięki recenzji na Pitchforku (Chciałbym zobaczyć wtedy miny blogerów, którzy zjechali zespół za debiut), to i tak uważam, że „Headache” to ich najdoskonalsze dzieło. Grzegorz Kwiatkowski wraz z resztą chłopaków nagrał zwarty, klimatyczny i dobrze słuchający się krążek oparty na mrocznych, nieco psychodelicznych gitarowych riffach. Śnieżna i mroźna zima w 2015 roku już zawsze będzie mi się kojarzyć z tym longplayem.

Tyler, The Creator – Flower Boy (2017). Tyler Gregory Okonma wykonał niesamowity skok jakościowy w swojej twórczości. Zaczynając od surowego, wulgarnego „Goblina„, gdzie rapował do wiertarki z udarem stopniowo łagodził swoje brzmienie podążając w bardziej popowe i soulowe klimaty. Ta droga doprowadziła go do wydania „Flower Boy„, gdzie nie tylko rapuje do przyjemniejszej muzyki a po prostu wyznacza nowe trendy w okolicach hip-hopu i r’n’b.

Tyler, The Creator – Igor (2019). Wydawać by się mogło, że punkt kulminacyjny przemiany Okonmy w kwiatowego chłopca miała miejsce w 2017 roku za sprawą „Flower Boy„. Nic bardziej mylnego, raper postanowił dalej drążyć temat i w ten oto sposób otrzymaliśmy „Igora„. Jeszcze bardziej przemyślane dzieło, gdzie już wyraźnie słychać, że mamy do czynienia z prawdziwym artystą a nie chłoptasiem mieszkającym z babcią w ciasnym mieszkanku.

The War On Drugs – Lost In The Dream (2014). Grupa z Filadelfii w stanie Pennsylwania nigdy wcześniej, ani też później nie nagrała tak wybitnego krążka jak „Lost In The Dream„. Dlatego należy celebrować ten sukces za każdym razem, gdy mówimy o The War On Drugs. W Blackburn do tej pory wspominają mistrzostwo Anglii z 1995 roku wywalczone przez Rovers, a w Zagrzebiu wciąż pamiętają zwycięstwo Red Star w Pucharze Mistrzów. LITD to zestaw nieco przydługich, acz zgrabnych utworów opartych na lekkich gitarkach i niezbyt natarczywych syntezatorach. Słuchając tej muzyki czujemy furgające wszędzie długie włosy chłopaków i w sumie nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale na pewno o czymś to znaczy.

Wavves – Afraid of Heights (2013). „Afraid of Heigts” to na pewno nie jest przykład na najlepszego przedstawiciela garage rocka i lo-fi. Jednak skoro „King of The Beach” nie załapał sie do rankingu ze względu na ramy czasowe a jego następcę słucham po dziś dzień, to czemu nie? Generalnie czuje sie psychofanem grupy, gdyż na koncert Wavves uderzyłbym nawet gdyby grali w Gołdapi albo Świnoujściu. Dlatego też umieszczenie tej płyty w zestawieniu jest nieco nie fair, gdyż zdaje sobie sprawę, że w tym czasie ukazało się 100 lepszych wydawnictw. No, ale w końcu to mój subiektywny wybór, także jebać to. Wavves jest spoko.

Wczasy – Zawody (2018). Mimo, że duet Wczasy odkryłem rok po wydaniu „Zawodów” to i tak udało mi się wstrzelić w hajp na ten zespół. Ba, zostałem nawet ich jakimś psychofanem…. Świetne, w retro stylu, elektroniczne melodie łączą się tutaj ze słodko-gorzkimi tekstami. Swój elaborat na temat tego krążka pisałem TUTAJ, dlatego tylko pokrótce powtórzę, że Wczasy to najlepsza rzecz jaka się przytrafiła polskiej muzyce niezależnej od lat. Co więcej zespół nie zwalania tempa i wciąż nagrywa świetne piosenki. Posłuchajcie tylko ich wersji Hot16Chellange czy też singla „Czy Wiesz Już?” nagranego z Iwoną Skwarek z Rebeki.

