Przegląd filmowy: Obcy

W sumie, to aż dziwne, że wcześniej nie zrobiłem takiego przeglądu na blogu. Zwłaszcza, że jestem MEGA HIPER ARCY OGROMNYM FANEM serii o Obcym. Podobny przegląd zaserwowałem filmom o Batmanie oraz Jurrasic Park, temat Obcego natomiast pojawił się w mojej liście 15 najlepszych horrorów, no i recenzji filmów „Obcy vs Predator II” oraz „Prometeusz„. Okazja by taki przegląd sporządzić jest doskonała, gdyż do kin wszedł właśnie najnowszym film z serii „Obcy: Przymierze„. Do dzieła!

Obcy – 8 Pasażer Nostromo / Alien (1979, reż. Ridley Scott). Wciąż uważam, że to najlepszy horror jaki kiedykolwiek powstał. Film opowiada historię członków załogi Nostromo, która podczas powrotu na Ziemię, zostaje nagle przebudzona. Okazało się, że statek odebrał dziwny sygnał z pobliskiej planety. Załoga zobowiązana umową z firmą, jest zmuszona by to sprawdzić. Od tej pory wszystko idzie nie tak. Jeden z członków załogi – Kane (W tej roli ś.p. John Hurt) wraca na statek z przeczepioną do twarzy dziwną, obcą formą życia. Co gorsza, nie można jej zdjąć ze względu na obecny w krwiobiegu kwas. Gdy dziwny pajęczak obumiera a Kane się budzi, wszyscy oddychają z ulgą. Nie na długo. Z klatki Kane’a wydobywa się mały obcy, z którym przyjdzie załodze stoczyć bój o przetrwanie.

Za co kocham film Ridleya Scotta? Przede wszystkim z wspaniały, mroczny, tajemniczy i gotycki klimat. Do końca seansu, nie wiemy z czym załoga Nostromo ma do czynienia. Obcy nie ukazuje się nigdy w pewnej krasie. Statek jest pełen mrocznych zakamarków. Czuć wszędobylskie zagrożenie i osamotnienie. Obcy wydaje się być niezniszczalny, a załoga jest zdana tylko na siebie. Co gorsza film powoli odkrywa tajemnicze zamiary firmy, dla której pracują. Sprawa z góry jest przegrana. Swoją cegiełkę do klimatu filmu dołożył ś.p. Hans Rudolph Giger. To on stworzył wygląd obcego, który stał się kultowy.

Fakt, że film jest oszczędny w pokazywaniu Obcego i pomieszczeń w pełnej krasie sprawia, że obraz Scott’a wcale się nie zestarzał, pomimo upływu już ponad 38 lat od Premiery! Warto także zwrócić uwagę na dobrze napisane postacie, które nie są nam obojętne. Sigourney Weaver dzięki roli w „Obcym” wybiła się na szerokie wody Hollywood. Dla mnie film Ridleya Scotta to przykład idealny jak nakręcić horror sci-fi. Mamy tutaj tajemnicze zagrożenie, wiarygodnych bohaterów oraz kapitalny klimat osaczenia. Arcydzieło kina. Ocena: 10/10.

Obcy – Decydujące starcie / Aliens (1986, reż. James Cameron). Druga część serii o Obcym nakręcona przez Jamesa Camerona to zupełnie inny film. Inny, nie oznacza gorszy. Śmiało można określić obraz ten jednym z najlepszych sequeli w historii kina, zaraz obok „Ojca Chrzestnego II„, „Mrocznego Rycerza” czy też „Terminatora II„. Fabuła wygląda następująco. Jedyni ocalali z załogi Nostromo: Ellen Ripley (Sigourney Weaver) oraz jej kot Jonesy po wieloletnim dryfowaniu po kosmosie, w końcu lądują na Ziemi. Firma zatrudniająca Ripley nie wierzy w historię o Obcym, który zabija całą załogę. W między czasie okazuje się, że planeta na której członkowie Nostromo znaleźli obce formy życia, ma zostać zasiedlona przez ludzi. Jak się okaże, była to błędna decyzja, gdyż kontakt z ludźmi na LV-426 urywa się. Na miejsce zostaje wysłana misja ratunkowa, do której w charakterze doradczy dołącza Ellen Ripley.

