My Bloody Valentine – M B V

mybloodyvalentine„M B V” to album na który wielu fanów My Bloody Valentine czekało 22 lat. Kupa czasu, wiele się zmieniło od 1991 roku. W Milanie nie gra już żaden holender, telefony komórkowe nie mają antenek a muzyczna społeczność przeniosła się do internetu, gdzie rozproszona wyczekuje kolejnej wielkiej płyty, wielkiego zespołu. I doczekała się, bo My Bloody Valentine to bez wątpienia legendarny zespół. Pozostaje tylko pytanie czy „M B V” to wielka płyta?

Próbowałem sobie odpowiedź na to pytanie już po pierwszym zapoznaniu się z materiałem w lutym tego roku. Odłożyłem jednak ocenianie tej płyty a co za tym recenzję na później, by nie pisać na gorąco,  przemyśleć wiele spraw i oswoić się z tym co przesłuchałem. Drugim powodem odłożenia recenzji była chęć napisania czegoś innego, niż wszyscy na temat płyty. W internecie dominuje podobny schemat recenzowania „M B V”, to znaczy nikt nie wie od czego tu zacząć. Końcowa ocena jest jednak już wiadoma bez czytania. Minęło kilka miesięcy a ja wciąż jestem w tym samym punkcie. Dlaczego zatem biorę się za My Bloody Valentine? Otóż zespół Kevina Shieldsa będzie w tym roku jedną z gwiazd (jak nie największą gwiazdą) tegorocznej edycji OFF Festivalu. A jak wiadomo tradycją tego bloga jest przybliżanie artystów i ich płyt występujących na festiwalu organizowanym przez Artura Rojka.

mbvOk bez owijania bawełny. Nie będę tutaj wymądrzał się niezliczoną ilością mądrych słówek by zaimponować bezrobotnej klasie hipsterów po studiach europeistyki itd. Nie będę też mówił, że „M B V” to gorące gówno by w mniej wyrafinowany sposób zaimponować tej że samej grupie tyle, że po kulturoznawstwie i socjologii. Miałem nie mały problem z tą płytą, jak ją do cholery ocenić? Niby zespół gra to co zwykle, ale bez tej magii, która powstała na „Loveless”. Niby genialnie, ale jednak to nie jest to. Niby dziewiątkowy krążek, ale jakbym wystawił piąteczkę to czy ktoś by się pogniewał? Raczej starałem się znaleźć złoty środek tak jak zrobił to Shields idąc na kompromis przy nagrywaniu nowego materiału. Nie rozdzielałbym jednak natomiast „M B V” na jakiekolwiek części, ćwiartki itd. Fakt, że pomimo tego, że „Only Tomorrow” oparty jest na kapitalnej gitarze to album generalnie lepiej się kończy aniżeli zaczyna. Mimo to jest to jakaś pewna całość, którą dla mnie osobiście ciężko jakoś dzielić i porównywać.

Nacisk na detale w piosenkach to był dobry krok. Generalnie podoba mi się to co zaprezentowało My Bloody Valentine po 22 latach przerwy, szkoda tylko ,ze kazali na siebie tak długo czekać. Nie jestem pewien czy ten spory okres czasu pomógł nagrać płytę lepszą czy gorszą. W moim przypadku jak i pewnie znacznej części słuchacza nie udzieliła się tęsknota za następna płytą MBV, gdyż gdy „Loveless” miało swoją premierę miałem zaledwie dwa lata i nie rozumiałem co to shoegaze. Ten album po prostu funkcjonował gdzieś w podświadomości jako jedno najwybitniejszych dzieł muzycznych w ogóle. A o następcy od czasu do czasu dużo się mówiło. Generalnie jednak cieszę się, że zespół zdecydował się po tak długiej przerwie nagrać ” M B V” bo to dobra płyta, która jest czymś w rodzaju mocno udanego sequela. Ocena: 8/10.

Off’owe propozycje część trzecia

off2013Kolejny Zestaw offowych artystów, którym warto się przyjrzeć. W dzisiejszej odsłonie szwedzki romantyk Jens Lekman, legendarna post rockowa grupa Godspeed You! Black Emperor oraz The Smashing Pumpkins.