Weezer – Everything Will Be Alright In The End (2014). Gdy wydawało się, że grupa z Los Angeles najlepsze lata ma za sobą, to ukazała się właśnie ta płyta. Co tutaj dużo mówić. Rivers Cuomo z spółką znowu to zrobili. Sprawili, że tego typu radosne, gitarowe brzdąkanie cofnęło mnie w czasie do liceum. Płyta jest lekka, przyjemna, bezpretensjonalna, nieco banalna momentami (ale to dodaje tylko uroku całości). Szkoda tylko, że nie poszli za ciosem i ponownie wpadli w rutynę przeciętności. Chociaż kto wie? Może znowu wydadzą coś równie dobrego opartego na sprawdzonych schematach? Pożyjemy, zobaczymy.

WU LYF – Go Tell Fire To The Mountain (2011). Okazuje się, że blisko ponad po 9 latach od premiery niesamowitej płyty WU LYF te dźwięki nadal na mnie działają. Niestety Brytyjczycy nie nagrali nigdy więcej żadnej płyty. A szkoda bo dzięki niesamowitej energii, wyrazistemu wokalowi Ellery Jamesa Robertsa oraz wciągającym kompozycjom można było się spodziewać mocnego gracza w indie rocku. Osobiście utożsamiam band z Manchesteru jako europejską wersję Wolf Parade. Wyjące wokale, brzmienie gitary i rozpierdziel na garach to klimaty, które lubię. Podejrzewam, że dopadła ich proza życia i już nigdy nie wrócą, ale KTO WIE? Pożyjemy, zobaczymy.

U.S. Girls – Heavy Light (2020). Być może w dyskografii Meghan Remy znajdziemy dużo więcej wartościowego złota i klejnotów. Jednak to „Heavy Light” przykuł moją uwagę i to ten krążek słuchałem namiętnie podczas zeszłorocznych koronaferii. No, ale jak go nie słuchać namiętnie? Przecież artystka tutaj tworzy wybitne dzieło z pogranicza popu i alternatywy. Nawiązania zawarte w tych utworach zaczynają się od Madonny, Bowiego i Blondi a kończą na Arcade Fire czy te bat For Lashes. Nietuzinkowa płyta.

Young Jesus – The Whole Thing Is Just There (2018). Widzisz w nazwie Young i to w dodatku Jesus i myślisz sobie – o kolejne rapsy. Nic z tych rzeczy, mowa tutaj o indie rockowej kapeli z Chicago, która za sprawą „The Whole Thing Is Just There” dolała oliwy do rozgrzanego pieca na którym ktoś niezdarnie flamastrem napisał indie rock. Jest to krążek składający się co prawda tylko z 6 utworów, ale nie jest on wcale krótki. Piosenki trwają po 5-6 minut, po za ostatnią, która jest ponad 20 minutowym kombosem gitar i perkusji. Nie jest to muzyka odkrywcza, ale w udany sposób przypomina nam dlaczego lata 90 były dobre dla muzyki gitarowej.

Muzyczne podsumowanie roku 2017

Tym razem nieco szersze zestawienie, bo aż 20 płyt, których najczęściej słuchałem w zeszłym roku. Nie będę ukrywał, że pod względem wydawniczym poprzednie dwanaście miesięcy rządziło i dzieliło równo. Stąd moja decyzja o zwiększeniu tego rocznego podsumowania, bo szkoda byłoby pominąć parę perełek. Zapraszam do komentowania i przesyłania własnych list. Miłej lektury!

20. L.Stadt – L.Story. Eksperymenty popłacają. Łodzianie nagrali taką płytę, której nikt by się nie spodziewał. Mnie tym kupili.

19. Calvin Harris – Funk Wav Bounces vol.1. Soundtrack minionego lata, które w sumie przeciągnęło się aż do zimy. Ten album to żywa definicja jak powinna brzmieć muzyka lata. A single? Jak to jest, że tyle razy je słuchałem i mnie nie irytują jak „Despacito„? Anglik wie, jak nagrać przebój.

18. St. Vincent – Masseducation. Annie Clark nie nagrywa rzeczy słabych, po prostu. Tak jest i tym razem. Po pierwszym odsłuchu może nie zachwycać, ale jak się wsłuchacie w detale, to zrozumiecie dlaczego walczę o taki pop.

