50 Najlepszych utworów hip-hopowych lat 90. Część II (26-1)

90 la26. Wu-Tang Clan – Protect Ya Neck (1993, Enter The Wu-Tang (36 Chambers). Do tej pory sprawą nie wyjaśnioną jest czyja nawijka w tym utworze najbardziej rządzi. Nie mniej jednak jest to dla mnie najbardziej esencjonalny kawałek Wu-Tang Clan. Inspectah Deck na początku zrobił więcej hałasu niż heavy metal, Szef nazywa się rapowym assassinatorem, Method Man stwierdza, że jego styl będzie trwał wiecznie, U-God wprowadza styl shaolin, Ol Dirty Bastard ucieka z Brooklyn’skiego Zoo, Ghostface Killah przyznaje się do zamiłowania do broni, RZA wrzuca zgrabne nawiązania a GZA na koniec dissuje swoją wcześniejszą wytwórnie Cold Killin’. To tak w telegraficznym skrócie. Chroń swoją szyję!

Posłuchaj

25. MC Hammer – U Can’t Touch This (1990, Please Hammer, Don’t Hurt ‚Em).

Posłuchaj

24. GZA – Liquid Swords (1995, „Liquid Swords„). GZA na swoim debiutanckim solowym albumie w pewien sposób kontynuował to co zaczął wraz z Wu-Tang Clanem na „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)”. Mamy tutaj przecież nawiązania do kung-fu oraz ciemny, mroczny klimat. Opener płyty to wynik świetnej współpracy dwóch braci. RZA stworzył świetny podkład, natomiast GZA wzniósł się tutaj na swoje wyżyny.

Posłuchaj

23. House of Pain – Jump Around (1992, House of Pain). To był pierwszy, największy przebój amerykańsko-irlandzkiej grupy House of Pain. To był również jedyny ich przebój. Całość zaczyna się od dźwięku trąbki, którą później za sampel użył The Streets. W 8 sekundzie jednak wskakuje charakterystyczny, skoczny beat produkcji Muggsa. W nawijce Everlasta przede wszystkim podoba mi się szeroki zasięg porównań. Pojawia się tutaj Arnold Schwarzenegger, Świt Żywych Trupów, Biblijne psalmy czy też John McEnroe.

Posłuchaj

22. Warren G – Regulate (ft. Nate Dogg) (1994, Regulate… G Funk Era). Po sukcesie „The Chronic” Dr. Dre i „Doggystyle” Snoopa tak zwany G Funk cieszył się sporym zainteresowaniem. Świetnie w tym miejscu odnalazł się Warren G, który zadebiutował w 1994 roku albumem „Regulate… G Funk Era„. „Regulate” jest zbudowane na zamiennej nawijce Warrena G i funkowym śpiewie Nate Dogga. Układ ten jest w prost rewelacyjny i sprawia, że słucha się tego z czystą przyjemnością. Pan G w utworze tym obwieszczał nastanie nowej G Funkowej ery, Nate natomiast śpiewa o urokach nocnego życia. Jeżeli chodzi o G Funk to jest to absolutna czołówka.

Posłuchaj

21. Missy Elliott – The Rain (Supa Dupa Fly) (1997, Supa Dupa Fly).The Rain” swoją pozycję zawdzięcza w głównej mierze producentowi Timbalandowi. Pan Mosley po sukcesie wypromowania Aaliyah wziął na warsztat inną początkującą artystkę – Missy Elliott. Na całym debiutanckim krążku raperki jak i w tym utworze znajdziemy sporo elektroniki z którą eksperymentował popularny Timba. Sama Elliott na tym etapie jeszcze nie wymiatała flow, ale miała już to coś, że chciało się jej słuchać. Efekt tej współpracy wyszedł zdecydowanie na duży plus.

Posłuchaj

20. Eazy-E – Real Muthaphukkin G’s. (1993, It’s On (Dr. Dre) 187um Killa). Eks-członek N.W.A podobnie jak Ice Cube i Dr. Dre poszedł drogą solową. Niestety ze względu na przedwczesną śmierć ojciec chrzestny gangsta rapu zdążył nagrać tylko cztery solowe longplaye. „Real Muthaphukkin G’s” to diss na Dr. Dre. Jednak nie jest to zwykły diss, jakich było wiele. Utwór ten uważa się za jeden z najważniejszych dissów w historii rapu. Eazy-E wypomina Dre dziecięce zachwyty nad Snoop Doggiem, któremu też się oberwało, gdyż został określony jako „anorexic rapper”.

Posłuchaj

19. 2Pac -Ambitionz as a Ridah (1996, All Eyez On Me). Gdy słyszę ten prosty podkład przypomina mi się pijacka posiadówa  u znajomego, który odpalił podobny beat. Pół wieczora nawijaliśmy do niego o ciężkim życiu na osiedlu dissując m.in kościelnego. I być może nie była w tym moc, ale u Shakura już jest. 2Pac w „Ambitionz as a Ridah” daje wykład na temat dążenia do celu. Powątpiewa w pokojowe dochodzenie należności i wskazuje na drogę walki. Mając tak zagmatwane CV wcale nie dziwią mnie te spostrzeżenia. 2Pac jest mocno szczery w tym co mówi, no i mówi (a w zasadzie rapuje) to świetnym flow.