Jens-Lekman-I-Know-What-Love-IsntJens Lekman – I Know What Love Isn’t (2012). Zeszłoroczna płyta Lekmana to jedna z tych pozycji, którą chciałem zrecenzować, ale niestety skończyło się tylko na chęciach (jak zwykle zresztą). No cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem bo Jensik ma zjawić się na tegorocznym Offie a to dobry pretekst by napisać słów kilka o jego najnowszym wydawnictwie. Trzeci longplay w karierze szwedzkiego wokalisty to kolejny dowód na to, że jego zmysł do tworzenia fajnych, romantycznych popowych piosenek stoi na bardzo wysokim poziomie. Mimo tego, że płyta była nagrywana w różnym czasie i różnych miejscach na przestrzeni trzech lat słuchając jej mamy silne odczucie, że powstała w jakimś małym, drewnianym domku gdzieś pośrodku fiordów w jeden weekend. Muzycznie krążek oparty jest na typowym indie-popowym graniu wzbogaconym o  różną mieszankę instrumentów – w tym momencie warty podkreślenia jest saksofon w „Become Someone Else’s„. Wokal Jensa Lekmana jak zwykle jest czarujący, na pewien sposób słodki i momentami zabawny pomimo tego, że tematem większości piosenek (jak nie wszystkich) jest załamane serduszko. Może to i dobrze, że artysta nie miał za dużo szczęścia w miłości bo w efekcie tego dostaliśmy trzy kapitalne płyty, które za każdym razem działają na mnie tak samo. To wspaniała muzyka na ciepłe popołudnie i fajnie, że będziemy mogli tych piosenek posłuchać w Dolinie Trzech Stawów bo już raz Jens Lekman miał być na Offie w 2008 roku, niestety jednak koncert odwołano. Ocena: 8/10.

gybe dont be ascendGodspeed You! Black Emperor – ‚Allelujah! Don’t Bend! Ascend! (2012). Post rock zawsze miał szczególne względu u Artura Rojka dlatego też obecność na tegorocznej edycji Offa GY!BE nikogo szczególnie nie dziwi. Po przesłuchaniu zeszłorocznej płyty zespołu aż nie mogę się doczekać ich występu live. Ten materiał jak i oczywiście poprzedni może zabrzmieć na żywo tylko lepiej. Pomimo tego, że ta muzyka potrzebuje dużej koncentracji i skupienia to swoim uniosłym brzmieniem wzbudza mocno pozytywne reakcje. „Allelujah! Don’t Bend! Ascend!” składa się z czterech piosenek, czterech monumentalnych kolosów, czterech filarów. Jest nieprzewidywanie, z przytupem, chwilami nastrojowo, chwilami głośno. Podczas słuchania tej płyty cały czas odczuwałem stany lękowe i poczucie, że coś zaraz się stanie w taki sam sposób jak podczas oglądania najlepszych filmów akcji. Ulubiony moment – końcówka „We Drift Like Worried Fire”, która przypomina najlepsze momenty z „Funeral” Arcade Fire. Chciałbym napisać coś więcej, ale Godspeed You! Black Emperor to jeden z tych zespołów o których się nie pisze, je się słucha. Ocena: 8/10.

smashing-pumpkins-oceaniaThe Smashing Pumpkins – Oceania (2012). Mogłoby się wydawać, że grupa The Smashing Pumpkins ma swoje najlepsze lata za sobą. Otóż nie drodzy państwo. Legenda lat 90. powróciła w niezwykle udany sposób za sprawą czarującego, rockowego albumu „Oceania”. O którym de facto także nie zdążyłem napisać w poprzednim roku (Shame on me). Pocieszające jest jednak to, że w 2012 roku Artur Rojek nie przegapił żadnej ciekawej muzycznej pozycji  i dzięki temu mógł wyselekcjonować dla nas, fanów samą esencję. Przejdźmy jednak do samej płyty. „Oceania” to mocny argument na to by powiedzieć, że rozbite dynie jeszcze się nie skończyły. A wydawało się, że to już koniec, gdy słuchało się ostatnich płyt grupy. Ostatni naprawdę porządny longplay pochodzi z 1995 roku i nazywa się „Mellon Collie and the Infinite Sandess”. Na szczęście Billy Corgan – wokalista i autor wszystkich 13 utworów powrócił do formy. Kompozycje są melodyjne, rockowe, momentami popowe, wciągające, intrygujące i stoją na konkretnym poziomie. Podczas odsłuchów „Oceani” ani razu się nie nudziłem, nie pojawiają się dłużyzny ani słabsze momenty. Oczywiście album nie wnosi nic nowego, ale w ciekawy sposób nawiązuje do najlepszych wydawnictw The Smashing Pumpkins. Przykładowo taka prog-rockowa ballada „Violet Rays” niby oparta na prostych środkach a chwyta. Gitarowy riff i sposób śpiewania Corgana w „Panopticon” także wzbudza pozytywne reakcje. Nie należy także zapominać o genialnym „Pinwheels”, przy którym aż łezka w oku się kręci. Nowa płyta The Smashing Pumpkins to idealna pozycja dla fanów muzyki lat 90. jak i entuzjastów każdego rodzaju dźwięków, zwłaszcza tych opartych na gitarze i bębnach. Ocena: 8/10.

