Podsumowanie dekady. Najlepsze płyty z lat 2011-2020 część 1

Okazuje się, że w swojej ponad 10 letniej działalności blogerskiej, nigdy nie stworzyłem listy podsumowującej dekadę. Głównym powodem jest z pewnością fakt, że blog powstał w 2007 roku i ciężko byłoby się cofnąć o 7 lat, gdy było się jeszcze dzieckiem by pisać o takich płytach jak „Kid A„, „Verspertine” czy też „The Glow Pt.2„. Nie mniej nadrabiam teraz tą zaległość podsumowując minioną dekadą. Lata 2011-2020 to okres, który dość dobrze ogarnąłem pod kątem muzycznym. Jednak nie mam zamiaru bawić się w ustawianie płyt na poszczególnych miejscach. Szczerze to absolutnie nie wiem co miałoby być moim numerem jeden i boję się, że różnica pomiędzy podium a miejscami takimi jak chociażby 13, 27 czy 32 byłaby znikoma a może i zerowa. Dlatego postanowiłem na wyróżnienie 60 tytułów, które uważam za najlepsze z mijającej dekady. Ta lista to esencja muzyki z tego okresu, którą powinno się znać.

A$AP Rocky – AT.LONG.LAST.A$AP (2015). Rakim Nakache Mayers, znany szerzej jako A$AP Rocky przeszedł w minionej dekadzie ciekawą drogę rozwoju. Debiutował kapitalnym mixtape’em „Live. Love. A$AP” w 2011 roku. Dwa lata później ukazał się pełen hitów debiut „LONG.LIVE.A$AP„. Jednak dla mnie najlepszym jego krążkiem jest wydany w 2015 roku „AT.LONG.LAST.A$AP„, który dopełnia trylogię. To najbardziej dojrzały i przemyślany album w jego karierze. Pod względem produkcyjnym oraz zwrotek Rakima przewyższa resztę. Poza tym do współpracy zostali zaproszeni ciekawi goście w postaci Roda Stewarta, Miguela, Marka Ronsona, Lil Wayne’a czy też Kanye Westa.

Arctic Monkeys – AM (2013). Co prawda arktyczne małpy już od dłuższego czasu przechodził metamorfozę. Już w 2009 roku za sprawą Josha Homme’a nabrali cięższego brzmienia na albumie „Humbug„. Pewnego rodzaju kontynuacją było „Suck It and See” wydane dwa lata później. Doskonałość przyszła dopiero na „AM„. Brytyjczycy tutaj ładnie połączyli gatunki od black metalu po bardziej taneczne rytmy soulu czy też R’n’B. Melodie Velvet Underground połączyły się z riffami Black Sabbath, a całość została dopieszczona różnymi detalami jak choćby chórki Josha Homme’a, który stwierdził, że to „mocno taneczny i seksowny album”. Longplay z 2013 roku stał się nowym otwarciem dla grupy, który porzucił łatkę indie rockowej gwiazdy z epoki New Rock Revolution na rzecz ulizanych fryzur, motocykli i skórzanych kurtek oraz grania uwodzicielskiego rocka.

Beyonce – Lemonade (2016). Miniona dekada była mocno owocnym czasem dla żony Jaya Z. Zarówno „4” jak i „Beyonce” to fajne krążki, ja jednak postawiłem na „Lemonade” wydane w 2016 roku. Artystka ponownie śpiewa o czarnym feminizmie oraz o problemach Afroamerykanek. Muzycznie sampluje folk oraz łącząc ze sobą bluesa z r’n’b. Na płycie świetnie się odnaleźli zarówno Jack White jak i Kendrick Lamar oraz James Blake. Można prywatnie nie lubić małżeństwa Curtisów, lecz trzeba przyznać, że Beyonce jest jak wino. Im starsza, tym lepsza.

David Bowie – Black Star (2016). Ta płyta to niezwykłe i idealne pożegnanie się z Światem Davida Bowiego. No cóż, artysta nietuzinkowy, naznaczony przez kosmos zafundował niespotykane doznania swoim fanom i nie tylko. Nie jest to z pewnością jego najlepsza płyta w dyskografii, lecz trzeba zaznaczyć, że jedna z najważniejszych. 2 dni po premierze „Black Star” David Bowie nie umarł, lecz powrócił do swojego Świata. Oczywiście miało to największy wpływ na popularność krążka, ale dla mnie i tak byłby numerem jeden tamtego czasu. Ostatni materiał Bowiego zgromadzony na tym wydawnictwie potrafi sam się obronić.

Car Seat Headrest – Twin Fantasy (2018). W sumie ciekawa sprawa z tym albumem. Pierwotnie ukazał się w 2011 roku, jednak zespół dzięki niemu nie zrobił kariery a sam krążek zaginął w czeluściach internetu. W 2016 roku za sprawą „Teens of Denial” o grupie z Leesburg w stanie Virginia zrobiło się głośno. W zasadzie stali się nowymi gwiazdami indie rocka i ulubieńcami Pitchforka. Dlatego też przypomnieli sobie o zapomnianym już krążku „Twin Fantasy” i postanowili go odświeżyć. Był to oczywiście strzał w dziesiątkę, gdyż materiał na „Twin Fantasy” okazał się na tyle dobry, że o zespole ponownie zrobiło się głośno. Wspaniały, energiczny i wciągający indie rock zachwyca niczym Modest Mouse czy Pavement za swoich najlepszych lat.