Posłuchaj

18. Jay-Z – Can I Get A… (1998, vol. 2 Hard Knock Life). Shawn Corey Carter ma łeb nie tylko do rapowania, ale i robienia interesów. Dla złota zrobiłby wszystko, w końcu w wieku 12 lat postrzelił swojego starszego brata gdy ten podwędził mu złoty łańcuch. Ogarniacie tą sytuacje? Od momentu debiutu do zdobycia pierwszego miliona nie wiele upłynęło wody w Wiśle. No i te wszystkie wyliczanki nagród Grammy, listy Billboard, żonka brylująca w prezydenckiej świcie. Możliwe, że stąd moja mała niechęć do biznesmena Jazzy’ego, którego opowieści o sprzedawaniu narkotyków brzmią lekko niewiarygodnie. Mimo to Nowojorczyk ma a raczej miał technikę, której można by pozazdrościć. Na pierwszych płytach Jay-Z na prawdę był niesamowity, potem bywało różnie.

Posłuchaj

17. OutKast – Funky Ride (1994, Southernplayalisticadillacmuzik). Tytułowe funky ride to nic innego jak uczucie odjazdu po zapaleniu skręta. Szczerze powiedziawszy do takiego odjazdu nie są potrzebne używki, wystarczy ten świetny track. Aha, piękna solówka gitarowa. Idealny utwór do spędzania czasu sam na sam ze swoją lubą.

Posłuchaj

16. Ice Cube – It Was A Good Day (1992, The Predator). Po rozpadzie N.W.A. każdy z członków tego świetnego kolektywu poszedł w swoją stronę. „Crazy Motherfucker name Ice Cube” początkowo nieźle sobie radził solowo zanim rozpoczął niezbyt udaną karierę aktorską. „It Was A Good Day” oparte na leniwym podkładzie to opis dnia idealnego składającego się z pożywnego śniadania, programu Yo MTV Raps! (Jeszcze wtedy stacja ta miała coś do czynienia z muzyką) oraz rozrywki w postaci hazardu i seks randki.

Posłuchaj

15. Molesta – Się Żyje (1998, Skandal). Ogólnie cały „Skandal” jest klasykiem rapu. Potwierdził to zarówno Porcys, jak i zeszłoroczny OFF Festiwal. Wracając jednak do tego kawałka. Świetnie wykorzystany sampel z String Connection łączy się legendarnymi wersami o codzienności z życia podwórka. To jeden z tych wałków, który w mniejszym lub większym stopniu potrafi zacytować każdy mieszkaniec większych osiedli.

Posłuchaj

14. Public Enemy – 911 Is A Joke (1990, Fear Of A Black Planet). Public Enemy w zasadzie skończyli się w latach 80. Jednak jeszcze na początku następnej dekady byli całkiem spoko. „911 Is A Joke” to kolejny w ich zestawie utwór na temat problemów czarnego bractwa i dyskryminacji. Muzycznie kawałek jest jeszcze mocno osadzony w latach 80, jednak są tu srogie hooki, którymi można się zachwycać do tej pory.

Posłuchaj

13. Wu-Tang Clan – Wu Tang Clan Ain’t Nuthing Ta Fuck Wit (1993, Enter The Wu-Tang (36 Chambers).

Posłuchaj

12. The Notorious B.I.G. – Hypnotize (1997, Life After Death). W sumie to nie wiem co jest bardziej hipnotyzujące w tym utworze. Flow Notoriousa czy też podkład P.Diddy’egp (wtedy znanego jako Puff Daddy). Biggy opowiada nam o swoich kobiecych podbojach i bezwstydnie wyznaje, że i tak każda laska po akcie wraca do domu z buta. Całość została okraszona bardzo złym teledyskiem.

Posłuchaj

11. Nas – Life’s a Bitch (1994, Illmatic). Jeden z najbardziej życiowych utworów. Nas wraz z AZ opowiadają o trudach życia, które okazuje się wredną zdzirą i kończy się śmiercią. Smutne, aczkolwiek prawdziwe. W tle natomiast pogrywa fajnie jazz’ujący beat wyprodukowany przez L.E.S.’a oraz Nasa. Utwór dość mi bliski, gdyż mam podobne spostrzeżenia w drodze do pracy. Zwłaszcza w deszczową pogodę.

Posłuchaj

10. MF DOOM – Doomsday (1999, Operation: Doomsday). Doom to typ kolesia, który działa poza falą głównego nurtu. W chwili kiedy inni raperzy rapowali o basenach, drogich brykach i wypalonych jointach on przypominał stare zasady. Nie szukał poklasku, chodził w masce. Techniką rapowania przypomina mi trochę Raekwona z Wu-Tang Clan. Jego „Operation: Doomsday” to klasyk rapu, a opener płyty to świetny utwór, gdzie za sampel posłużyły utwory „Kiss Of Life” Sade oraz „Poetry” Boogie Down Productions.

Posłuchaj

9. Jay – Z – Hard Knock Life (Ghetto Anthem) (1998, vol. 2 Hard Knock Life). Tym utworem Jay-Z wybił się do samego nieba show-biznesu. Recepta na sukces była dość prosta. Sampel „It’s Hard Knock Life” z Filmu „Annie” oraz opowieść jak Jazzy się wzbogacił. Brzmi to trochę banalnie, ale udało się. Bo w sumie ten utwór, ma to coś. Jay-Z okazał się zdolnym uczniem Notoriousa Biga.