James Cameron w przeciwieństwie do Scotta serwuje nam sprawnie nakręcone kino akcji. Obcy pojawiają się w dużych ilościach. Okazuje się, że można go zabić – wystarczy duża spluwa i nieskończony zapas amunicji. Tak więc w „Aliens” krew i kwas obcych leje się strumieniami. Co więc jest tak świetnego w tym filmie? Przede wszystkim został utrzymany klimat zagrożenia. Wciąż czujemy się osaczeni przez ksenomorfy, pomimo, że posiadamy cały asortyment wojskowy. Obcy zostali ukazani w filmie jak sprawnie pracujące mrowisko ze swoją królową. W filmie jest wiele trzymających w napięciu scen, a czujnik ruchu potęguje w nich tylko poziom adrenaliny.

Po raz kolejny dostajemy wiarygodne, dobrze napisane i przejmujące postacie. Ellen Ripley w tej części serii ukazuje się jako damski terminator z miotaczem ognia, w której budzi się matczyny instynkt gdy poznaje jedyną ocalałą z kolonii dziewczynkę Newt. Poza tym pojawia się ponownie android – Bishop, który tym razem jest przyjacielski oraz cały zastęp kosmicznych marines. Cameronowi udało się w tym filmie zachować prawdziwość Obcego i jednocześnie dodać coś od siebie. Tak powinno kręcić się sequele. Ocena: 10/10.

Obcy 3 / Alien 3 (1992, reż. David Fincher). Trzecia część sagi o Obcym, wyreżyserowana przez Davida Finchera jest lekkim powrotem do pierwowzoru stworzonego przez Ridleya Scotta. Do Statku Sulaco, w którym znajdują się ocalali z księżyca LV-426 dostaje się facehugger. Dochodzi do pożaru, a kapsuła ratunkowa rozbija się na pobliskiej Planecie Furia 161. Katastrofę przeżywa jedynie Ripley. Ocalałą odnajdują jedyni mieszkańcy planety – więźniowie z koloni karnej. Okazuje się, że Ripley to nie jedyna ocalała. Wspomniany facehugger również uchodzi z życiem i ponownie daje życie Obcemu.

David Fincher ponownie postawił na mroczny, tajemniczy klimat oraz nierówną walkę ludzi bez broni z Obcym. Ksenomorf tym razem jest trochę inny, gdyż wychodzi z ciała psa – dlatego porusza się na czterech łapach. Po raz pierwszy także zostały użyte efekty specjalne do pokazania Obcego. I w zasadzie to jedyna nowość jaką nam serwuje Fincher. Poza tym, to już wszystko mieliśmy w pierwszej części. Ripley oprócz walki z Obcym, będzie się musiała zmierzyć ze zgrają najgorszych kryminalistów. Ludzie będą biegać po ciemnych, mrocznych zaułkach kolonii karnej. Obcy natomiast będzie się wydawać wszędobylską bestią, która jest w stanie porwać każdego. Co gorsza na planetę Furia 161 zmierzają ludzie z firmy Wyland-Yutani, i nie mają dobrych intencji. Sprawa ponownie jest z góry przegrana.

Można mieć pretensje do Davida Finchera, że nie dodał nic nowego do tej opowieści a powielił to co zaserwował wcześniej Ridley Scott w „Ósmym Pasażerze Nostromo„, jednak jego „Obcy 3” to dobry film. Ma mroczny klimat, trzyma w napięciu i jest w nim sporo odwołań religijnych. Poza tym to mocno pesymistyczny film, mówiącu wprost „Nie ma nadziei”. Obcy będzie zabijał, a ludzie za wszelką cenę będą chcieli go użyć jako broni. Jednak temat ten rozwinie dopiero czwarta część. Ocena: 8/10.