Cloud Nothings – Attack On Memory (2012). Pozornie to tylko 8 utworów, ale ile w tym energii. Grupa z Cleveland w Ohio na wysokości swojego trzeciego albumu osiągnęła doskonałość. „Attack On Memory” to najlepsza rzecz jaka się przytrafiła muzyce gitarowej w minionej dekadzie. Mocne, punkujące brzmienie zahaczające momentami o screamo-hardcore to nie muzyka o którą można by ich podejrzewać, gdy zobaczymy jak chłopaki prezentują się na co dzień. Pozory mylą, bo kolesie ostro dają czadu. Dalsze ich albumy były również udane, ale nigdy więcej nie osiągneli tego samego poziomu co na krązku z 2012 roku. Dlatego też jest tak unikalny. Aha, wspominałem, że nagrali wspólną płytę z Wavves? Każdy kto ma sztamę z Nathanem Williamsem, ma ją też z ekipą Paweuu Alternativ Blog.

Chance The Rapper – Coloring Book (2016). Chancelor Johnathan Bennett znany jako Chance The Rapper może uznać za minioną dekadę za udaną. Od momentu ukazania się jego pierwszego mixtape’u „10 Day” w 2012 roku u rapera słychać był nieustanny wzrost formy. Wydany rok później „Acid Rap” zwrócił wszystkie oczy środowiska na jego osobę, jednak to „Coloring Book” z 2016 wydaje mi się jego najbardziej kompletnym materiałem. Jak sugeruje nazwa jest tutaj kolorowo, zwłaszcza od zestawu gości, którzy się udzielają: Kanye West, Lil Wayne, 2 Chainz, Young Thug, Future czy też Justin Bieber. Jednak na to, że widzimy różne barwy słuchając tego krążka miał  największy wpływ dźwięk podkładów. A te są świetne. Umiejętne samplowanie plus rozbudowana produkcja tworzą wysokiej jakości produkt, który został doceniony przez krytyków i fanów.

Chromatics – Kill For Love (2012). Zespół z Portland w minionym wieku to ulubiona pożywka dla twórców filmowych i serialowych. Piosenki Chromatics usłyszeliśmy m.in. w „Drive„, „Taken 2„, „Bates Motel„, „Mr. Robot„, „Gossip Girl” czy też „13 Reasons Why„. David Lynch poszedł nawet o krok dalej i w nowym sezonie Twin Peaks, Ruth Redelet z ekipą występowała na żywo na scenie The Bang Bang Bar. Słuchając „Kill For Love” nie mam żadnych wątpliwości dlaczego tak się dzieje. Hipnotyczna, momentami psychodeliczna a zarazem melodyjna muzyka zespołu idealnie pasuje do klimatycznych ujęć filmowych. Album z 2012 roku to idealny soundtrack zarówno do samotnych, nocnych przejażdżek samochodem jak i spotkań przy piwie. Zespół zgrabnie tutaj miesza elektroniczny synth-pop z elementami dream popu i indie rocka. Nikt w minionej dekadzie nie grał tak klimatycznie muzykę electro od przedstawicieli wytwórni Italians Do It Better.

D’Angelo and The Vanguard – Black Messiah (2014). Michael Eugene Archer nie rozpieszcza swoich fanów. Jego muzyczne wydawnictwa ukazują się raz na dekadę, jednak jak już się ukażą to są to SZTOS ALBUMY. „Black Messiah” w mojej ocenie był najlepszym longplayem 2014 roku. Pulsujące rytmy R’n’B łączą się z niesamowitym wokalem D’Angelo. Już pierwsze dźwięki „Ain’t That Easy” sugerują, że mamy do czynienia z czymś wielkim. I tak jest w rzeczywistości bo „Black Messiah” to płyta wybitna i ważna dla gatunku. Mam nadzieję, że na kolejny krążek artysta nie będzie kazał czekać 14 lat! Jednak jeśli miałby być takim samym złotem, to mogę czekać kolejną dekadę.

Deafheaven – Ordinary Corrupt Human Love (2018). Nikt tak nie grał w minionej dekadzie blackgaze jak właśnie grupa z San Francisco. Co prawda na pomysł połączenia black metalu i shoegaze był Neige, jednak to amerykanie udoskonalili gatunek do perfekcji. Równie dobrze w tym miejscu mógł się znaleźć krążek „Sunbather” czy też „New Bermuda„, ja jednak postawiłem na OCHL z prostego powodu – żadnej innej płyty grupy nie wałkowałem tak często jak właśnie tej z 2018 roku. George Clark i epika na omawianym longplayu raz rozpierdzielają głośniki za sprawą takich utworów jak „Honeycomb” czy też „Canary Yellow„, a raz wprowadzają w błogi stan przy pomocy „Worthless Animal” czy też „Near„. Dla mnie to idealna mieszanka emocji, dzięki której otrzymujemy blisko godzinny seans gitarowej poezji.