Posłuchaj

8. Kaliber 44 – + i – (1996, Księga Tajemnicza. Prolog). Klasyk polskiego rapu to historia testu na wirus HIV, stąd tytułowe plus i minus. K44 jeszcze z Magikiem w składzie grał tak zwany psycho rap. O postaci Magika powiedziano bardzo wiele w ostatnim czasie, nie będę nic dodawać w tej materii. Nie zamierzam oceniać jego jako człowieka, ale jako raper był świetny i na tym tracku to w pełni pokazał. Aha nie słuchajcie tej piosenki od tyłu bo nawiedzi was Candyman o 3 nad ranem i włoży wam zęby pod poduszkę.

Posłuchaj

7. Ol’ Dirty Bastard – Got Your Money (feat. Kelis) (1999, Nigga Please). Ktoś kiedyś stwierdził, że do końca nie wiadomo czy OLD był najlepszym, czy najgorszym raperem z grona Wu-Tang Clan. Podpisuje się pod tym wszystkimi kończynami. „Got Your Money” to ckliwa opowieść alfonsa domagającego się od swojej „pracownicy” pieniędzy. Kelis,  w refrenie zapewnia swojego podwładnego, żeby się nie martwił, że pieniądze będą. A wszystko to na podkładzie z fajnym basem i jękami Dirty’ego.

Posłuchaj

6. Snoop Dogg – Who Am I (What’s My Name?) (1993, Doggystyle). I to jest dla mnie esencja rapu lat 90. Świetny, baunsującu, wibrujący podkład Doktorka Dre oraz charyzmatyczna nawijka Snoopa hedonisty. G-Funk pełną gębą. Debiutancki singiel Snoopa, którym się przywitał ze słuchaczami stwierdzeniem: „Nine-trizzay’s the yizzear for me to fuck up shit / So I ain’t holdin nuttin back” ludzie kupili. Aczkolwiek nie obyło się bez kontrowersji ze względu na mocne teksty oraz fakt oskarżenia o morderstwo. „Doggystyle” to zdecydowanie klasyka rapu, a utwór „Who AM I (What’s My Name)” jest tego potwierdzeniem.

Posłuchaj

5. Beastie Boys – Sabotage (1994, Ill Communication). Beastie Boys często zdarzało się na swoich albumach nagrywać nic nie wnoszące dłużyzny i zapychacze. Jednak do kapitalnych singli mieli nosa. Takim singlem było „Sabotage„, które mocno wyróżniało się na dość przeciętnym „Ill Communication„. Nowojorskie trio od początku w swojej twórczości łączyli rap z rockiem (podobnie jak w latach 80 RUN-DMC). Nie inaczej jest w tym tracku, świetne gitarowe riffy łączą się tutaj z typowym, „wykrzykiwanym” stylem rapowania. Poza tym klip do tego utworu to mój top wszech czasów.

Posłuchaj

4. 2PAC – California  Love (1996, All Eyez On Me). Kilka miesięcy przed śmiercią, tuż po opuszczeniu więzienia legendarny Tupac Shakur zdążył wydać pierwszy dwu płytowy album hip-hopowy „All Eyez On Me”. Na płycie znalazł się utwór „California„, który w mojej ocenie jest jego najlepszym. Świetną robotę odwalił tutaj Dr. Dre, który stworzył jeden z najbardziej zapadających w pamięć beatów. Natomiast sam Shakur wzniósł się tutaj na wyżyny rapowego rzemiosła. Utwór faktycznie był jego powitaniem świata po wyjściu z więzienia, gdyż brzmi on niczym pies spuszczony z łańcucha. Klimatu dodaje teledysk nagrany w stylu filmu „Mad Max„.

Posłuchaj

3. Nas – The World Is Yours (1994, Illmatic).The World Is Yours” to mój ulubiony utwór z klasycznego „Illmatic„. Między innymi dzięki temu utworowi Nas na nowo zdefiniował hip hop. Wystarczy wsłuchać się w sposób jaki rapuje z świetnym wejściem w beat. Poza tym mamy tutaj kapitalny refren w wykonaniu Pete’a Rocka oraz klimatyczny, lekko jazzowy podkład.

Posłuchaj

2. The Notorious B.I.G. – Juicy (1994, Ready To Die). Największy przebój Christophera George’a Latore’a Wallace’a to jeden  tych utworów podsumowujących dorobek. Zmianę jaką przeszedł raper najlepiej obrazuje fragment: „Girls used to diss me / Now they write letters ’cause they miss me„. Jest to mocno sentymentalny utwór, sporo tu wspomnień i nowojorskich historii. Podkład nie wnosił świeżości, gdyż czuć na nim lata 80. Nie mniej podobają mi się wstawki gitarowe i śliczny refren.

Posłuchaj

1. Wu-Tan Clan – C.R.E.A.M. (1993, Enter The Wu-Tang (36 Chambers). W zasadzie nie mogło być innego numeru jeden. „C.R.E.A.M” być może nie jest esencją tego co działo się w hip-hopie lat 90, ale jest zdecydowanie najlepszym utworem gatunku tego okresu. Epickie linijki Szefa i Inscpectora Decka łączą się z prostym beatem opartym na powtarzającym się motywie klawiszowym. Natomiast samo określenie Cash Rules Everything Around Me na trwałe zapisało się w popkulturze.

Posłuchaj

OFF Festival 2013

offKolejna edycja OFFa już za nami a co za tym idzie pora podsumowań. Dla mnie to była już szósta przygoda z festiwalem organizowanym przez Artura Rojka lecz dopiero pierwsza w pełnym czterodniowym wymiarze. Jak było tym razem?