17. The XX – I See You. Szkoda, że Brytyjczycy nie zrobili całej płyty tak odważnej jak opener, ale i tak jestem w ich drużynie. Momentami jest melodyjnie, momentami mrocznie. Płyta potrafi wciągnąć, chodź nie od razu.

16. Playboi Carti – Playboi Carti. Uczeń A$AP Rocky’ego. Póki co nie przerósł jeszcze mistrza, ale warto go śledzić. Raper Z Atlanty otrzymuje ode mnie nalepkę z napisem „nadzieja amerykańskiego rapu”.

15. Lorde – Melodrama. Młoda Nowozelandka tym razem udowodniła, że potrafi nagrać nie tylko dobry singiel, ale i całą płytę. Od początku do końca. Piękne melodie łączą się tutaj z typowymi historiami. Niby banał, a potrafi nas złapać.

14. Lana Del Rey – Lust For Life. Tą płytą Lana Del Rey ponownie mnie przekonała do siebie. Zarówno pod względem muzycznym jak i tą całą otoczką lat 60 wokół płyty. Fajny pomysł na krążek, a kawałki z A$AP Rocky’m to jakaś miazga.

13. Thundercat – Drunk. O Stephenie Brunerze napisano już w zasadzie wszystko. Świetne zajawki i pomysły zgromadził na tym albumie. Szkoda tylko, że nie rozwinął ich do końca. Byłaby na pewno czołówka zestawienia.

12. Miguel – War & Leisure. Moja przygoda z Miguelem trwa od „Kaleidoscope Dream” i jak na prawdziwego przyjaciela przystało od tamtego momentu nie zawiódł mnie ani razu. Tak jest i tym razem. Muzyka świetna do wszystkiego, do tańca i różańca. Niby nic wielkiego, ale bardzo dobrze się tego słucha.

11. Drake – More Life. Już zaczynałem wątpić w Aubreya Grahama. Jego ostatnie wydawnictwa nie porywały, mówiąc delikatnie (nie chcę za bardzo używać słowa ‚rozczarowanie’). Drake wydawał dużo i często, jednak nie zawsze z najwyższym znakiem jakości. Wcześniej mu to nie przeszkadzało, bo nawet jego odrzuty były świetne. Na szczęście odnalazł drogę, gdyż „More Life” jest albumem na miarę Drake’a.

10. SZA – Ctrl. Trudno nie docenić artystki, której twórczość wszyscy porównują z muzyką Franka Oceana. „Ctrl” to album odważny za równo od warstwy muzycznej jak i tekstowej. Dzięki takim krążkom R’n’B wciąż ma się dobrze.

9. Slowdive – Slowdive. W 2017 roku byliśmy świadkami trzech dobrych powrotów. Mowa o nowym „Blade Runnerze„, kontynuacji „Trainspotting” i nowej płycie Slowdive właśnie. Niby minęło ze 20 lat a wcale tego nie słychać. Anglicy wciąż są na propsie.

8. Trupa Trupa – Jolly New Songs. Wiele polskich artystów z pewnością w tym momencie zazdrości chłopakom z Trójmiasta. I nic w tym dziwnego, bo Trupa Trupa ponownie nagrała materiał wybitny. Jeżeli chodzi o psychodeliczny rock to na rodzimym podwórku nie mają sobie równych. Natomiast ich aspiracje by podbijać zachodnie rynki są coraz większe. Jeżeli wciąż będą trzymać ten poziom to sukces gwarantowany.

7. Hoops – Routines. Raz do roku pojawia się płyta, która przywraca moją wiarę w indie rocka. Tym razem padło na Hoops, którzy nagrali bardzo przyjemny, lekki i wakacyjny materiał. Trochę późno go odkryłem, ale nic straconego w końcu w 2018 roku również będzie lato, prawda?

6. Kelela – Take Me Apart. O takie R’n’B walczę na tym blogu. Piękne, ambitne, nie bojące się kompromisów. Kelela pokazała tym krążkiem klasę. Mieszające się gatunki ładnie komponują się z historiami snutymi przez artystkę. Wysokie pozycje jakie Kelela zajmuje z tą płytą na najważniejszych podsumowaniach to absolutnie nie przypadek, o tej płycie będzie się pisać i mówić jeszcze długo.