Destroyer – Kaputt (2011). Na wysokości dziewiątego krążka Dan Bejar i ekipa osiągnęli swoje opus magnum. Krążek „Kaputt” dziesięć lat temu był jednym z najmocniej hajpowanych dzieł w świecie muzycznego niezalu i indie rocka. Hajp właściwy, gdyż jak widzimy po upływie dekady płyta jest dalej ceniona. Co prawda kanadyjska grupa za sprawą „Have We Met” z 2020 roku ponownie potwierdziła, że w rejonie robienia indie-popowych produkcji, jednak to „Kaputt” było kamieniem milowym w ich twórczości.

Drake – Take Care (2011). To była zdecydowanie dekada Aubreya Grahama. 5 długograjów, 2 kompilacje, 2 EP-ki i 4 mixtape’y – robi wrażenie, prawda? Niestety ilość nie zawsze idzie z jakością. Na szczęście teza ta nie tyczy się drugiego albumu rapera, który uważam za jego opus magnum. Raper z Kanady daje tutaj popis przede wszystkim dzięki swoim raperskim smętom, które stały się jego znakiem rozpoznawczym. Wystarczy się wsłuchać w te emocje w „Marvins Room” czy też „Shot For Me„. To także zdecydowanie najlepsza płyta Grahama pod względem podkładów muzycznych. Świetne, wciągające i klimatyczne beaty robię robotę.

Drake – Nothing Was The Same (2013). To prawdopodobnie najbardziej singlowa i hiciarska płyta rapera z Toronto. Wystarczy rzucić okiem jakie klasyki tutaj się znalazły: „Started From the Bottom„, „Hold On, We Are Going Home” czy też „Worst Behavior„. Album Drizzego robi wrażenie. W 2013 roku był to mój numer 1 jeżeli chodzi o wydane krążki. Teraz bym płytę umieścił nieco niżej, ale wciąż na tyle wysoko by o niej wspomnieć w moim podsumowaniu dekady. Ta muzyka po prostu na to zasługuje.

Drake – If You’re Reading This, It’s Too Late (2015). Każde nowe wydawnictwo od Drake’a to wydarzenie, wiadomo. Jednak jak popatrzę na sprawę szerzej, to ostatni raz tyle sprzecznych emocji oraz uzasadnionych zachwytów wywołał w 2015 roku za sprawą tego mixtape’u. Świetne beaty, jeszcze świetne wersy Grahama. To wszystko na tym 17-trackowym wydawnictwie. W pewnym sensie była to nowa, świeża odsłona rapera, która w tej skali już nigdy się nie powtórzyła.

Frank Ocean – channel ORANGE (2012). Wielu uważa, że to „Blonde” jest albumem ważniejszym i lepszym. Niestety nie mogę się z tym zgodzić z prostego powodu. Bo o ile „Blonde” podobało mi się, to jednak na przestrzeni czasu częściej wracał do „pomarańczowego kanału”. Frank Ocean na tym krążku na nowo zdefiniował muzykę r’n’b i nagrał longplay wyśmienity, ważny i wpływowy. Każda sekunda tego wydawnictwa to miód na moje uszy. Ocean wzrusza, bawi, cieszy serducho i ucho zarazem. Co więcej, gdy go słucham to przypominają mi się pamiętne kawalerskie wakacje 2012 w ŁEBIE, także wiecie – album z podwójnym dnem.

Grizzly Bear – Painted Ruins (2017). Nowojorski zespół indie-rockowy to gwarancja jakości. Moje uwielbienie dla bandu ciągnie się od „Veckatimest„. Wtedy zachwycili mnie po raz pierwszy i robią to za każdym razem, gdy wydają nową płytę. Album z 2017 roku to idealna mieszanka ładnych melodii i ambitnych kompozycji. Ulubiony track z „Painted Ruins„? Zdecydowanie „Three Rings” – tyle fajnych rzeczy tutaj się dzieje. Jednak gdy wsłuchamy się w całość również wyłapiemy wiele różnorodności.

Grimes – Visions (2012). Żona Elona Muska – najbogatszego człowieka Świata miała udaną dekadę. I nie chodzi mi głównie o związek z amerykańskim dżilionerem, próby podbijania kosmosu oraz zakładanie rodziny. Kanadyjka wydała w mijającym dziesięcioleciu sporo dobrej muzyki. Mimo, że więcej czasu spędzałem z „Miss Anthropocene” a wiele kręgów ubóstwia jej „Art Angels” czy też „Halfaxa” to postawiłem na „Visions” od których moja przygoda z tą artystką zaczęła się na dobre. Krążek z 2012 roku cechuje się wyśmienitym doborem singli („Oblivion” czy też „Genesis„), różnorodnością materiału oraz licznymi eksperymentami (standard dla artystki) a także retromanią. Wiecie, że Grimes na tym albumie przeciera szlaki powrotu mody na lata 90? Poza tym lubię sobie wrócić do tego krążka, tak po prostu.

Grooms – Comb The Feelings Through Your Hair (2015). Nowojorski band 6 lat temu udowodnił, że indie rock ma wciąż wiele do zaoferowania. Gatunek ten jest mi bliski, gdyż to od niego wszystko się zaczęło na tym blogu. Dlatego wciąż śledzę muzyczne wydawnictwa, które starają się coś dodać od siebie do tej układanki alternatywnego gitarowego grania. Takie jest właśnie „Comb The Feelings Through Your Hair” od Grooms. Muzyka na płycie jest świeża, ciekawa i wciągająca. Fakt, prochu nie odkrywają, ale też nie jest to odgrzewany po raz któryś kotlet. Brookliński kwintet ładnie tutaj łączy dream-popowe zapędy z rozciągniętym, nieco shoegaze’owym brzmieniem gitar. Jednak z lepszych indie rockowych płyt minionej dekady, to wiem na pewno. Szkoda tylko, że ucichli.