Before Party:

Na Before Party udałem się do Katowickiego Centrum Kultury. Wybrałem opcję najbardziej optymalną, ze względu na to, że w tym roku niestety Artur Rojek nie wcisnął w czwartkowe imprezy żadnej perełki, której nieobejrzenie zrywałoby mi sen z powiek jak miało to miejsce w latach wcześniejszych. Początkowo myślałem, że impreza odbędzie się na scenie przed budynkiem jednak po chwili odkryłem, że blisko dwu godzinny spektakl będzie miał miejsce w środku w sali z miejscami siedzącymi. Taka sceneria była odpowiednia do kameralnych i akustycznych występów A Band of Buriers i Patricka Wolfa. Poza tym możliwość oglądania na siedząco pozwoliło mi na większe skupienie po mocno męczącym i zabieganym dniu. A Band of Buriers zaprezentowali się całkiem przyzwoicie. Byłem zaciekawiony jak zabrzmi na żywo mieszanina angielskiego folkloru z poetycznymi, rapowanymi tekstami wokalisty. Zespół składający się z gitarzysty, perkusisty, skrzypaczki, klawiszowca oraz dwu-osobowego żeńskiego chóru pomimo widocznej niskiej średniej wiekowej zaprezentował się mocno dojrzale i profesjonalnie. Jednakże punktem centralnym był James P. Honey, który momentami pozwalał sobie na mały freestyle. Utwory z zeszłorocznego „Flith” brzmiały znacznie ciekawiej, zwłaszcza „Slides by”. Czekam na dalsze wieści o tym zespole.

Niecałą godzinę później zaprezentował się „gwiazdor” dnia, czyli Patrick Wolf. Koleś o nieokreślonej płci, ubrany w dziwne sukienko-spodnie ma całkiem sporą grupkę fanów w Polsce, która widoczna była również na koncercie. Towarzyszyła mu skrzypaczka oraz akordeonista, którzy momentami opuszczali scenę by Wolf mógł błyszczeć pełną mocą. Niestety nie było czuć chemii pomiędzy nimi. Sam występ był nudny jak flaki z olejem a ciekawie zrobiło się dopiero gdy Wolf zapomniał tekstu piosenki (specjalnie?). Pod koniec zrobiło się nawet śmiesznie, gdy pozwolił jednej z fanek śpiewać swoją piosenkę a chwile później czteroosobowa grupka robiła chórek. Było to show, którego niestety nie jestem odbiorcą.

Dzień I

Pierwszy dzień plenerowych zmagań rozpocząłem od koncertu wyczekiwanego przeze mnie Mikala Cronina. Niestety wczesna, jeszcze gorąca pora nie pozwalała mi wejść do dusznego namiotu Trójki. Mimo to sam koncert odbieram pozytywnie, było rockowo i po kalifornijsku. Cronin grał głównie piosenki z ostatniego albumu „MCII” dlatego nie zabrakło jego największych hiciorów takich jak „Weight” czy też „Change”. O 19:40 dotarłem pod scenę główną by zobaczyć Cloud Nothings. Autorzy chyba najlepszej indie rockowej płyty zeszłego roku dali występ pełen energii. Zagrane na żywo „Stay Useless” czy też „Fall In” zabrzmiały równie dobrze jak na płycie. Nie jestem pewien czy pojawiły się starsze piosenki gdyż setlista wydawała się mocno krótka. Trochę więcej się spodziewałem po kończącym koncert „Wasted Days”, który został rozciągnięty do granic możliwości byle tylko wypełnić do końca czas zaplanowany na występ grupy z Cleveland. Straciła przez to ta niezwykła piosenka swoją dynamikę i pazur.

wodeckiO 21:50 miał się zacząć koncert dnia i chyba całego Offa. Zbigniew Wodecki i grupa Mitch&Mitch odkurzyli materiał sprzed 37 lat. Chodzi o debiutancką płytę Wodeckiego o której sam autor nawet zapomniał, a szkoda bo to kawał dobrej muzyki, która przy mitchach dostała nowych kolorów. Sam Wodecki był w dobrej formie, jego wygląd nie zmienia się od lat a postawa wzbudzała tylko sympatię. W tłumie można było usłyszeć podśpiewki dwóch największych szlagrów Wodeckiego jednak po tym historycznym koncercie ludzie zapamiętają kolejną, odegraną na bis „Rzuć to wszystko co złe” z sielankowym na na na na na. Sprawdziłem również w jakiej formie utrzymują się Brytyjczycy z The Pop Group. Niestety zarówno jak na płycie tak i na żywo nie przekonali mnie do siebie. Dzień zakończyłem z gwiazdą dnia, czyli The Smashing Pumpkins. Grupa co prawa swoje lata świetności ma za sobą, jednak w ostatnim czasie odżyli za sprawą albumu „Ocenia”. I to z najnowszego krążka piosenki brzmiały najlepiej, zwłaszcza „Panopticon” czy też „Violet Rays”. Niestety sami muzycy nie porwali ogromnego tłumu a klasyczne utwory takie jak „Tonight, Tonight” nie były tak epickie jak by mogły być.