Off’owe propozcyje część druga

off2013Kolejny zestaw z którym warto się zapoznać zanim się wybierzemy do Doliny Trzech Stawów.

molesta skandalMolesta – Skandal (1998). „Skandal” to klasyczna płyta bez wątpienia. Artur Rojek w całej swojej wspaniałości zaserwuje nam specjalny koncert warszawskiej grupy Molesta , który wykona w całości debiutancki longplay. To zdecydowanie dobra nowina dla mnie, gdyż ostatni czas spędzam na nieumiarkowanym spożywaniu rapsów polskich i zagranicznych. Ok, „Skandal” to płyta ciekawa z kilku powodów. Dla człowieka urodzonego w późnych latach 80 i wczesnych latach 90, czyli takiego, który spędzał tą wspaniałą dekadę jako radosny analfabeta będzie to ciekawa podróż do czasów mafii z Pruszkowa, prezydentury Lecha Wałęsy i Backstreet Boys. Na osiedlach chłopcy w luźnych spodniach powoli wypierali przepitych punków a ci bardziej utalentowani swoje frustracje przelewali na papier. Mimo, że płyta dosyć konkretnie odstaje produkcyjnie od dzisiejszych rapalbumów a sami jej autorzy czyli: Vienio, Pele, Włodi, Kacza i Wilku są dziś lepszymi raperami pod względem flow i ogólnych umiejętności to ma ona bardzo ważną zaletę, którą jest SZCZEROŚĆ. Czuć, że to prawdziwy hip-hop nieskażony tym całym syfem „young money, cash money” i innym nagminnym badziewiem ukazującym się na rodzimych krążkach. Można oczywiście wiele czasu spędzić na zagłębienie się w inne aspekty społeczno-polityczno-kulturalne, które były podłożem dla „Skandalu”. Tylko po pierwsze primo, niektórzy już próbowali i nie przekonali mnie a po drugie primo nasuwa się pytanie czy warto? Z pewnością jedyne co w tym momencie warto to posłuchać tej płyty i samemu wyrobić sobie zdanie. Aha i na koniec „Skandal” to istna kopalnia pomysłów, które były później wykorzystane na solowych albumach Włodiego, Vienia czy też Hemp Gru.

posłuchaj

deerhunter-monomaniaDeerhunter – Monomonia (2013). To, że Bradford Cox jest nietuzinkową postacią wiedzą wszyscy, którzy chociaż raz zetknęli się z twórczością tego artysty. Udowodnił to na „Halycon Digest” czy też „Microcastle„. Dał popis również na solowych „Logos” oraz „Parallax”. Twórczy, płodny w pomysły i co najważniejsze nieugięty. Pomimo ułomności fizycznej pokazuje to co ma najlepsze w sercu i głowie. Taki jest Bradford Cox i taka jest muzyka na kolejnej, najnowszej płycie „Monomania”. Skupienie się wokół jednej idei, w ten sposób można by przetłumaczyć tytuł nowego krążka. W zasadzie Deerhunter nie daje nam nic nowego, ale na pewien sposób ta płyta trafia do nas nieźle skonstruowanymi piosenkami. Dobrze się tego słucha. Wałkuje tą płytę już kilka dni, jak nie tygodni i jeszcze mi się nie znudziła. To plus. Kompozycje na „Monomania” brzmią momentami garażowo, ale to żadna nowość dla kogoś kto słuchał ostatnią płytę Atlas Sound. Takie piosenki jak „Dream Captain”, tytułowa „Monomania” , „Blue Agent” czy też „Sleepwalking” pokazują kapitalną umiejętność pisania piosenek melodyjnych i z tym CZYMŚ co ma w sobie tylko Deerhunter a w zasadzie Bradford Cox. Niezmiernie miło będzie usłyszeć tą płytę live, nie mogę się już doczekać.

posłuchaj

Woods-Bend-BeyondWoods – Bend Beyond (2012). Dobry Indie-Folk zawsze w cenie, zwłaszcza jeż wszelkie proporcje są dobrze wymierzone. W Przypadku muzyków z Brooklynu możemy śmiało powiedzieć, że wszelkie normy zostały zachowane. Woods istnieją od 2005 roku i do tej pory zgromadzili na swoim koncie 6 albumów. Niestety czas nie pozwolił mi sprawdzić całej twórczości, ale słuchając najnowszej płyty „Bend Beyond” mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wszelkie dobre oceny jakie otrzymał ten krążek są w pełni uzasadnione. Mimo, że za pierwszym razem wydawało mi się, że Woods to kolejne pitu-pitu z regionów Black Keys i innych amerykańskich nudziarzy to po kilku dokładniejszych przesłuchaniach zeszłorocznego albumu amerykanów zmieniłem zdanie. Zmiana ta oczywiście nie była aż tak wielka by się nad nimi rozczulać, jednak na tyle istotna by napomknąć o tym bandzie odnośnie zbliżającego się offa. Ok tyle tytułem wstępu. Co dokładnie serwuje nam Woods na „Bend Beyond”? 12 indie-folowych utworów toczących się w takim samym tempie jak życie w Alabamie. Wokalnie album ten nie wyróżnia się od miliona innych, jednak warto docenić gitarowe wstawki, które ratują płytę przed nudą, która momentami mocno wali w drzwi. Początek i sama końcówka „Bend Beyond” to fajny materiał na deszczowe, leniwe dni, jednak gdzieś w środku robi się nijak. A szkoda bo potencjał słychać, tylko jakby brak momentami pomysłu na coś innego. Bo niestety trzeba to przyznać, wtórność to problem wielu zespołów. Woods też go ma.

Posłuchaj