10 Najlepszych płyt 2023 roku

Muzycznie rok 2023 stał na wysokim, dobrym poziomie. Był to także bardzo dobry rok dla Pań, co pokazuje poniższa lista. Co prawda numer jeden zajął facet, ale to chyba tylko dlatego, że nie umiałem się zdecydować, którą z Pań wyróżnić i postanowiłem przyznać im kolejne miejsca na mojej liście. Jak co roku przypominam, że lista nie jest miarodajna, gdyż nie przesłuchałem wielu, wielu zapewne świetnych płyt a sama numerologia jest czysto przypadkowa. Poniższe jednak płyty najczęściej słuchałem w minionym roku i najbardziej przypadły mi do gustu.

10. Andre 3000 – New Blue Sun. Członek legendarnego hip-hopowego składu OutKast zaskoczył wszystkich (w tym mnie) doborem materiału na swoim solowym krążku. Nie był to rap a zupełnie coś nowego. I jak to ujął w tytule pierwszego utworu, taka muzyka obecnie gra w jego wnętrzu. I fajnie, że się uzewnętrznił z nią bo to bardzo wciągający materiał z pogranicza ambientu i expertimental-popu. Andre 3000 zaprasza wszystkich na niezapomnianą podróż trwającą 90 minut, polecam wam ją gdyż to coś niezapomnianego.

9. James Blake Playing Robots Into Heaven. Jestem fanem skomplikowanych potańcówek od Jamesa Blake. W tym roku jeszcze bardziej skomplikował tworząc mniej mainstremowy materiał. Nie mniej to wciąż parkiet, tylko w innym miejscu. Jeżeli lubisz nie oczywiste rozwiązania, to spodoba ci się ta impreza.

8. billy woods / Kenny Segal: Maps. Najlepsza hip-hopowa płyta minionego roku. Prosta, prawdziwa, szczera. Bez zbędnej napinki, auto-tune’a i plastikowych bitów. Ot, dwóch kolesi się dobrało w odpowiednią parę i w ten o to sposób mamy „Maps„.

7. Piotr Kurek – Peach Blossom. Jedyna polska płyta w moim zestawieniu. Jednak w kwestii muzycznych eksperymentów Piotr Kurek nie miał sobie równych. Pitchfork również docenił, także wiecie co z tym zrobić.

6. Lana Del Rey – Did You Know That There’s a Tunnel Under Ocean Blvd. Wciąż uważam, że „Norman Fucking Rockwell!” to najdoskonalsze dzieło Lany Del Rey. Jednak zeszłoroczne dzieło artystki znajduje się równie wysoko w rankingu. Pani Del Rey wypracowała swój własny styl a ta płyta jest jego idealnym przykładem.

5. Jessie Ware – That! Feels Good! Jesteśmy żywymi świadkami tego jak Jessie Ware pięknie ewoluuje muzycznie. Zaczynała od indie-popowych ballada by wylądować w świecie tanecznego disco. I totalnie do niej to pasuje i co najlepsze to działa.

4. Caroline Polachek – Desire, I Want To Turn Into You. Co tu dużo mówić? Najlepsza popowa płyta minionego roku. Tysiące słuchaczy i dziesiątki recenzentów nie mogą się mylić.

3. Kali Uchis – Red Moon in Venus. Ta płyta jest tak urzekająca i piękna, że dziwię się, że wielu recenzentów o niej zapomniała w swoich zestawieniach. A przecież to najlepsza pozycja w dorobku artystki o kolumbijskich korzeniach. Kali Uchis nieśpiesznie, powoli wjeżdża ze swoim anielskim głosem i serwuje nam najlepszy krążek z pogranicza R&B i popu. Każdy otwór na „Red Moon in Venus” poczynając od „in My Garden…” a kończąc na „Happy Now” ma niesamowitą moc. To kapitalne 43 minuty i 22 sekundy, do których chce się wracać raz, za razem.

2. Mitski – The Land Is Inhospitable and So Are We. Chyba już tradycją się stało, że każda nowa pozycja od Mitski spotyka się moim ciepłym przyjęciem i ląduje na moich listach podsumowujących. W tym roku wyjątkowo mnie zauroczyła, gdyż w ciągu 30 minut materiału na „The Land Is Inhospitable and So Are We” zgromadziła wszystko co lubię w jej twórczości. Strasznie przypadło mi do gustu jak potrafi połączyć ciężkie, niemal grungowe gitarowe riffy z swoim łagodnym wokalem i melancholijnymi melodiami. Poza tym jest to artystka, która koniecznie musi się pojawić w Polsce z koncertem! Czekamy!

1. Sufjan Stevens – Javelin. Pan Sufjan przyzwyczaił swoich słuchaczy do tego, że najlepsze płyty wydaje w najtrudniejszych dla niego okresach. Tak było z pamiętnym „Carrie & Lowell” kiedy opłakiwał śmierć matki. To samo dotyczy najnowszego „Javelin”, gdzie opłakiwany jest jego towarzysz życia Evans Richardson. Złe wiadomości potęguje także wykryta choroba u muzyka w postaci Zespołu Guillaina-Barrégo. Strata i Ból przeradzają się w jedną z najpiękniejszych płyt minionego roku. I nie jest to melancholijny zbiór piosenek żałobnych a pewnego rodzaju terapia Stevensa, który otwiera się przed słuchaczem i pozostaje pogodny. W ten oto sposób otrzymujemy kapitalny indie-folk, który nie dołuje a podnosi na duchu. A tego nam potrzeba w obecnych, nieco chu****ch czasach….