Dzień II

Drugi dzień festiwalowych zmagań rozpocząłem nieco później niż chciałbym. Niestety przez afrykańską temperaturę odpuściłem występ Trupa Trupa i załapałem się jedynie na końcówkę występu Bisza. Po szybkim ogarnięciu tematu spostrzegłem się, że załapałem się na ich najlepsze piosenki, które zostawili na koniec. O 17:00 na scenie leśnej rozpoczął się koncert jednej z najciekawszych rodzimych formacji – Ul/KR. Niestety to nie była właściwa pora i właściwa scena dla tego typu koncertu. Ludzie szukali cienia a cała psychodela znana z ich debiutanckiej płyty gdzieś się rozproszyła w suchym powietrzu. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało wieczorową porą w jednej z namiotowych scen, które mogłyby stanowić imitację zadymionego klubu. O 17:50 stawiłem się pod sceną główną, gdzie swój wystąp miało nowe oczko w głowie Sub Popu – Metz. Na każdej edycji Rojas stara się zaserwować nam coś hardkorowego i pod tym względem grupa nie zawiodła. Dla tych, którym było mało obiecali wrócić na jesień do Polski. Następnie udałem się na długo oczekiwanego w Polsce Jensa Lekmana. Niestety pojawił się ten sam problem, zła pora, zła scena. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało na leśnej, przy zachodzącym słońcu i pełnym akompaniamencie muzycznym. A tak dostaliśmy uroczy acz odegrany w połowie z kasety występ Lekmana w dusznym namiocie w piknikowej atmosferze (co akurat nie było takie złe). Szwed zaserwował nam mieszankę nowych utworów i tych z „Oh You’re so silent Jens”. Fanki nie czuły się zawiedzione. Kolejny występ tego dnia to The Walkmen grający na głównie. Po ich ostatniej, nudnej płycie spodziewałem się, że nie za wiele się wydarzy na scenie. I nie zawiodłem się. Kulminacyjny moment to odegrany gdzieś w środku „The Rat” a reszta koncertu była mocno przewidywalna aczkolwiek na swój sposób wciągająca za sprawą frontmana. Dla fanów zimnego i eleganckiego grania koncert mógł być nie lada gratką, niestety ja takiej muzyki słucham już coraz mniej.

walkmenGrający zaraz po amerykanach Skalpel był jedynym zespołem, którego wcześniej nie słuchałem. W tym miejscu muszę się wyspowiadać przed wami, że moja tegoroczna forma jest fatalna. Chodziłem na koncerty tylko tych, których wcześniej znałem. Przez cały festiwal nie poznałem niczego nowego oprócz wspomnianego Skalpela. Shame on me. Wracając jednak do polskiej grupy grającej psychodeliczną elektronikę to muszę przyznać, że był to występ miły zarówno dla oka jak i ucha. Wspaniałe wizualizacje z fragmentami filmów i teledysków grupy ciekawiły i dodawały kolorystyki, natomiast muzyka wprowadzała w trans. Był to spektakl nie gorszy od koncertów Kraftwerk. Ostatni koncert dnia to Godspeed You! Black Emperor. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że co roku reprezentanci post-rocku stanowią najważniejsze ogniwo line-up, jednak osobiście wolałbym więcej różnorodności przy doborze gwiazd dnia. Koncert GY!BE z pewności nie należał do najładniejszych do oka. Liczna grupka muzyków skryła się w ciemności sceny a do fanów dochodziły jedynie, potężne dźwięki z ich najnowszej płyty. Nie mam pojęcia ile zagrali utworów (ciężko było ogarnąć kiedy kończy się jeden a zaczyna drugi), ale można je policzyć na palcach jednej ręki. Mimo, że jak dla mnie brzmiało to zbyt cicho (wiadomo rekord głośności zarezerwowany był dla MBV) to mocno podobał mi się ten występ, który był idealnym zwieńczeniem tego gorącego i męczącego dnia.

Dzień III

Ostatni dzień offa zapowiadał się najbardziej hardkorowo pod względem must see. Maraton rozpocząłem od występu grupy Gówno na scenie Głównej. Wcześniejszy trening przed offem dużo pomógł punk-rockowcom, gdyż zagrali bardzo dobry koncert. Pod sceną zebrała się wierna grupa ultrasów Gówna a muzycy natomiast zrewanżowali się czystym punkiem. Maciej Salamon utrzymywał dobry kontakt z widownią a jego ironiczne wstawki wzbudzały uśmiech. Nie zabrakło mgły smoleńskiej, ale i uwag o polskiej młodzieży, która potrafi tylko pisać posty na facebooku. Grupa zagrała materiał z debiutu oraz ostatniej płyty „Czarne Rodeo”, szkoda tylko, że zabrakło rodeo punka na koniec. Aha wokalista wystąpił w koszulce The Kurws, Rojas wiesz co robić. Pięć minut po Gównie występował kolejny ciekawy polski projekt o nazwie Rebeka. Muszę przyznać, że utwory z „Hellady” znacznie lepiej zabrzmiały na żywo niż na albumie. Co prawda każdy w tym momencie szukał cienia w drzewach mimo to był to jeden z najlepszych występów, które widziałem na scenie leśnej. Kolejny występ to spore rozczarowanie. Mowa o Autre Ne Veut. Czekałem na ten koncert szczególnie, gdyż dobrego r’n’b jak i hip-hopu na offie wiecznie nie wiele. Niestety było tak sobie pomimo, że leciały same hity z „Anxiety”. Artur Ashin co prawda dał popis wokalny jednakże nie potrafił rozruszać widowni do tańca. Poza tym na minus wpłynęły: zerowy kontakt z publiką, zaduch namiotu no i muzyka w 90% puszczona z taśmy, oj nie podoba mi się to. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało na leśnej wieczorem przy pełnym zespole i efektownych światłach.