5. Kendrick Lamar – DAMN.DAMN” to moim zdaniem najsłabsza płyta w dyskografii Kendricka Lamara, jednak pomimo to i tak załapie się do mojej czołówki. To wiele mówi o tym jakim Kendrick Lamar jest raperem. Płyta mocna, surowa, momentami brudna. Trochę nieprzemyślana i mało zwarta, ale „Humble” rządzi absolutnie.

4. Mac DeMarco – This Old Dog. Pan DeMarco nie nagrywa rzeczy słabych, tak jest i tym razem. Co prawda wolałem go bardziej w „Salad Days„, ale ten stary pies wciąż potrafi ugryźć. Niby to tylko koleś z gitarą, ale uwierzcie takich jak on nie ma. A na tym krążku udowadnia to dobitnie już od pierwszej piosenki, która hipnotyzuje i wciąga. Jest mniej singlowo i przebojowo, nieco zbyt depresyjnie, ale to chyba najbardziej dojrzała płyta Pepperoni Playboy’a.

3. Grizzly Bear – Painted Ruins. Nie będę ukrywał, że tęskniłem za tymi skurczybykami. Wysoka pozycja misiaczków jednak nie wynika z mojej nostalgii, gdyż „Painted Ruins” to na prawdę mocna rzecz. Nowojorczycy wypracowali swój własny niepodrabialny styl a każda ich płyta to majstersztyk. Czasami nie oczywisty, gdyż „Shields” doceniłem w pełni stosunkowo nie dawno. Z nowym krążkiem nie miałem tego problemu, doceniłem od razu.

2. King Krule – The Ooz. King Krule, czyli Archy Marshall to z całą pewnością największe objawienie zeszłego roku. Koleś pogardził współpracą z Kanye Westem dzięki czemu zachował swoją naturalność i autentyczność, jednak to nie jego największa zasługa. Jest nią „The Ooz„, album trudny i mroczny, ale za to jaki! Anglik wytworzył na nim niesamowity klimat, a słuchając całość czujemy się jakbyśmy trafili do mało popularnego i zadymionego klubu jazzowego.

1. Tyler, The Creator – Flower Boy. Nawiązując do nazwy tej płyty, śmiało można stwierdzić, że piękny kwiat wyrósł z Pana Okonmy. Na początku częstował nas rapowaniem do wiercenia wiertarką, a teraz? O Panie, tak bardzo Ci do twarzy w tych nutkach. Na swoim najnowszym, najbardziej przystępnym albumie raper z Kalifornii ładnie łączy r’n’b, pop, elektronikę z rapem. Kiedyś nie pomyślałbym, że jego piosenki będzie można nucić. A jednak. Myślę, że nasz artysta dojrzewa, a wraz z nim jego muzyka. I to w bardzo piękny sposób.

 

 

 

Muzyczne zaległości z 2017 roku

Z całych sił starałem się by do tego wpisu nie doszło. Jednak nie oszukujmy się, o tylu jeszcze płytach chciałem wspomnieć na blogu przed stworzeniem swojego podsumowania. Jednak w pewnym momencie zrozumiałem, że te podsumowanie pewnie pojawiłoby się w okolicach wakacji 2018! No, ale nie ma źle. I tak udało mi się w tym roku zarekomendować (lub nie) całkiem pokaźną liczbę płyt. Może nie było w tym zestawie za dużo nowości i nie były to aktualizacje wydawane z czasem, ale nie jestem pieprzonym pitchforkiem. Jestem sam, i nie płacą mi za to. Jednak nie potrafię wyobrazić sobie swojej egzystencji bez pisania, dlatego do dzieła! Oto zestawienie płyt, które przesłuchałem w minionym roku, jednak zabrakło czasu by o nich wspomnieć na blogu w osobnym tekście.

Björk – Utopia. Właśnie zdałem sobie sprawę, że nigdy nie miałem okazji wspomnieć o samej Björk na moim blogu. Nie licząc, krótkiej wspominki odnośnie jej występu podczas Open’er Festival 2007, ale kto by to pamiętał? Wiąże się to z tym, że nigdy nie byłem ogromnym fanem Islandki. Co jest dziwne, bo lubię radiogłowych i lubię dziwną, ambitną muzykę. Jednak jakoś nigdy nie było okazji zagłębić się w temat odpowiednio głęboko, ale coś tam słyszałem i coś tam wiem. „Utopia” to dziesiąty krążek w bogatej dyskografii artystki. Awangarda, teatralność, dramatyczność i naturalność. Tym słowom najbliżej do „Utopii„. W odróżnieniu do poprzedniego longplaya „Vulnicura„, gdzie tematem głównym było rozstanie i leczenie ran, na ubiegłorocznym krążku artystka opowiada o miłości i zakochaniu. Fani już pokochali ten album, reszta doceniła. W tym i ja. Ocena: 6/10.