Obcy: Przebudzenie / Alien: Resurrection (1997, reż. Jean-Pierre Jeunet). Czwarta część Obcego została wyreżyserowana przez kolejnego, wspaniałego reżysera. Francuski filmowiec Jean-Pierre Jeunet, twórca takich klasyków jak: „Amelia„, „Miasto Zaginionych Dzieci” czy też „Delicatessen” dorzucił swoje trzy grosze do historii o Obcym. 200 lat po wydarzeniach z Obcego 3 na statku USM AURIGA naukowcom udaje się sklonować Ripley oraz Obcego. Tworzą oni hodowlę Ksenomorfów i starają się je wytresować, by służyły ludziom. Na statku cumuje załoga przemytników, dostarczających naukowcom ludzkich ciał potrzebnych do hodowania nowych Obcych. Jak można przewidzieć, ponownie wszystko idzie nie pomyśli ludzi. Obcy wydostają się z klatek i zaczynają wybijać załogę. Co gorsza USM AURIGA obiera awaryjny kurs na Ziemię. Jednak bez obaw. Ripley wraz z androidką CALL (W tej roli Winona Ryder) postarają się zapobiec katastrofie.

Jaunet tworząc film „Obcy: Przebudzenie” udanie połączył klimat mroku znanego z pierwszej części z ostrą jatką, którą otrzymaliśmy w obrazie Camerona. Otrzymujemy wspaniałe lokacje oraz obraz eksperymentów na ksenomorfach. Akcja trzyma w napięciu, a momentami jest na prawdę groźnie. Oczywiście, nie obyło się bez wpadek. Postać mutanta powstałego wskutek połączenia obcego z człowiekiem była dość mało atrakcyjna, natomiast ginące po kolei postaci nie wzbudziły w nas takich samych emocji jak załoga Nostromo. Jednak uważam, że film Alien: Resurrection jest mocno niedocenioną częścią sagi. Zupełnie niezasłużenie, bo to całkiem doby film, który wieńczy serię z Ellen Ripley. Ocena: 7/10.

Obcy vs. Predator / Alien vs. Predator (2004, reż. Paul W.S. Anderson). Miałem wątpliwości czy filmy z serii AvP powinny być w tym zestawieniu. Fabularnie nie nawiązują one do serii o Obcym zapoczątkowanej przez Ridleya Scotta. Poziomem również te filmy nie dorównują. Jedyne co je łączy to postać samego Ksenomorfa. Film w zasadzie bardziej starał się nawiązać do gier komputerowych oraz komiksów z tej serii. Czy był potrzebny? Nie wiem. Sam, jako fan chciałem by powstały te obrazy. Jednak można było je zrobić lepiej.

W „Alien vs. Predator” akcja toczy się gdzieś na Antarktydzie. Ludzie z firmy Weyland odkrywają pod warstwą śniegu Piramidę. Okazuje się, że rasa Predatorów stworzyła to miejsce do walki z rasą ksenomorfów. Dochodzi do walki, gdzie po środku znajdują się ludzie. Zacznijmy, że AvP to bardzo mierny, przewidywalny film. Czuć w nim na kilometr chęć wyszarpania pieniędzy od fanów serii o Obcym. Oczywiście wizualnie wszystko gra, a sceny walk Obcego z Predatorem robią wrażenie. Jednak słaby scenariusz i błędy w logice robią swoje. Zagorzali fani słusznie byli zawiedzeni. Szkoda, bo potencjał był duży. Zarówno uniwersum Obcego jak i filmy o Predatorze to całkiem sporo dobrego materiału, na świetny film. Szkoda tylko, że twórcy postawili na łatwy szmal. Ocena: 4/10.