Molesta_OFF_Festival_bede_6205921Po Autre Ne Veut powróciłem na Scenę Leśną gdzie miał wystąpić zespół, który uratował muzykę gitarową. Oczywiście chodzi o kanadyjski duet Japandroids dla którego był to ostatni koncert na europejskiej trasie. Chłopaki udowodnili, że przy akompaniamencie samej gitary, perkusji i dwóch ryczących ryjów można zrobić niezłe rockowy rozpiździel. Setlista złożona z kawałków z ostatniej płyty i kilku starszych urozmaicona została pod koniec wstawką „Enter Sandman”. Nie zabrakło potu, pogo, gitarowych i perkusyjnych solówek. Ogólnie czad, gdybym był młodszy pewnie bym skakał pod barierkami. Po Kanadyjczykach na Scenie Głównej wystąpiła grupa Molesta, która miała odegrać swój debiutancki album „Skandal”. Warszawiacy dali jeden z najlepszych występów całego festiwalu. Album zagrany został w całkowicie nowej aranżacji przy pełnym zespole (była nawet trąbka!). Natomiast Pele, Włodi i Vienio rozbujali widownie i nawet mieli przy jednym utworze pogo. Próbowali zaśpiewać „Długość Dźwięku Samotności”, utrzymywali ciągły kontakt z publiką i byli w ciągłym ruchu. Przy odgrywaniu „Sztuki” w stronę sceny poleciały staniki (Pierwsze od 17 lat!). Nie jetem pewien czy zagrali wszystkie utwory ze „Skandalu„, gdyż grali je w innej kolejności niż ta na albumie. Pojawiły się natomiast inne utwory takie jak „Muzyka Miasta” czy też „Wszystko wporzo”. Po ciągłym machaniu ręką nie miałem sił by tłoczyć się na scenie eksperymentalnej podczas występu Thee Oh Sees. Jednakże nie mogłem odpuścić tego koncertu dlatego też przybrałem wygodną pozycję w oddali przed namiotem. Zaczęli mocno od utworów z ostatniego LP, było głośno i energicznie, czyli tak jak miało być. Zespół miał grać równą godzinę, jednak opuścił scenę po około 40 minutach (pomyłka czy celowo?). Wrócili jednak by dograć resztę czasu ja jednak już myślami byłem przy kolejnym występie na scenie głównej. Deerhunter zaczął mało ciekawie, mrocznie. Na szczęście rozkręcili się a Bradford Cox nabrał smiałości i nawet się rozgadał. Zdissował ruskich nas natomiast pochwalił za otwartość. Cieszymy się bardzo i zapraszamy ponownie! Setlista zawierała wszystko to co chciałem usłyszeć. Nie zabrakło genialnego „Desire Lines”, pocieszającego „Don’t Cry” czy też utworów z ostatniego longplaya „Monomonia”. Najlepsze jednak było na końcu, gdzie zaserwowali istny muzyczny szał. Po tym występie pomimo ogromnego zmęczenia chciało się więcej.

mykki blancoPo jedynej w tym dniu przerwie udałem się pod namiot gdzie miał wystąpić Mykki Blanco. W zamiarze miało być jedynie 20 minut by zdążyć przynajmniej na godzinę z gwiazdą całego festiwalu – My Bloody Valentine. W namiocie spędziłem jednak więcej czasu i były to najdziwniejsze minuty mego życia. Pierwsze dwa utwory odegrane przez innego rapera (również o niepewnej płci) miały rozgrzać przed występem Blanco. Nim to jednak nastąpiło na scenie pojawiła się dziwna czarnoskóra postać o niezidentyfikowanej płci ubrana w białą szatę i umalowana na biało. DJ w tym momencie puścił jakieś dwie przeróbki starych hitów? Nie jestem pewien. Postać ta natomiast świeciła dziwnym jasnym światłem prosto z jamy ustnej i dłoni! Wyglądała przerażająco niczym zombie i jednocześnie było w tym coś pasjonującego. Po tym pokazie pokazał się Mykki Blanco. Rapował, fristajlował, zagadywał, biegał w scenie w dziwnych białych majtach z podwiązkami? Co chwilę poprawiał długie, czarne rozpuszczone włosy. Koleś jest nie przewidywalny jednak przy jego „Wavvy” czy też „HazeBoogie” wszyscy dobrze się bawili. A zainteresowanie było ogromne, namiot wypełnił się po brzegi (Czego się nie spodziewałem ze względu na równocześnie grające MBV). Nie obejrzałem tego występu do końca gdyż chciałem zobaczyć druga połowę występu Irlandczyków. Na My Bloody Valentine faktycznie było głośno. W odróżnieniu do GY!BE Kevin Shields i ekipa postawili na światła i wizualizacje, szkoda tylko, że okazali się drętwiakami zakazując robienia zdjęć. Nie można odmówić im profesjonalizmu, na scenie wyglądali dobrze i energicznie. Odegrali najlepsze kawałki z legendarnego „Loveless” z „Only Shallow” na czele. Nie zabrakło także piosenek z ostatniej, nowej płyty „M B V”. Mimo to nie powalili mnie na kolana i zacząłem trochę żałować, że nie zostałem na Mykkim Blanco do końca. Zwłaszcza, że ten pod koniec występu rzucił się w tłum i stracił swoją cenną perukę! Z resztą raper został w
Polsce na dłużej, gdyż na jego profilu Facebook’owym można zobaczyć jak świetnie się bawił w stolicy. W ten sposób zakończyłem swoją przygodą z kolejną edycją Off Festiwalu.