Charli XCX – Pop 2. What? Charli XCX znowu wydała album? Płodność wydawnicza niczym The Beatles czy ostatnio Future. Niby ilość nie idzie w parzę z jakością. Nie w tym przypadku. „Pop 2” po pierwszym odsłuchu wydał mi się znacznie lepszą płytą, niż poprzednik „Number 1 Angel„. A trzeba zwrócić uwagę, że wydany wcześniej krążek słabym też nie był. Angielka wyrasta na główną twarz alternatywnego popu. Świetnie zaaranżowane utwory mają wszystko by nas zachęcić do słuchania. Są hooki, melodyjność, fajne featuringi (Carly Rea Jepsen, Mykki Blanco! czy też MØ) i sama Charli XCX w czystej postaci. Daje z siebie 100 procent i udowadnia, że komercyjne radio jeszcze nie odkryło prawdziwie dobrego popu. Ocena: 7/10.

Gorillaz – Humanz. Fajnie, że Damon Albarn dalej bawi się w robienie muzyki i wciąż dobrze mu to wychodzi. Jednak muszę przyznać, że przy całej mojej sympatii do tego płodnego w dźwięki brytola to „Humanz” męczyło i męczy mnie niemiłosiernie. Jakoś nie umiem przekonać się do tego wydawnictwa w pełni. Nie jest one złe, jest po prostu za długie, momentami zbyt toporne i nijakie. Może z czasem będzie lepiej, ale nie mam zamiaru się o to zakładać. Póki co podchodzę do tematu ostrożnie. Ocena: 5/10.

Kamasi Washington – Harmony of Difference EP. Co prawda, to tylko EP-ka, ale za to jaka. Nie ma tu miejsca na wstępy i zakończenia, Kamasi od razu przechodzi do sedna. Kawał dobrego jazzu, który wpada ucho od pierwszego odsłuchu. Najgorsza rzecz z jaką musiał się zmierzyć artysta to porównania do „Truth„, które zostało okrzyknięte jedną z najważniejszych płyt jazzowych w historii. No cóż, „zajebiście wysoko powieszona poprzeczka”, ale Amerykański saksofonista dał radę. Zeszłoroczny, pół godzinny materiał to energiczny i klimatyczny zestaw, który warto znać. Ocena: 7/10.

Kaz Bałagane – Narkopop. Polski hip-hop potrzebował kogoś takiego. Może Kaz Bałagane nie jest mistrzem rapowania, ale jego linijki są KAPITALNE. Co więcej typ poza tym, że jest narcyzem to ma dobre wyczucie do podkładów. Od debiutu PRO8L3Mu dawno nie słyszałem tak dobrych beatów, i to przez całą płytę. Darek z Polski żalił się, że polscy raperzy idą w ilość a nie jakość. Kaz póki co jeszcze nie wydał rzeczy słabej, bo zarówno „Lot022” jak i „Radio Gruz” zebrały dobre oceny. Dla fanów tradycyjnego rapu może to być album nie do przejścia, bo Kaz bawi się słowem. Jednak uwierzcie, że lada moment te wersy mogą się ukazać na maturze. Ocena: 7/10.