Obcy vs. Predator 2 / Aliens vs. Predator Requiem (2007, reż. Colin i Greg Strause). Film ten jest kontynuacją wydarzeń z „Obcy vs. Predator”. Statek Predatorów rozbija się gdzieś w Stanach Zjednoczonych. W tym momencie rozpoczyna się plaga Obcych a na miejsce zostaje wysłany inny Predator, który ma posprzątać bajzel po swoich nieudolnych kolegach.

O tym obrazie będzie krótko bo szkoda czasu na to gówno. Nic tu nie gra. Scenariusz leży. Motywacje postaci są nie zrozumiałe, zachowanie Predatora idiotyczne. Nie ma w tej historii zupełnie nic ciekawego. Ot, Obcy naparzają się z Predatorem w jakiejś amerykańskiej mieścinie. Jedyne plusy to pokazanie Obcego na Ziemi, tu i teraz oraz walki z Predatorem. Wisienką na tym zgniłym torcie jest Predalien, czyli Obcy z dredami. Totalnie nie warto. Ocena: 3/10.

Prometeusz / Prometheus (2012, reż. Ridley Scott). O tym filmie w zasadzie już pisałem na blogu stosunkowo nie dawno TUTAJ (Nie wstydzę się dziś tej recenzji). Jednak warto dodać parę uwag po 5 latach od premiery. Przypomniałem sobie ten film ostatnio. I wiecie co? Nie jest taki zły, jak próbują nam wmówić recenzenci. A już prawie uwierzyłem, że Ridleyowi Scottowi się nie udało. GÓWNO. Może nie jest to wybitny obraz, ale jest to całkiem sprawnie przedstawiona historia.

Prometeusz” jako prequel „Obcego” to ciekawy obraz pełen filozoficznych pytań. Podoba mi się to, że postacie inżynierów wciąż pozostały tajemnicze, pomimo tego, że sporo się o nich dowiedzieliśmy. Film porusza wiele ciekawych wątków, które powinny być rozwinięte. Większość recenzentów doczepiła się tego, że w filmie nie ma Obcego i paru błędów logicznych (legendarna już scena operacji). To, że akurat nie ma w filmie ksenomorfów (Przynajmniej do ostatniej sceny) wychodzi mu tylko na plus. Pamiętajmy, że to prequel „Obcego„, który miał pokazać od czego zaczął się przypał na Nostromo. Co do błędów logicznych, to nie byłbym aż tak uszczypliwy. W wielu klasykach kina jest więcej głupot, na które przymyka się oko. Reasumując „Prometeusz” to dobry film i niezasłużenie zjechany za przerost formy nad treścią. Ocena: 6/10.

Obcy: Przymierze / Alien: Covenant (2017, reż. Ridley Scott). Najnowszy film Ridleya Scotta jest jednocześnie sequelem „Prometeusza” oraz prequelem „Obcego„. Fabuła opowiada historię załogi statku „Przymierze”, który napakowany kolonistami, zarodkami, załogą i androidem Walterem (W tej roli Fassbender) podąża na nową planetę by ją zasiedlić. Po drodze dochodzi do awarii oraz zmiany planów, okazuje się, że znacznie bliżej znajduje się inna planeta, która wydaje się być bardziej atrakcyjnym miejscem do zasiedlenia. Załoga jeszcze nie wiem, że to będzie fatalna w skutkach decyzja. Okazuje się, że na nowej planecie rozgościł się dobrze nam znany inny android David (W tej roli również Fassbender) – jedyny ocalały z statku „Prometeusz”.