Podsumowanie

Podsumowując Offa należy na pewno wyróżnić ogromną różnorodność występujących artystów i fakt, że festiwal ten jako jedyny w Polsce i nieliczny na świecie dyktuje pewne trendy w muzyce. Dzięki tej edycji poznaliśmy kapitalny debiut Zbigniewa Wodeckiego, który nie jest dla większości z nas jedynie kolesiem od Tańca z Gwiazdami i Pszczółki Mai. Na duży plus zasługuje pomysł organizacji spotkań z artystami w strefie Converse. Były one ciekawe i dodają festiwalowi uroku, gdyż nie jest to już tylko wyłącznie impreza gdzie pije się piwo i słucha muzyki. Kolejny mega plus za dobór filmów. Dzięki offowi poznałem zapomniany polski film z 1929 roku „Mocny Człowiek”. Poza tym na „plaży” można było także zobaczyć „Nóż w Wodzie” Polańskiego. Filmy były także wyświetlane na scenie leśnej, jednakże nie miałem okazji tego zobaczyć ze względu na późną porę pokazów. Po raz kolejny Kawiarnia Literacka kusiła dobrym doborem pisarzy i poetów a cała Dolina była obwieszona różnymi plakatami, które przykuwały uwagę na dłużej niż 2 sekundy. Na koniec pochwał chciałbym pochwalić Rojka za lepszy dobór polskich artystów. Pojawiły się ciekawe, rodzime debiuty takie jak: Trupa Trupa, Drekoty, Gówno, Rebeka czy też wyjadacze tacy jak wspomniany Wodecki, Skaplel i Molesta. Kiedyś był z tym problem bo notorycznie widziano te same polskie twarze z CKOD, Hey, Janerką na czele. Jest jeszcze wiele ciekawej polskiej muzyki, która zasługuje na pokazanie światu.

Teraz trochę zażaleń. Na początku chwaliłem festiwal za różnorodność, jednakże boli mnie nacisk na muzykę gitarową z post rockiem na czele. Scena główna przeważnie zarezerwowana jest na rockowych wyjadaczy a w moim odczuciu należałoby dać szansę więcej ilości młodym kapelom, które coś aktualnie wnoszą.  Poza tym za mało hip-hopu i r’n’b. Koncert Molesty i Mykki Blanco pokazał, że zainteresowanie tą muzyką jest coraz większe. Ogromny minus za nagłośnienie. To co działo się na Deerhunterze i Moleście nazwałbym Skandalem. Sprzęgało, szumiało, nie działały mikrofony. Na GY!BE było cichutko,  na innych scenach też ten dźwięk nie raz brzmiał nie tak jak powinien. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale skoro taki nagłośnieniowy laik jak ja słyszy, że nie jest dobrze to znaczy, że chyba coś zawiodło. Poza tym kwestie organizacyjne, pierwszy dzień to był jakiś koszmar. Kolejki po odbiór internetowego biletu, zacinające się karty zbliżeniowe, problemy na polu namiotowym (nie byłem, ale słyszałem narzekania) czy też problem z dostaniem się do jedzenia to najpoważniejsze przeszkody. Poza tym czy w tak upalne dni ta butelka z wodą jest tak ogromny niebezpieczeństwem dla uczestników? Dobrze chociaż, że strażak polewał wodę z hydrantu, dawało to ulgę. Mimo ogromnego zmęczenia festiwalem jestem zadowolony. To świetna okazja by poznać ciekawych ludzi, posłuchać dobrej muzyki i mile spędzić czas z najbliższymi. Za rok na pewno będę też.

10 koncertów OFF’a, których nie wolno przegapić

Znudziła mi się formuła „off’owych propozycji” dlatego też postanowiłem stworzyć jeden post, który będzie zawierał całą esencję zbliżającego się dużymi krokami off’a w postaci 10 zespołów, których po prostu NIE MOŻNA przegapić. Kolejność alfabetyczna. Zapraszam do lektury i czekam na wasze opinie.

autre-ne-veutSkąd pochodzi? Brooklyn (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z Arthurem Ashinem, zapaleńcem, który kursuje pomiędzy muzyką r’n’b a popem. I całkiem dobrze mu to idzie!

Lektura obowiązkowa: Autre Ne Veut ma na koncie dwa albumy: „Autre Ne Veut” z 2010 i tegoroczny „Anxiety”. Obydwa należąłoby przesłuchać z wskazaniem na ten ostatni, który jest po prostu fenomenalnym dowodem na to, że muzyka r’n’b przeżywa swój renesans.

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

cloudnothingsSkąd pochodzą? Cleveland (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z indie rockową formacją założoną przez Dylana Baldi’ego. Zespól istnieje od 2009 roku. Słynie z energicznego, żywiołowego grania. Nikt z członków załogi się nie opieprza, zwłaszcza perkusista. Indie rock to jedynie przykrywka, w ich muzyce słychać sporo noisowego, brudnego rzempolenia wymieszanego z przyjemnym lo-fi. Jeżeli chcecie się wyskakać i wykrzyczeć na koncercie to musicie być pod sceną główną pierwszego dnia festiwalu.

Lektura obowiązkowa: Do tej pory wydali trzy, równe albumy, ale to zdecydowanie dzięki ostatniemu „Attack On Memory” się wybili na szerokie wody.

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

deerhunterSkąd pochodzą? Atlanta (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z indie rockowym bandem, którego mózgiem i sercem jest Bradford Cox. Lider grupy słynie ze swojej zawziętości do tworzenia cholernie dobrych utworów. Nie ważne czy nagrywa je sam jako Atlas Sound czy też ze swoim zespołem. Możemy się spodziewać ciekawego show obfitego w elegancko zapakowane piosenki.