The Horrors – Luminous (2014). Brytyjski band na przestrzeni minionej dekady mocno się rozwinął i pokazał swoją prawdziwą muzyczną wartość. Chłopaki w przyciasnych spodniach wydawali się kolejnym indie rockowym tworzywem, które po nagraniu góra trzech albumów, zawinie się do robienia czegoś innego. Okazało się, że solidnie odrobili lekcje przerabiając tony starej muzyki by nagrać bardzo dobre „Skying„. Jednak to co mieli najlepsze do przekazania ukazało się trzy lata później. „Luminous” to album kompletny, pełen wielu świetnych rozwiązań oraz nawiązujący do różnorakiej klasyki. Chłopaki ładnie poskładali te klocki tworząc album czerpiący pełnymi garściami za równo z popu jak i rocka. Taka też jest ta płyta. Z jednej strony melodyjna, taneczna opata na syntezatorach. Z drugiej natomiast nieco psychodeliczna, gitarowa, transowa.

Iceage – Beyondless (2018). Punkowi nihiliści z Danii zaczynali od mocnego, gitarowego punk rocka na „New Brigade”. Jednak każda ich następna płyta była już znacznie łagodniejsza, dostępniejsza i czerpiąc z różnych wzorów, nie tylko ostrego gitarowego grania. W ten o to sposób dochodzimy do „Beyondless” – najbardziej kompletnej i najlepszej płyty grupy. Czuć tutaj dojrzałość zespołu, który postawił na gatunkową mieszankę nie rezygnując jednak w pełni z punk rockowego podejścia. Generalnie wszystkie ich płyty mi się podobają, z tymże każda w inny sposób. Dlatego warto zapoznać się z ich całą dyskografią.

Idles Joy as an Act of Resistance (2018). Najprawdziwszy punk rock zmartwychwstał! John Talabot ze spółką nagrał jeden z najlepszych albumów gitarowych w 2018 roku. Brytyjczycy z Bristolu idealnie połączyli stary dobry protest song z nutą ironii i angielskiego humoru. Jeżeli chodzi o teksty to podejrzewam, że Idles nie mieli sobie równych w zeszłym roku tamtym czasie. Co więcej jest w tym tyle szczerości, charyzmy i świeżości, że nie pamiętam kiedy ostatni raz zachwycałem się tego typu muzyką. Idles dali mi dużo radości tym albumem i chyba o to w tym wszystkim najbardziej chodziło.

Iza Lach – Krzyk (2011). Do tej pory głowie się, co do cholery stało się z Izą Lach?!? Po wydaniu fenomenalnego albumu „Krzyk„, głośnej współpracy ze samym Snoop Doggiem (Zastanówcie się teraz, który polski artysta współpracował z tego typu gwiazdą) oraz zebraniu wielu nagród dziewczyna po prostu przepadła. Nagrała jeszcze potem innowacyjny album „Painkiller” i …. Słuch o niej zaginął. Nie wydała już nic więcej, a szkoda. Potencjał był ogromny, słychać to zwłaszcza na krążku „Krzyk„. Delikatny głos Izy łączy się tutaj z niezwykłymi kompozycjami popowymi opartymi o brzmienie syntezatorów. Urocze i sentymentalne teksty o niespełnionej miłości są jednymi z lepszych jakie ukazały się na polskim popowym rynku muzycznym w minionej dekadzie. Jednym słowem płyta świetna. Szkoda, że nie doczekaliśmy się kontynuacji…

James Blake – Overgrown (2013). Angielski producent i wokalista tworzył w minionej dekadzie najbardziej innowacyjną muzykę. Już jego debiut z 2011 roku „James Blake” robił furorę w niezalowym świecie. Jednak gdy dwa lata później zaczął podbijać także świat hip-hopu i r’n’b to wiedziałem, że coś się święci. I rzeczywiście tak było. Blake zrewolucjonizował podejście do czarnej muzy a jego śladem poszło wielu artystów. „Overgrown” okazało się kamieniem milowym dla gatunku, a mieszanie rapu z ambitniejszymi dźwiękami nabrało szerszego wydźwięku. Generalnie, miniona dekada była dobra dla hip-hopu, i to głównie dzięki takim płytom jak ta od Jamesa Blake’a.

Jessie Ware – What’s Your Pleasure? (2020). Brytyjska wokalistka już wcześniej wkupiła się w moje łaski dzięki albumowi „Devotion” z 2012 roku. I gdy wydało mi się, że artystka nie nagra już nic więcej wartego na uwagę to odpaliła petardę. „What’s Your Pleasure?” to pop idealny. Taneczny, melodyjny a zarazem ładnie łączący kropki muzycznych nawiązań. Niezwykle istotnie jest uderzenie w rytmy DISCO lat 70, co staje się coraz bardziej popularnym zabiegiem. Ware udowadnia, że można nagrywać ambitnie nie porzucając jednocześnie tej całej kiczowatej otoczki spod znaku Abby i podobnych klimatów.