Zacznijmy od tego, że tuż po seansie miałem mieszane uczucia. Nie chodzi oczywiście o różnorodne błędy logiczne, do których przyczepili się recenzenci. Bardziej chodzi mi o sposób przedstawienia postaci obcego. Wcześniejsze filmy z serii, przyzwyczaiły nas do pewnych stałych zasad, które ten film łamie. O ile pokazane w filmie neomorfy są nowymi stworzeniami i możemy zaakceptować to jak się zachowują, powstają itd. to wizerunek ksenomorfa mocno odbiega od tego, który znamy chociażby z „Ósmego Pasażera Nostromo„. Proces infekcji trwa błyskawicznie, sam ksenomorf w ciągu kilku sekund przyjmuje dojrzałą formę, no i atakuje wyjątkowo agresywnie. Trochę to zaburzyło mój obraz przerażającej, tajemniczej bestii. Poza tym miałem wrażenie, że sam Obcy to postać drugoplanowa, dolepiona do tego filmu na siłę. Rozumiem negatywne opinie recenzentów, gdyż mieli prawo ponownie poczuć się wyrolowani przez Ridleya Scotta, który bawi się ksenomorfem i nie pozwala nikomu go używać.

Przejdźmy jednak do plusów. O ile „Obcy: Przymierze” słabo sprawdza się jako film o obcym, to jako sequel „Prometeusza” jest kapitalny. Ta filozoficzno-egzystencjonala historia została wzbogacona o kolejny ciekawy wątek. Na pierwszy plan wysuwa się duet Fassbender-Fassbender, czyli rozmowy dwóch androidów. Z jednej strony mamy Davida, który pragnie tak jak człowiek tworzyć. Gra na flecie, słucha muzyki poważnej, zacytuje się w trudnej literaturze, mówi wierszem i bawi się w tworzenie obcych. Z drugiej strony pojawia się Walter, oddany ludziom pomocnik. Scott idzie o krok dalej, w „Prometeuszu” wyjaśnił skąd wzięła się ludzkość, „Obcy: Przymierze” wyjaśnia natomiast skąd wzięła się rasa aliena. Pytanie, czy te odpowiedzi były potrzebne? Czy nie lepiej było jak ksenomorf był tajemniczym organizmem doskonałym?

Warto także zwrócić uwagę na aspekty techniczne. Po raz kolejny zdjęcia Dariusza Wolskiego zasługują na pochwałę. Sama scenografia również robiła wrażenia. Opustoszałe lasy, ślady poprzedniej cywilizacji, ślady walk ładnie wpisały się w mroczną estetykę Obcego. David Fassbender sprawdził się w podwójnej roli Davida i Waltera. Pozostali bohaterowie raczej nie zrobili furory. Z Daniels (W tej roli Katherina Waterson) próbowano wykreować nową Ellen Ripley, natomiast reszta załogi nie wzbudziła w nas większych emocji.

Czy polecam ten film? Generalnie tak. Fabuła jest ciekawa i zawiera zapadający w pamięć wątek egzystencjalny androida Davida. Trochę rozczarował mnie sposób przedstawienia Obcego, który nie spełnił moich oczekiwań. Jednak zdecydowanie ten film nie można określić przerostem formy nad treścią. Co więcej, jestem ciekaw czy Scott zdecyduje się na przedstawienie obcego w Łowcy Androidów? To mogłoby być ciekawe, a pamiętajmy, że sam reżyser przyznał, że oba filmy należą do jednego uniwersum. Czekam na dalszy rozwój wypadków. Ocena 5/10.