Lektura obowiązkowa: Należałoby się skupić na tegorocznym albumie „Monomonia”, jednakże warto także sprawdzić „Halycon Digest” i „Micorcastle”.

Odnośniki: allmusic.com

Godspeed You Black EmperorSkąd pochodzą? Montreal (Kanada)

Z kim mamy do czynienia? Z legendą post-rocka. Okres ich największej aktywności to lata 1998-2002. W 2010 roku powrócili po prawie 7 latach ciszy a w zeszłym roku wydali czwarty longplay. Możemy się spodziewać widowiska bogatego w brzmienie. Najkrótsza ich piosenka ma trochę ponad 6 minut, także można się spodziewać, że zagrają 4-5 utworów, które zmienią nasze życie.

Lektura obowiązkowa:Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven” a także zeszłoroczny „Allelujah! Don’t Bend Ascend”.

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

mikalcroninSkąd pochodzi? Laguna Beach (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z basistą Ty Segall, który poza działalnością solową może pochwalić się aktywnością w takich zespołach jak: Okie Dokie, Epsilons, Party Fowl oraz Moonhearts. Jak widać całkowicie poświęcony muzyce. Cronin jest reprezentantem zachodniego wybrzeża, dlatego możemy się spodziewać słonecznego garage rocka, który wraz z odpowiednią,gorącą pogodą doda offowi kalifornijskiego klimatu.

Lektura obowiązkowa: „MCII”

Odnośniki: allmusic.com

molestaSkąd pochodzą? Warszawa (Polska)

Z kim mamy do czynienia? Z Vieniem, Włodim i Pelsonem. To oni obecnie tworzą Molestę, aczkolwiek można przypuszczać, że w Katowicach pojawią się w szerszym składzie. Molesta to legenda polskiego hip-hopu, która ma na koncie wiele dobrych rapalbumów. Jednak na offie zaprezentują tylko jeden z nich, debiutancki „Skandal” z 1998. Z całkowitą pewnością nieźle się nastukamy.

Lektura obowiązkowa: W tym przypadku tylko i wyłącznie „Skandal”.

Odnośniki: allmusic.com youtube

mbvSkąd pochodzą? Dublin (Irlandia)

Z kim mamy do czynienia? Z twórcami Shoegaze. My Bloody Valentine to jeden z najważniejszych zespołów w dziejach muzyki nie tylko alternatywnej. Ich zasługi są nie do przecenienia. Mistrzowie w tworzeniu tzw. ściany dźwięku. W tym roku po ponad 20 latach przerwy wrócili z nowym LP. Idealna okazja by zaprezentować się na offie. Zdecydowanie najmocniejszy punkt line-up’u.

Lektura obowiązkowa: Wszystko

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

mykkiblancoSkąd pochodzi? Nowy Jork (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z raperem transwestytą. Nie stroni od kontrowersyjnych stroi, zachowań czy też make-up’ów. Jednakże muzycznie się broni, gdyż jest jednym z najzdolniejszych raperów w ostatnim czasie. Możemy się spodziewać wielu nietypowych scen oraz świetnej rapowej zabawy. Minusem tego wszystkiego jest to, że gra w tym samym czasie co MBV…

Lektura obowiązkowa: No cóż nie ma tego wiele, ale powinniście znać mixtape o wymownej nazwie „Cosmic Angel: The illuminati Prince/ssa”

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

smashingpumpkinsSkąd pochodzą? Chicago (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z legendą lat 90. The Smashing Pumpkins to jeden z najciekawszych przedstawicieli nurtu z pogranicza pop-rocka. Postacią wiodącą w zespole jest wokalista Billy Corgan, którego teksty zmuszają do refleksji. Wyspecjalizowali się w graniu psychodelicznych ballad rockowych, które silnie oddziałują na psychikę. Headliner dużego formatu, można spodziewać się tłoku pod sceną.

Lektura obowiązkowa: Zdecydowanie trzy pierwsze LP i ostatnia „Oceania”, która jest na bardzo dobrym poziomie.

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

zbigwodeckiSkąd pochodzą? Kraków (Polska)

Z kim mamy do czynienia? Z dwoma żywiołami. Z jednej strony legenda polskiej muzyki popowej – Zbigniew Wodecki. Znany z „Pszczólki Maja”, „Zacznij od Bacha„, „Chałupy welcome to„, niezliczonych występów na Festiwalu w Opolu oraz Tańca z gwiazdami. Z drugiej najdziwniejszy polski zespół, którego liderem jest Macio Moretti. Nie przesłuchałem ich żadnej płyty, ale na żywo są bardzo oryginalni. To połączenie już kiedyś zaistniało na antenie radia Trójki, jestem arcyciekawy jak będzie to wyglądało na off’owej głównej scenie.

Lektura obowiązkowa: W tym przypadku debiutancki album Wodeckiego z 1976 roku „Zbigniew Wodecki”.

Odnośniki: youtube

Ławka rezerwowych: Na koniec jeszcze kilka nazw bez rozpisywania się, które także warto zobaczyć.

AlunaGeorge, Austra, Blondes, Drekoty, Girls Against Boys, Gówno, Japandroids, Jens Lekman, Rebeka, Solange, The Pop Group, The Walkmen, Thee Oh Sees, Trupa Trupa, UL/KR oraz Woods.