Kamasi Washington: The Epic (2015). Amerykańskiego saksofonistę można śmiało określić odkryciem dekady. Nim ukazało się omawiane „The Epic” Kamasi Washington wydał swoim własnym nakładem dwa krążki: „The Proclemation” z 2007 i wydane rok później „Light of The World”. Wspomniane płyty nie przyniosły sławy artyście, dlatego też przyjęło się mówić, że „The Epic” jest debiutem artysty. Z całą pewnością jest to najlepsza rzecz jaka wydarzyła się w muzyce jazzowej ostatnich dziesięciu lat. Jest dziko, energicznie, nie przewidywalnie i z pasją. Kamasi Washington wypluwa płuca grając na saksofonie, a to wszystko przy akompaniamencie żwawej perkusji i przyjemnych dźwięków gitary. Wydawnictwo składa się aż z 3 krążków i jest to potężna dawka muzyki, którą można chłonąć bez końca.

King Krule – The Ooz (2017). Kolejna płyta w zestawieniu i kolejny potężny debiut. Archy Marshall, który ukrył się pod pseudonimem King Krule nagrał jedną z najbardziej klimatycznych płyt dekady. „The Ooz” to wędrówka po zamglonych zakamarkach Londynu w porze mocno już nieprzyzwoitej. Longplay z 2017 roku to także nie oczywista mieszanka gatunkowa, gdzie post-punk miesza się z trip-hopem, indie rockiem i punkowym jazzem. Pisząc recenzję tej płyty w czasie premiery, zakładałem, że odciśnie ono swoje piętno w historii muzyki. Tak też było, dlatego czapki z głów przed rudowłosym królem!

Kanye West – Yeezus (2013). Przyznam szczerze, że nie po drodze było mi z Kanye w minionej dekadzie. O ile jest wielkim fanem jego płyt z jeszcze wcześniejszego czasu: „Late Registration”, „808s & Heartbreak” czy też „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” to późniejsze wydawnictwa nie urywały dupy. Jednocześnie stwierdziłem, że nie może zabraknąć tak charakterystycznej postaci w moim podsumowaniu. Generalnie wszystkie jego płyty z minionej dekady oceniałem dość podobnie, dlatego postanowiłem wyróżnić tylko jedno dzieło i padło na „Yeezusa” z 2013 roku. Wydaje mi się, że to jego najbardziej innowacyjny i najoryginalniejszy krążek z tego czasu. West rapuje tutaj do surowych, okrojonych w brzmieniu i jednocześnie agresywnych beatów opartych na elektronice. Patrząc na rozmach MBDTF to decyzja by iść w tą stronę nieco zaskakuje. Jednakże gdy zdamy sobie sprawę z tego jaką postacią jest Kanye West to dochodzi do nas to, że w zasadzie to posunięcie było zupełnie naturalne.

Kendrick Lamar – good kid, m.A.A.D city (2012). Od tej płyty wszystko się zaczęło. Kendrick Lamar wkroczył dzięki niej do elity hip-hopowego świata, gdzie zajmuje miejsce do tej pory. Genialne linijki opowiadające o życiu w Compton – legendarnej dzielnicy Los Angeles łączą się tutaj z świeżym podejście do beatów. Co prawda ciemną stronę miasta aniołów znamy już z innych płyt jak chociażby „Straight Outta Compton„, jednak czy te historię mogą się znudzić? Nie przesadzę jeśli powiem, że to hip-hopowa czołówka nie tylko zachodniego wybrzeża, ale sięgająca o wiele dalej.

Kendrick Lamar – To Pimp a Butterfly (2015). Udany sequel to rzecz arcy ciężka. Nie wielu ta rzecz się udała. Do nielicznego grona na pewno można wpisać rapera z Compton. Lamar kontynuuje historię rozpoczęte na „good kid, m.A.A.D city” dodając im szerszej perspektywy i rozciągając omawiane problemy szerzej. Muzycznie także rozwinął brzmienie płyty. Sporo tutaj jazzowych klimatów, ale znajdzie się także soul, gospel czy też funk. Pod tym względem Lamar osiągnął perfekcje. Czasami złota zasada sequelu: „Wszystkiego więcej” popłaca, w tym przypadku Kendrick Lamar dał przykład jak robić to idealnie.

Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Karmelki i Gruz (2011). Ostatnia jak do tej pory płyta zespołu z Świebodzina to rzecz wielka. Owszem, nie jest to krążek wybitny, który zmienia polską muzykę alternatywną na zawsze. Lecz, nie było w minionym innej polskiej płyty, której słuchałbym częściej. Nazwa albumu idealnie go opisuje. Z jednej strony mamy szorstkie, ciężkie brzmienie gitarowe i dość mroczny klimat z drugiej znajdziemy tutaj wiele smacznych cukierków. Zagański i spółka potrafili tutaj zaciekawić i zaintrygować. Szkoda tylko, że tak szybko dopadło ich ŻYCIE i nie nagrali już nic nowego od tamtego czasu. Ja wciąż czekam, jakby co.