Lana Del Rey – Lust For Life. Pisząc o tej płycie, trzeba wpierw zacząć od mniej przyjemnej rzeczy. Tak, „Get Free” to zrzynka z „Creep” Radiohead. Zresztą nie pierwsza. Pamiętacie „Plug In Baby” Muse? Swoją drogą znam wiele muzycznych zrzynek z których nikt nie robił afery (QOTSAKazik Na Żywo czy też BlondieCeline Dion). Tutaj trochę smrodu jednak zostało. Jednak nie pozwólmy by ta feralna sprawa przykryła jeden fakt. Mianowicie to, że to prawdopodobnie najlepsza płyta artystki od debiutu. Zauroczona w latach 60 i rapsach spod znaku A$AP Rocky’ego wokalistka serwuje nam kawał konkretnego popu, którego próżno szukać w radiu. I wiecie co? Ja chcę tego słuchać. Mimo, że to może być tylko gra i kreowanie wizerunku to doceniam, że Pani Del Rey odrobiła lekcje. Śpiewa o Motley Crue, narkotykach i lataniu na księżyc, nagrywa z synem Johna Lennona oraz upolitycznia swoją muzykę. Zapachniało zbuntowanymi i hipisowskimi latami 60, nie tylko od patrzenia na kwiatki wpięte we włosy Lany Del Rey. Jedna z ciekawszych płyt poprzedniego roku. Ocena: 7/10.

LCD Soundsystem – American Dream. Ja od początku wiedziałem, że James Murphy bez muzyki długo nie wytrzyma. W 2011 roku hucznie schodzili ze sceny. Grali pożegnalny koncert w Madison Square Garde, wydali z tego koncertu album live, nakręcili film dokumentalny. Działo się. Jednak już po niespełna pięciu latach wrócili ponownie do koncertowania a w zeszłym roku wydali nową płytę zatytułowaną „American Dream„. Wiele było ostatnio powrotów. Jedne dłuższe, inne krótsze. Jedno jest jednak pewne, powrót LCD Soundsystem był jednym z lepszych powrotów. Ich najnowsza płyta to majstersztyk. Co prawda James Murphy absolutnie nie nagrała niczego, czego byśmy nie usłyszeli na jego poprzednich krążkach. Jednak swój poziom zachował, a mało komu się to tak udaje jak właśnie jemu. Ocena: 7/10.

Miguel – War & Leisure. No, ejże, ej! Jakbym nie mógł wspomnieć na blogu o nowej płycie Miguela? Przecież tego skurczybyka uwielbiam od czasów wydanego w 2012 roku „Kaleidoscope Dream„. W między czasie swoją pozycję wzmocnił bardzo dobrym „Wildheart” z 2015 roku. W minionym roku pojawiło się „War & Leisure„, które wcale nie odbiega poziomem od poprzednich krążków. Jednym słowem Miguel wyrasta nam na naczelnego dostawce alternatywnego r’n’b, i nie mam nic przeciwko temu. Nowy zestaw piosenek to kolekcja potulnych, przyjemnych i wpadających ucho tracków. Momentami jest z pazurem, momentami Miguel stara się być nowym wcieleniem Barry’ego White’a (If You know, what I mean). Co najważniejsze jednak, ta płyta wciąga i nie nudzi! Oczywiście Amerykanin nie wymyśla tutaj prochu i bazuje na sprawdzonych patentach, ale jeżeli wciąż się sprawdzają i działają… To czemu nie? Ocena: 8/10.

Playboi Carti – Playboi Carti. Podobno 2017 był dobrym rokiem dla rapsów. Trochę żałuję, że bardziej tego nie sprawdziłem. Jednak swoje przesłuchałem, a mój wybór m.in. padł na rapera/modela z Atlanty Jordana Terrella Cartera, znanego szerzej jako Playboi Carti. Co prawda to tylko bądź aż mixtape, jednak jest w tym moc. Skoro pieczę nad tym wydawnictwem sprawował sam A$AP Rocky, więc nie może to być słaba rzecz. I nie jest. Powiem więcej, wolę młodziaka z Atlanty niż przereklamowanych Migos. Ocena: 7/10.

Slowdive – Slowdive. W ostatnim czasie sporo było powrotów. Były bardziej i mniej spektakularne. Wracali dinozaury i Dinosaur Jr. Tuzi muzyki, legendy lat 90, królowie alternatywy. My Bloody Valentine, Kate Bush, Edyta Bartosiewicz, The Avalanches, Ride i wielu, wielu innych. Dlatego też powrót z nowym materiałem Slowdive wydawał się tylko kwestią czasu. Skoro słuchacze kupują to, więc czemu nie? Zwłaszcza, że autorzy genialnego „Souvlaki” mają sporą rzeszę fanów. No i reaktywowali się. Wpierw w 2014 roku ruszyli z koncertami, jeden miał nawet miejsce w Polsce podczas OFF Festivali. A po prawie 22 latach ukazała się nowa płyta zatytułowana po prostu „Slowdive„. Nie jest to spektakularny comeback, ale trzeba przyznać, że nowy longplay stoi na wysokim poziomie. Anglicy wciąż mają smykałkę do tworzenia intrygujących melodii. Wnikliwe gitarowe riffy pięknie układają się w całość, dając dość ciekawy efekt. A najlepsze w tej płycie jest to, że wcale nie słychać w niej, że nagrali ją ludzie dobijający do abrahama. Ocena: 8/10.

