Muzyczne Podsumowanie Roku 2010: Płyty

Nadeszliśmy do finałowej części mojego podsumowania muzycznego. Oto lista 10 płyt, które najchętniej słuchałem w poprzednim roku:

10. Menomena – Mines. Menomena, Menomena, Menomena. Niestety już powoli się rozlatuje, Brent Knopf odszedł ostatnio z ekipy. Ciężko teraz stwierdzić co dalej, czy ich albumy wciąż będą dobre? Możliwe, że będą jeszcze lepsze. Z Mines na początku miałem problemy, owszem album okazał się ciut gorszy od poprzedników, ale po upływie czasu stwierdzam, że nie ma co narzekać. Wciąż zachowują swój rozpoznawalny styl a ich piosenki potrafią wciągnąć. Zabrało ich na mojej liście singli, ale prawda jest taka, że ciężko wyróżnić poszczególne utwory z płyty, gdyż każdy prezentuje zbliżony poziom. Czas pokaże co dalej z jedną z moich ulubionych kapel.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

9. These New Puritans – Hidden. These New Purtitans to jeden z ciekawszych, młodszych zespołów, który w poprzednim roku wydał drugi album. I wcale nie czuć na nim syndromu drugiej płyty, gdyż zachowując jednocześnie swój stary styl potrafili stworzyć interesujący krążek, pełen groźnych melodii idealnie pasujących do jakiegoś filmu akcji. Zajebistość perkusji na albumie to nie wszystko. W podsumowaniu singlowym wyróżniłem już White Chords, ale nie należy zapominać o takim majstersztyku jakim jest We Want War czy też Attack Music. Z pewnością to nie ostatni ich dobry album, trzymamy kciuki.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

8. Deerhunter – Halcyon Digest. Jedyna płyta w zestawieniu, której nie zdążyłem zrecenzować. Nie oznacza to jednak, że nie słuchałem. Bo słuchałem i doceniłem, co można zauważyć właśnie teraz zamieszczając Halcyon Digest w moim top 10. Ok, Bradford Cox znany również z Atlas Sound poraz kolejny potrafił w sposób już ograny chwycić nas za serca i uszy. Mimo wielu sprzeczności na tym albumie jest to dobra muzyka, momentami wręcz świetna. Cox nie schodzi poniżej określonego poziomu. Plus także za oryginalną okładkę.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

7. Arcade Fire – The Suburbs. Po zachwytach nad Funeral, konsternacji przy Neon Bible nadszedł trend na Arcade Fire = siara, oszukali nas itd. A według mnie ekipa z Kanady wciąż ma wiele do powiedzenia. The Suburbs nie jest przejawem słabości, dowodem na nudy w indie i przykładem pomyłki. Nie pomyliliśmy się. Ubóstwianie Funeral nie było chwilowym zaćmieniem, bo ten album wciąż potrafi wzruszyć. Najnowszy album jest przykładem dojrzałości jaka się wkrada w życie członków zespoły. Win Butler już tworzy albumy koncepcyjne, zaczyna od swojej opowieści o życiu na przedmieściu. Robią swoje i w dobie trendu na chillwave i elektronikę potrafię się jeszcze odnaleźć ze swoimi skrzypcami, gitarami i cymbałkami.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

6. Uffie – Sex Dreams and Denim Jeans. Album, który towarzyszył mi w ubiegłe wakacje, dobra muza na imprezy. Grillowanie w mnichu, podróże samochodowe, częstotliwość odtworzeń na słuchawkach. W okresie letnim idealnie się sprawdza, można rozluźnić swój umysł od poważnych sytuacji i przynajmniej na chwile zająć się czymś pierdołowatym, zobaczyć różowe barwy tego świata. Uffie pod tym względem jest zarąbista. I może nie umie śpiewać, ale urok jej głosu przyciąga ucho spragnione fajnych wrażeń. Aczkolwiek jedna piosenka z albumu drażni mój mózg, gdyż ustawiłem sobie ja na budzik i jak ją słyszę to kojarzy mi się z czymś nie spotykanie mało fajnym. Reasumując, od czasu do czasu trzeba wyluzować, polecam do tego Sex Dreams and Denim Jeans.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