 

Muzyczne podsumowanie roku: Płyty

albumyiPoniższe zestawienie 15 najlepszych płyt 2013 roku nie było dla mnie najprostsze do ułożenia. Pominąłem sporo bardzo dobrych płyt, które chciałem wyróżnić. Wynika to głównie z faktu, że w poprzednich 12 miesiącach pojawiło się wiele dobrych, równych albumów. O ile w poprzednim roku byłem pewien miejsca numer jeden o tyle w tym roku nie miałem już takiej pewności. Mimo to uklepałem top 15 a pozostałe miejsca wklejam w komentarzu. Czekam też na Wasze zestawienia.

Push-The-Sky-Away15. Nick Cave and The Bad Seeds – Push The Sky Away. Nick Cave z grupą The Bad Seeds zaliczył udany powrót. O jego „Push The Sky Away” nie napisano nigdzie złego zdania a album wylądował w większości podsumowań całorocznych. Nie inaczej jest u mnie. Australijczyk nagrał płytę epicką, poetycką i klimatyczną w której rzadko śpiewa a częściej melorecytuje. „Push The Sky Away” to porcja dobrej muzyki zarówno dla starych fanów twórczości Cave’a jak i słuchaczy mniej wyrobionych. Przy surowych, melancholijnych melodiach tej płyty pierwsze skrzypce grają wspaniałe, literackie teksty Austrlijczyka. To kolejna świetna pozycja w jego dyskografii.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

Wavves-Afraid-of-Heights14. Wavves – Afraid of Heights. Nathan Williams po raz kolejny potwierdza, że potrafi pisać fajne gitarowe piosenki. Na „Afraids of Heights” mamy sporo dobrych gitarowych riffów i energetycznego lo-fi. Jednakże nie są już to tak słoneczne utwory jak na „King of The Beach” a bardziej depresyjne nuty z tekstami w stylu „I’m ugly, You Boring” lub „I’ll Be Alaway Be On My Own„. Myślę, że to po prostu kolejny krok kalifornijczyka w jego artystycznym życiu. Nie jestem jednak pewien czy do przodu, czy do tyłu? Generalnie płyta na tyle przypadła mi do gustu, że słuchałem jej większą część wiosny.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

jon hopkins_immunity13. Jon Hopkins – Immunity. Młody Anglik to specjalista od muzyki elektronicznej. Jego „Immunity” to majstersztyk pod względem detali. Od strony technicznej płytę można chwalić w nieskończoność. Zawartość również zachwyca, jednak nie na tyle by płyta mogła się znaleźć w pierwszej dziesiątce. Jest specyficzny klimat, momenty wprowadzające w trans oraz ciekawe brzmienie. Krążek ten szczególnie dopasował mi do podróży samochodowych o czym pisałem już w recenzji. Generalnie mało słucham elektroniki i nie mam porównania, ale najnowszy longplay od Jona Hopkinsa doceniam i szczerze polecam.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

JANELLE-MONAE-ELECTRIC-LADY12. Janelle Monae – The Electric Lady. Chyba najlepsza płyta mainstreamowego r’n’b zeszłego roku. Kapitalne single: „The Electric Lady„, „Primetime„, „Q.U.E.E.N.„. Idealnie dopasowane występy gościnne, które łączą rutynę (Prince! Erykah Badu) z świeżością (Miguel, Solange). Monae stworzyła fajny koncept-album opowiadający o kobietach. Są tutaj takie postaci jak: Dorothy Dandridge i astronautka Sally Ride. Poza tym pojawia się alter ego artystki – android Cindi Mayweather, z którym mieliśmy już do czynienia na płycie „The ArchAndroid„. Pomimo tego, że płyta jest lekko nierówna (mocny początek, słaby koniec) to mocno mi umilał ten materiał jesienne wieczory.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

arctic-monkeys-am11. Arctic Monkeys – AM. Zespół z Shieffield dzięki nie małej pomocy Josha Homme’a znalazł na siebie właściwy sposób. Brytyjczycy porzucili image rozczochranych, pryszczatych chłopców z okładki NME i w końcu dojrzeli. Dojrzeli do tego by nagrać album na którym jest i pustynia i deszcz, Black Sabbath i The Beatles, melodia i chaos. Album, który zachwyca i porywa. Warto nadmienić, że duża w tym zasługa lidera Arctic Monkeys – Alexa Turnera. Jego teksty nigdy nie był tak dobre jak na „AM„, rozwinął się również wokalnie. Nie jest już skrzeczącym dzieciakiem z gitarą, jest gwiazdą rocka, która hipnotyzuje słuchacza. Mainstremowy rock dzięki takim krążkom ma się bardzo dobrze. Mam nadzieje, że nie był to jednorazowy wyskok i zespół jeszcze raz nas mile zaskoczy.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

longliveasap10. A$AP Rocky – Long.Live.A$AP. Najbardziej imprezowa płyta roku. Rakim Mayers opóźniał premierę, gdyż dopracowywał materiał do najmniejszego, najdrobniejszego szczegółu. Po debiutanckim „Live.Love.A$AP” oczekiwania był duże, raper z Harlemu zdecydowanie dał radę. A$AP Rocky na „Long.Live.A$AP” zachwyca przede wszystkim kapitalnymi, nowoczesnymi podkładami oraz bogatą listą gości ( m. in.Kendrick Lamar, Drake, Skrillex!?!). Całość jest oczywiście przesiąknięta swagiem a ilość użytych sampli wywołuje ból głowy. Generalnie wszystko zostało tutaj odpicowane na bogato a sam A$AP Rocky w umiejętny sposób potrafi sprzedać się by załapać się do mojego TOP 10 płyt a.d. 2013 roku.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