St. Vincent – Masseducation. Do Annie Clark mam szacunek od 2011 roku, kiedy to urzekła mnie singlem „Cruel” i całą płytą „Strange Mercy„. Od tamtego czasu zawsze daje tej multiinstrumentalistce szansę. I tak było tym razem. Na nowym longplayu Pani Clark nie boi się poeksperymentować. Niektórzy zarzucają tej metamorfozie banalność, jednak nie dajcie się zmylić. Wszystko co usłyszycie na „Masseducation” jest w pełni przemyślane i nie ma tutaj miejsca na grę w chybił/trafił. Amerykanka za każdym razem trafia w punkt, tak jest i tym razem. Ocena: 7/10.

SZA – Ctrl. Wierzcie lub nie, ale nie ma chyba recenzji „Ctrl” w internecie, w której nie byłaby mowa o podobieństwach do twórczości Franka Oceana. Skuszony tymi porównaniami zajrzałem do debiutu SZA. I coś faktycznie jest na rzeczy, ale tylko przez moment. Zwłaszcza w otwierającym całość „Supermodel” łatwo dopatrzyć się podobieństw do ostatniej płyty Franka Oceana „Blonde„. No, ale reszta jest zupełnie inna, co oczywiście nie przeszkadza w stworzeniu spójnej płyty. O ile na swoich poprzednich wydawnictwach artystka była kojarzona z delikatnym brzmieniem, to na „Ctrl” usłyszymy dość odważną mieszankę r’n’b z hip-hopem, popem, indie rockiem czy też neo-soulem. A opowiadane historię też są odważniejsze. Nic tylko słuchać. Ocena: 8/10.

The War On Drugs – A Deeper Understanding. Amerykanie z Filadelfii po raz pierwszy urzekli mnie w 2014 roku swoim kapitalnym albumem „Lost in the Dream„. Dlaczego więc nie dać im kolejnej szansy? Sprawdziłem zatem ich najnowsze dzieło zatytułowane „A Deeper Understanding„. I wiecie co? Opłaca się ponownie posłuchać grupy Adama Granduciela. Co prawda, niektórzy narzekają, że nie wiele się dzieje na tej płycie. Jednak chyba nikt w tym roku z taką fantazją i pięknem nie przynudzał jak oni. Może nie wiele się dzieje na tej płycie, i może sami nie wiedzą czy chcą być jak My Bloody Valentine czy Bob Dylan (albo jedni i drugi na raz), ale nie można im odmówić tego, że potrafią zaczarować. W moim przypadku tak było. Sprawdźcie całość, ale przynajmniej te ponad 11 minutowe „Thinking Of A Place„, nie stracicie czasu na pewno. Ocena: 7/10.

The XX – I See You. Początek najnowszej, trzeciej już płyty The XX sprawiał wrażenie, że zespół podąży nową drogą. Dubstepowa perkusja i elektroniczny klimat jednak z czasem ustępuje i otrzymujemy to, z czego dobrze znamy grupę. Znowu jest melancholijnie, mrocznie i depresyjnie. To oczywiście nic złego, bo za ten niepowtarzalny klimat pokochaliśmy brytyjskie trio w 2009 roku. „Coexist” z 2012 roku był rozwinięciem pomysłów z debiutu, natomiast „I See You” wydaje się być klasyczną trzecią płytą. Z jednej strony muzycy próbują czegoś nowego, jednak na dobre nie potrafią się pożegnać ze starą stylistyką. Póki co, jeszcze to się sprawdza. Mam nadzieję, że jednak z czasem bardziej postawią na nowe brzmienia, bo wychodzi im to. Udowadnia to zdecydowanie pierwsza cześć płyty „I See You„. Ocena: 7/10.