5. Wavves – King Of The Beach. Po wyczynach w 2009 roku wszyscy skazywali ich na porażkę, koniec. Tym czasem wrócili w 2010 roku z zajebistą płytą, gdzie hook goni hook. Świetne gitarowe riffy, utwory pełne słońca, plaży i zimnego piwa. Z resztą mieszkając w Kalifornii ciężko się dziwić by miało być inaczej. Z pewnością jest to ich najlepszy krążek w dyskografii, czy jedyny? Tego nie wiem, jednak King of The Beach trzeba było wyróżnić bo jest pełen energii i po prostu dobrych melodii opartych na dzikich gitarach. Słuchając takich hiciorów jak Post Acid czy Green czas upływa przyjemnie.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

4. Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Before Today. Ten koleś się znalazł chyba na każdym podsumowaniu zeszłorocznym. Na Porcysie jeszcze nie ma, ale obstawiam swój szwajcarski zegarek, kradziony z Niemiec, że on tam będzie. Bo faktycznie Before Today to album oryginalny, nietypowy a przy tym wyluzowany, i tak jakby zrobiony dla jaj. Ariel Pink potrafi tworzyć ciekawe melodie, których tutaj jest pełno. I ten albm to nie tylko Round and Round, przecież jest też równie fajny Beverly Kills czy też niemal metalowy Butt House Blondies. To może teraz jakaś trasa koncertowa z Polską?

przeczytaj recenzje / posłuchaj

3. Kanye West – My Beautiful Dark Twisted Fantasy. Chyba najgłośniejszy album ostatniego roku. Może dla niektórych przereklamowana, ale mimo wszystko słychać, że Kanye dał z siebie 100% i z pewnością jest to jeden z jego lepszych krążków, jeśli nie najlepszy. Tego od niego oczekiwaliśmy. Do 10/10 dla mnie jeszcze tutaj trochę brakuje, momentami jest zbyt pompatycznie. Co nie zmienia faktu, że spędziłem z tym albumem wiele jesiennych wieczorów składając meble z bodzia. Poza tym udziela się tutaj tak szeroki zakres wykonawców, że momentami nie ogarniam. Kid Cudi i Raekwon? Bon Iver i Jay Z? I ta fenomenalna Nicki Minaj. Szacun jakby to powiedział Durczok. Kanye moje życzenia na 2011 dla Ciebie: Więcej muzy, mniej filmów.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

2. Sufjan Stevens – The Age Of Adz. Sufjan w poprzednim roku był częstym gościem w moim domu i na słuchawkach. The Age of Adz to album, pełen różnych dźwięków, elektronicznych w znacznej przewadze. Multum okrzyków, trąbek, syntezatorów. Tego jest taki natłok, że nie idzie momentami tego opanować. I ktoś powie, że przesadzone. Może, ale w tym tkwi urok nowego Sufjana, który dalej jest tym samym litewskim chłopaczkiem w czapeczce z skrzydełkami, który potrafi oczarować. I to właśnie tutaj robi, zachwyca. Mówiłem o tych wszystkich dźwiękach, ale i nie brakuje momentów spokojniejszych takich jak świetny Vesuvius. Bardzo udany album w wykonaniu Stevensa, co nie jest wcale niespodzianką. Od niego oczekujemy tylko udanych rzeczy takich jak Seven Swans czy Illinois.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

1. Toro y Moi – Causers of This. I o to nasz zwycięzca, Chaz Bundick, ten smark wraz ze swoim melodyjnym chillwavem. Causers of This mimo, że zupełnie pominięte przez Pitchfork jest najlepszym albumem, który wyszedł rok temu. Gatunek wiele zawdzięcza temu krążkowi, chodź nie zagłębiałem się dalej w temat to Toro y Moi ubóstwiałem od momentu jak tylko go usłyszałem. Punkt kulminacyjny nastąpił w sierpniu podczas OFF Festivalu, wtedy Toro y Moi przy akompaniamencie żywych instrumentów dało świetny występ. Nie jest to oczywiście album dziesiątkowy bo i są pewne uchybienia, nie jest on tak równy jakby mógł być. Nie zmienia to jednak faktu, że w 2010 lepszej płyty nie było.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

Kanye West – My Beautiful Dark Twisted Fantasy

Zrobiło się głośno (znowu) ostatnio o amerykańskim raperze / producencie z Chicago. Pomijając jego ekscesy, obnażanie się, kontrowersyjną okładkę, różnorakie kpiny i przemówienia to najwięcej emocji chyba wzbudziła jedna dwu cyfrowa liczba z nijakiego Pitchforka.