incnoworld-608x6089. inc. – No World. Z inc. flirtowałem już w 2012 roku. „The Place” propsowałem przy okazji sylwestrowej playlisty. Polecałbym inne single na minionego sylwestra, ale nie udało się skleić playlisty. Wracając jednak do inc. Debiutancki longplay braci Andrew i Daniela Aged trochę niesłusznie pozostał w cieniu „Overgrown” Jamesa Blake’a i „Shrines” Purity Ring. „No World” to zdecydowanie najlepsza rzecz z pogranicza r’n’b i alternatywy, która ukazała się w zeszłym roku. Odnajdziemy tutaj sporo odniesień do muzyki lat 90. Pomimo tego, że inc. w kapitalny sposób jest jednocześnie retro i innowacyjne to „No World” niestety nie wydaje się być albumem przełomowym. Jednak bracia Aged wciąż się rozwijają, dlatego przeczuwa mi się, że to dopiero początek i jeszcze o nich usłyszymy nie raz.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

James-Blake-Overgrown-608x6078. James Blake – Overgrown. James Blake był już chwalony przy okazji debiutu „James Blake” z 2011 roku. Przyznaje, że nie spodziewałem się po nim TAKIEJ płyty. Młody Anglik w doskonałych proporcjach połączył muzykę modną z muzyką ambitną. Dlatego „Overgrown” powinno przypaść do gustu każdemu. Znajdziemy tutaj elementy popowe, hip-hopowe, gospelowe oraz muzyki r’n’b. Nie wiem czy to sprawka tego, że zakochał się czy tego, że ma głowę na karku i talent? Jednak na pewno wiele mu dały lekcje od amerykańskich mentorów Drake’a i Kanye Westa. Nagroda Mercury Prize jak najbardziej zasłużona.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

danny-brown-old7. Danny Brown – Old.Old” był krążkiem wyczekiwanym przez wielu fanów hip-hopu. Dla oryginalnego rapera z Detroit jest to już trzeci album w karierze, jednak dopiero pierwszy tak głośno komentowany. Danny Brown zasłynął głównie dzięki współpracy z A$AP Rocky’m a także kapitalnemu „Grown Up„. Jego tegoroczny longplay to album koncept, który można podzielić na dwie części. Pierwsza oparta na klasycznych beatach (choć nie do końca) to powrót do młodości. Druga część to utwory bardziej nowoczesne i „swagowe” opowiadające o starym już Brownie. Chociaż niektórzy mówią, że Danny Brown nie porywa na „Old” to uważam, że ta płyta na stałe wpisze się w historię hip-hopu.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

Kanye-Yeezus6. Kanye West – Yeezus. Z „Yeezusem” mam problem. Gdy recenzowałem ten album dałem mu zaledwie 7, czyli ocenę wykluczającą ją z wpisanie w TOP 15. Jednak Kanye Westa należy wyróżnić. Po pierwsze za jego cholerną ambicję, a po drugie za innowacyjność jaką wprowadza w hip-hop? No właśnie, czy to jeszcze hip-hop czy już noise? Poza tym czy on nadal potrafi rozróżnić co na tej płycie było zagrane na poważnie, a co dla żartu? Pytań jest wiele a sam West nie mówi nic na ten temat tylko zgrywa buca i strasznie irytuje. Mam również wątpliwości czy też za parę lat nie odkryjemy, że daliśmy się nabrać a „Yeezus” okaże się nie tak ważnym dziełem jak je opisywano.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

qotsa-likeclockwork5. Queens of The Stone Age – …Like Clockwork. Chyba najlepsza gitarowa płyta poprzedniego roku. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się po QOTSA niczego specjalnego a tu takie zaskoczenie. Momentami myślałem już nawet, że nie ma zespołów, które potrafią poza debiutem nagrać jeszcze jedną wybitną płytę. Tak się składa, że Josh Homme z swoim zespołem debiutu nie miał udanego jednak od czasów „Songs for The Deaf” nie zachwycał. Na najnowszej płycie zespół prezentuje swoją melodyjną stroną, aczkolwiek nie brakuje tego charakterystycznego pazura. Josh Homme zadziwia, nie dość, że robi płytę Arctic Monkeys to sam ze swoim bandem nagrywa perełkę.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