Sierpniowe propozycje filmowe

Zabić Irlandczyka / Kill the Irishman (2011). Któż z nas nie lubi filmów gangsterskich? Wydawać by się mogło, że Trylogia Ojca Chrzestnego czy też takie filmy jak „Człowiek z Blizną”, „Nietykalni”, „Dawno temu w Ameryce” lub „Chłopcy z Ferajny” wyczerpały temat gangsterskiego żywota. Jednak nie. Wciąż można stworzyć coś świeżego w tej materii. Jest jeszcze wiele ciekawych, nieopowiedzianych historii. Jedną z nich jest biografia Danny’ego Greene’a znanego również jako „Irlandczyk”. Film „Zabić Irlandczyka” jest oparty o prawdziwą historię Greene’a, który w latach 70 przewodził „Celtic Club” w Cleveland. Akcja filmu zaczyna się w latach 60, kiedy Greene pracował w dokach przy rozładunku kontenerów. Dzięki jego charyzmie i rosnącej popularności wśród pracowników udaje mu się zostać prezesem związków zawodowych w porcie Cleveland. Kontakty z włoską mafią i nieczyste interesy z czasem powodują utratę tego stanowiska. Greene traci majątek i musi zacząć wszystko od nowa. W powstaniu na nogi pomaga mu Shondor Birns. Wrodzone umiejętności po raz kolejny pomagają mu się stać ważnym i popularnym mieszkańcem. Jednak jak to bywa w kryminalnym półświatku nie wszystko idzie po jego myśli i po pewnym czasie staje się wrogiem numer jeden. Lato 1976 roku będzie wyjątkowo gorące dla Pana Greene.

Ok, zacznijmy od tego, że „Zabić Irlandczyka” to niezły film, przepełniony szybkimi zwrotami akcji. W końcu jego reżyserem jest Jonathan Hensleigh, spec od filmów trzymających w napięciu („Armaggedon”, „Szklana Pułapka 3”, „Punisher”). W odróżnieniu od innych dzieł traktujących o mafii „Zabić Irlandczyka” nie skupia się na sposobie działania gangów, a jedynie na osobie Danny’ego Greene’a. Jest to biografia najbardziej intensywnej części życia Irlandczyka. Ważnym zabiegiem dodającym realizmu są bez wątpienia archiwalne fragmenty wiadomości telewizyjnych z tamtego okresu. Innym atutem tego obraz jest obsada aktorska. Ray Stevenson stworzył bardzo przekonującą kreację irlandzkiego gangstera. Natomiast udział w tym filmie Vala Kilmera czy też Christophera Walkena należy uznać jedynie za pewnego rodzaju ozdobnik i dodatek.

Warto zobaczyć ten film, gdyż sama postać Danny’ego Greene’a jest postacią interesującą i na pewien sposób tragiczną. Ponadto formuła filmu gangsterskiego na swój sposób została odświeżona. Mam dobrą wiadomość dla osób zachęconych recenzją do zobaczenia tego obrazu . Film ten będzie można zobaczyć na stacji Canal Plus w niedzielę, 26 sierpnia. Polecam.

Elena / Элена (2011). Korzystając z okazji chciałbym przypomnieć wszystkim, że dobre kino powstaje nie tylko za zachodnią granicą Polski. Warto czasem zobaczyć filmy, które powstają u naszych wschodnich sąsiadów. A proszę mi uwierzyć, że wcale nie są w tyle i potrafią tworzyć bardzo dobre dzieła. Jednym z takich filmów z pewnością jest „Elena” Andrieja Zwiagincewa. Tytułowa bohaterka tego obrazu Elena to kobieta już doświadczona, mieszkająca z mężem Vladimirem w bogatej dzielnicy apartamentowców. Małżeństwo Eleny i Vladimira wygląda jak biznesowy układ. W zamian za pieniądze i bezpieczeństwo Elena daje swojemu mężowi opiekę. Jednak oboje mają swoje problemy związane ze wcześniejszym małżeństwem. Córka Vladimira to rozpieszczona przez ojca hedonistka, która nie utrzymuje bliższych kontaktów z ojcem. Natomiast syn Eleny, który żyje niczym Ferdek Kiepski, co miesiąc pobiera emeryturę od matki, gdyż sam nie potrafi utrzymać swojej własnej rodziny. Jednak pewnego dnia pieniądze matki to za mało. Syn Eleny chce wysłać swojego pierworodnego na studia, by ten nie musiał iść do wojska. Elena prosi o pomoc męża, jednak sprawę komplikuje zawał Vladimira i chęć spisania testamentu, który ma przyznać cały majątek jego córce a Elenie jedynie dożywotnią rentę. W głowie Eleny rodzi się okrutny plan.