Czy ocena zasłużona? Zdania są podzielone. Haterzy, spamerzy, pseudointeligenci, doznawacze i inne śmieszne środowiska około-muzyczne raczej mówią zgodnie, że ocena zawyżona a jaranie się nowym Kanye to tak jak zachwycanie się złotym bobkiem. Niby złoty, ale to wciąż bobek. Ogólny over-hype. Innym natomiast mocno przypadł do gustu Kanye. Sam się przez moment zastanawiałem czy to jest płyta dziejowa, która zasłużyła by na takie wyróżnienie. Jednak trzeba w końcu sobie uświadomić jedno: ocena recenzenta nie jest oceną opinii całego świata. Mimo, że Pitchfork Media jest jednym z najbardziej opiniotwórczych portali muzycznych to ich recenzenci, jak wszyscy inni mają prawo przyznawać oceny takie jak uważają za słuszne. W końcu recenzja musi być subiektywna i w pełni autorska zgodnie z definicją samej recenzji. Powinna wartościować dany materiał, taka istota z punktu dziennikarstwa.

Do sedna. Ostatni tydzień minął mi spod znaku słuchanie My Beautiful Dark Twisted Fantasy i powiem szczerze zachwyciłem się tym albumem. Kanye wcześniej uchodził u mnie jako dobry producent, który potrafi stworzyć świetne single. Albumowo zachwyca na Late Registration. Ostatni czas to jednak pisanie dobrych piosenek na listy przebojów i częste goszczenie na łamach tabloidów. W moim przekonaniu koleś ma łeb. Wszystkie ruchy zarówno marketingowe jak i artystyczne na płycie zostały przemyślnie zaplanowane i zrealizowane co do najmniejszych szczegółów. Promocja płyta już zahaczyła i o skandal, i o zdziwienie. Tu bulwersująca okładka, to 35 minutowy teledysk-film no i tracklista gdzie na featuringach widzimy zadziwiające towarzystwo.

Właśnie za tych gości mimo, że momentami odczuwa się przepych, że tyle znakomitych gwiazd w jednym miejscu to należą się brawa. Pan West potrafił połączyć  tak różne style, koncepcje, że momentami ciężko w to uwierzyć. Kto by na przykład pomyślał, że na jednym tracku znajdzie się komercyjny Kid Cudi z legendą hip-hopu Raekwonem? albo taki Justin Vernon z Bon Iver w jednym kawałku z Jay-Z? Chyba nikt a brzmi to niespodziewanie dobrze. Nicki Minaj totalnie miażdży w Monster. All of The Lights to popisy wokalne Rihanny, Fergie, Alicii Keys, gdzieś tam jeszcze wciśnięty Elton John, Drake, The-Dream. So Appalled wyróznia się przede wszystkim dzięki linijkom Jay-Z i RZA. Początek Lost in The World wyjęty niczym z For Emma Forever Ago. Nigdy nie sądziłem, że Bon Iver będzie mógł fajnie brzmieć wymieszany z muzą zahaczającą o hip-hop.

Album generalnie jest na bardzo równym poziomie. Już od openera Dark Fantasy wieje fajnością. Trochę Hell Of A Life zalatuje mi Iron Manem a tak poza tym mamy wyśmienicie smaczne utwory. Runaway pomimo głupkowatego tekstu brzmi świetnie. Fajny, spokojny, wręcz coldplay’owy klawiszowy wstęp, następnie wejście biciku no i wokal Kanye, i Pusha T. Kurde, podoba mi się. POWER tak jak wyraża to tytuł, ma moc. No i może jeszcze wypisze parę wycinków z tekstów: „Look like a fat booty Celine Dion/ sex is on fire, I’m the King of Leon-a Lewis”, „Fuck SNL and the whole cast / Tell them Yeezy said they can kiss my whole ass”  „Something wrong/ I hold my head / MJ gone… that nigga dead!”.

My Beautiful Dark Twisted Fantasy jeszcze bardziej zbliżył Kanye z odbiorcami lubującymi się w muzie spod znaku Pavement i Modest Mouse pomimo, że już wcześniej był etatowym wyjadaczem rapowym wśród czytelników niezależnych serwisów muzycznych. Niektórzy się zastanawiają czemy Kanye siedzi w muzie raczej hip-hopowej mając takie wyczucie popu? To prawda koleś zna się na robieniu dobrej muzy a łączenie popu z hip-hopem i innymi gatunkami jest obecnie drogą w dobrą stronę. West nie jest oczywiście pionierem w tej dziedzinie mieszania, ale jest tym, który po prostu tego nie spieprzył. Ocena:9/10.

posłuchaj Runaway