Run-The-Jewels-Cover4. El-P & Killer Mike – Run The Jewels. W większości recenzji raperski duet EL-P i Killer Mike’a porównywany był do kolaboracji Kanye Westa i Jay-Z. Prawda jest jednak taka, że to Watch The Throne mogłoby czyścić buty Run The Jewels. El Producto stworzył kapitalne podkłady używając sporo elektronicznych dźwięków z lat 80. Killer Mike natomiast jest jeszcze lepszy w swojej nawijce niż na zeszłorocznym „RAP Music„. Ponadto obaj panowie świetnie się dopełniają przywołując na myśl rzucanie słów w stylu RUN/DMC czy też Beastie Boys. Zdecydowanie najlepsza hip-hopowa płyta zeszłego roku, którą kończy fenomenalne „A Fucking Christmas Miracle„.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

mbv3. My Bloody Valentine – m b v. Na tą płytę czekali wszyscy. „Loveless” to krążek legenda, jedno z najlepszych dokonań w muzyce w ogóle. A czy „m b v” jest kontynuacją na miarę poprzedniczki? Zdecydowanie tak. Kevin Shields z ekipą po ponad 20 latach przerwy zachwycił ponownie. Kompozycje zawarte na „m b v” są idealnym rozwinięciem tego z czym mieliśmy do czynienia na krążku z 1991 roku. Płyta jest perfekcyjna pod każdym względem i brzmi tak jakby te 22 lat przerwy był zaledwie 22 miesiącami. Pisanie o tej płycie jako o piosenkach mija się z celem. O tym albumie zawsze będzie się pisało jako o wydarzeniu, części życia społecznego, jego aspektach dla całej muzyki. Kiedyś ktoś powiedział, że obecnie nie czeka się na wielkie albumy. „m b v” pokazuje, że to twierdzenie było błędne.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

These-New-Puritans-Field-of-Reeds12. These New Puritans – Field of Reeds. Pamiętam, że za pierwszym razem ta płyta mnie okropnie znudziła. To zadziwiające jaką drogę przeszła by znaleźć się właśnie tutaj. W tych nutach zakochałem się dopiero gdy usłyszałem je na żywo (stream z Openera). Towarzyszyła mi przez całe późne lato i pierwsze jesienne dni. To strasznie smutna, aczkolwiek piękna i klimatyczna muzyka. These New Puritans od początku dawali znaki, że nie są kolejnym brytyjskim indie zespolikiem a dowodem na to jest właśnie „Field of Reeds„. Ich opus-magnum do którego doszli starannie dopracowaną drogą i które będzie cholernie trudno powtórzyć. Szkoda, że Thome Yorke z Radiohead nie poszli tą drogą.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

Nothing_Was_the_Same_cover_11. Drake – Nothing Was The Same. Drake zasłużył na jedynkę zdecydowanie. Być może „Nothing Was The Same” nie jest tak kapitalnym albumem jak zeszłoroczne „good kid, M.A.D. city” Kednricka Lamara i być może nie jest tak innowacyjne jak „Yeezus” Kanye Westa, ALE jest to materiał świetny, równy oraz zróżnicowany. Dla Kanadyjskiego rapera był to wyjątkowo pracowity rok. Oprócz tego wyśmienitego albumu wypuścił on również szereg świetnych singli, które wydawało się, że zasilał tracklistę tegorocznego LP. W tym przypadku ilość w żaden sposób nie wpływa negatywnie na jakość. Najchętniej przeze mnie wałkowana płyta w domu i samochodzie. Poza tym Drake’a nawet śpiewa Wojciech Szczęsny w Aucie.

Posłuchaj / Przeczytaj recenzje

James Blake – Overgrown

James-Blake-Overgrown-608x607Zakochany James Blake wydaje drugi album, który jest zdecydowanie lepszy od pierwszego.

Rzadko się zdarza by ktoś nagrał lepszy drugi album od pierwszego. Jemu się udało. James Blake 25-letni Anglik debiutował w 2011 roku płytą zatytułowaną po prostu „James Blake”. Zachwycił słuchaczy i muzyczne media ciekawym i na swój sposób innowacyjnym podejściem do dubstepu. Mnie osobiście ten longplay nie porwał, inaczej jest z „Overgrown”. Ten krążek jest kapitalny!

Zacznijmy od tego, że na „Overgrown” James Blake w fajny sposób bawi się konwencjami. Mamy tutaj trochę hip-hopu, trochę dubstepu, trochę elektroniki no i oczywiście r’n’b. A wszystko pod płaszczykiem szeroko pojętej alternatywy. Wspomniane rapsy pojawiają się w kapitalnym duecie Blake – RZA podczas „Take a Fall For Me”. Członek Wu-Tang Clan idealnie się odnalazł w blake’owej konwencji. Dubstep ujawnia się podczas „Digital Lion”, elektroniczne zapędy słychać najwyraźniej w „Voyeur” a z pięknymi podkładami nawiązującymi do nowoczesnego r’n’b mamy do czynienia podczas odsłuchiwania „Life Round Here” oraz singlowego „Retrogate”. Melancholijny głos młodego muzyka dodaje tylko wrażeń do całości, która jest hipnotyczna, nieco ponura, intymna, ale z pozytywnym miłosnym przekazem. W końcu Blake ma mrówki w brzuchu. Myślę, że słuchając tej płyty każdy je ma, ja na pewno.

Istotny się wydaje wpływ ludzi, którymi otoczył się Blake podczas produkcji płyty. Brian Eno, który dołożył swoją cegiełkę przy „Digital Lion” odcisnął nie małe piętno na „Overgrown”. Swoje udziały mieli również Kanye West i Justin Vernon z którymi James Blake spędził sporo czasu podczas nagrywania materiału. No i oczywiście RZA, który jest dobrym raperem ale jeszcze lepszym producentem. Dodając do tego grona głowę pełną pomysłów Blake’a i serce trafione strzałą kupidyna mamy receptę na płytę roku, a przynajmniej ścisłą czołówkę. Ocena: 9/10.