Co tam głośniki grają – Przegląd płyt z ostatnich miesięcy

Nie był to mój najlepszy okres jeżeli chodzi o przesłuchane nowe wydawnictwa muzyczne. Jeżeli czegoś słucham, to mojej giga playlisty z paroma dniami muzyki, która najlepiej sprawdza się podczas budowania domu. Nie mniej udało mi się sprawdzić parę nowości, o których dowiecie się z poniżej zbiorowej recenzji.

Wednesday – Rat Saw God. Dobry indie rock w cenie. Zawsze to powtarzam. To także mój mały rytuał by raz rocznie wygrzebać coś świeżego z tego gatunku. Padło na band z miejscowości Asheville z stanu Karolina Północna. Mimo, że to piąty album grupy to brzmi jak debiut. Wednesday udało się wykrzesać prawidłową energię i świeżość, by nie być w zasadzie kolejnym zamulającym indie rockowym zespolikiem. Ich tematyka może nie jest oryginalna, bo wokalistka Karly Hartzman śpiewa o typowych sprawach dla małomiejskiej społeczności a w ostre gitarowe riffy włamują się czasami elementy typowego amerykańskie folku kojarzonej z tamtejszym zadupiem. Czy szczur zobaczył Boga? Tego nie wiem, ale mogę Wam polecić ten krążek. Bo jest w dechę. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Andre 3000 – New Blue Sun. To była jedna z tych płyt, która mnie totalnie zaskoczyła w tym roku. Odpalając ją byłem spragniony fajnego, odkrywczego rapu. Bo wiecie, Andre3000 to w końcu członek legendarnej grupy OutKast, która poza singlem „Hey Ya!” wydała wiele legendarnych rapsztosów jak chociażby album „Stankonia” czy też „ATLiens„. Jak wielkie moje było zaskoczenie gdy otrzymałem spokojną, nieco medytacyjną muzykę instrumentalną. No, ale tytuł pierwszego utworu to wszystko bardzo ładnie tłumaczy: „I Swear, I Really Wanted to Make A „Rap” Album But This Is Literally the Way the Wind Blew Me This Time„. I tak otrzymujemy ambientową podróż, która trwa prawie tyle samo co piłkarski mecz. Jest momentami dziwnie, a czasami zaskakująco fajnie. Uwierzcie, że idzie się odprężyć przy tym zestawie i warto mu dać szansę, bo to dobra muzyka jest. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Travis Scott – Utopia. O tym, że nie jestem wielkim fanem Travisa Scotta oraz samego nowego wydania trapu wiecie już pewnie z moich wcześniejszych recenzji. Dlatego też z wielką rezerwą podchodziłem do najnowszego krążka rapera z Houston w stanie Teksas. Okazało się, że „Utopia” dość konkretnie mi spasowała. Nie wiem ile w tym zasługi seansu serialu „Your Honor„, gdzie dość często słychać trapy. Jednak słyszę, że Scott się wyrobił i nie jest to typowe rapowe pizganie jak w „Astroworld” czy przynudzanie w stylu Migos. Dobrze, że nie przekreśliłem całkowicie chłopa bo zaczął nagrywać porządną muzykę, która już nie okapuje z każdej strony auto-tunem podkręconym na kurwa milion. Pytanie tylko, czy to ja jestem zacofany i się nie znam, skoro doceniam jego najmniej doceniony przez resztę album? Najlepiej posłuchać samem i wyrobić swoje własne zdanie. Ode mnie ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Drake – For All The Dogs. Z Aubreyem Grahamem łączy mnie specyficzny więź. Wielbię jego twórczość i nienawidzę jednocześnie. Jego najnowsza płyta „For All The Dogs” brzmi identycznie jak jego 5-6 ostatnich albumów i tak samo jak jego kolejne trzy krążki, które pewnie ukażą się w przyszłym roku. Nie słyszałem ich (Bo ich jeszcze nie ma!), ale już teraz wiem, że to będzie to samo. A skąd to wiem? Bo Drake już od paru lat gra jak zacięta płyta. Jestem w stanie rozróżnić utwory z jego pierwszych albumów do „Views„. Reszta zlewa się w jedną papkę. Ale wiecie co? To jest na tyle dobre, że wciąż to słucham i doceniam. I będę pewnie dalej to robił. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Dystymia – Wszystko zostało już powiedziane. Czy wszystko już zostało powiedziane? Powiem więcej. Mam wrażenie, że już wszystko zostało zagrane w muzyce. Dowód? Omawiana EP-ka mikołowskiego bandu Dystymia. Jakiś czas temu przykuli moją uwagę dość udanym coverem utworu „Komputery” nieodżałowanej grupy Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Na „Wszystko zostało już powiedziane” kontynuują wątek zespołu z Świebodzina, próbując wejść w kostium Marcina Zagańskiego i reszty. I to wcale nie jest złe, bo przecież członkowie KDZKPW także przenosili brytyjskie brzmienia indie rocka na nasze podwórko, a po przerwaniu działalności pojawiła się spora luka, którą należałoby wypełnić. I tutaj pojawia się Dystymia, która stara się być takim mikołowskim Kombajnem. I jasne, wokal Kamila Rykowskiego nie ma tej samej mocy co legendarna chrypka Zagana, teksty nie są tak samo liryczne i piękne jednocześnie a brzmieniu gitar jeszcze daleko do tych z „Połączenia” czy „Waniliowego Nieba„. Jednak chłopaki są z Mikołowa, więc wiem jak jest. Mają już bazę na stworzenie czegoś fajnego, no i szacunek za inspiracje Kombajnem. Ja wciąż czekam na powrót tej grupy, chociaż wiem, że z każdym nowym rokiem jest to coraz mniej prawdopodobne. Póki co mogę polecić zainteresowanie się Dystymią, ja będę na pewno śledził rozwój sytuacji. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.