Reszty fabuły nie zdradzę by zaciekawić do obejrzenia. Jednak z góry ostrzegam, że w porównaniu ze wyżej omawianym filmem, tutaj akcja toczy się w bardzo powolnym tempie. Brakuje typowo filmowego dynamizmu, który może odrzucić niejednego widza. Jednak czym innym ten film nas zachwyca. Po pierwsze ta statyczność scen i śladowe dialogi powodują, że nasza uwaga skupia się na innych, ważnych rzeczach takich jak gesty, zachowania, sceneria. Każdy z tych elementów bardzo wiele nam mówi o bohaterach filmu. „Elena” to obraz bogaty w metafory, przenośnie, nawiązania oraz pełen różnorakiej symboliki. Wystarczy wspomnieć sceny wypadku z koniem czy też odcięcie światła w bloku syna Eleny. Film można ten rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Można go odnieść do obecnej sytuacji społeczno-finansowej Europy, można również go analizować w oparciu o rosyjską literaturę. ile głów, tyle pomysłów i każdy będzie bliska prawdy. Za to cenię „Elenę” chyba najbardziej. Z pozoru półtorej godziny nudnego seansu zamienia się w wielogodzinne rozmyślanie. Zobaczcie ten film, najbliższa okazja 28 sierpnia na Canal Plus.

Babycall (2011). Ostatnim filmem w moim zestawieniu jest skandynawski thiller opowiadający historię Anny, która wraz z 8-letnim synkiem Andersem wprowadza się do nowego mieszkania w Oslo. Anna i jej syn są objęci programem ochrony światków, gdyż obydwoje są ofiarami przemocy ze strony męża Anny. Dodatkowo co jakiś czas odwiedzają ich pracownicy socjalni by sprawdzić czy Anna jest w stanie opiekować się swoim synkiem. Przykre doświadczenia i nowe miejsce zamieszkania są powodem wielu niepokojów Anny. Postanawia ona zakupić elektroniczną nianię by nasłuchiwać Andersa w nocy. Jednak zamiast niego słyszy ona krzyki innego dziecka. Dodatkowo dowiaduje się, że ojciec nawiązał kontakt ze swoim synkiem. Młoda matka popada w obłędne koło czego świadkiem będzie nowo poznany sprzedawca ze sklepu elektronicznego Helge.

Muszę przyznać, że pomimo powolnego początku, film ten trzymał mnie mocno w napięciu do samego końca. Skandynawscy twórcy od jakiegoś czasu słynną z tego, że potrafią stworzyć ciekawy, fajny film, który pozbawiony jest zbędnej typowej dla hollywood napinki i bełkotu. Największym plusem tego obrazu jest Noomi Rapace, która wcieliła sie w rolę Anny. Ta aktorka o bardzo charakterystycznej urodzie stworzyła kreację nie gorszą niż sama Catherine Deneuve w „Wstręcie” Romana Polańskiego. Razem z nią przeżywamy wszystkie lęki, niepokoje aż w pewnym momencie sami zaczynamy się martwić o Andersa jak nadopiekuńczy rodzice. Innym pozytywem jest obraz opieki socjalnej w krajach skandynawskich. Możemy się przyjrzeć jak wygląda system w którym tak wiele zależy od tak nie wielu. Groźba wytworzenia się w ten sposób sytuacji patologicznych została wyraźnie zaznaczona. Ostatnim powodem dla którego „Babycall” warto obejrzeć jest zakręcona akcja. Mimo, że nie znajdziemy tutaj niczego nowego, czego byśmy nie widzieli już chociażby u Lyncha albo Polańskiego to warto te sprawdzone motywy obejrzeć jeszcze raz w odświeżonej formule.