Muzyczne podsumowanie roku 2012: Teledyski

teledyskiKońca świata w poprzednim roku nie było, ale pojawiło się kilka ciekawych teledysków. Tradycyjnie zapraszam do obejrzenia najlepszych klipów z poprzednich 12 miesięcy. Kolejność alfabetyczna.

Brodka – Varsovie

Danny Brown – Grown Up

Drake – HYFR

Crystal Castles – Plague

Jack White – Sixteen Satlines

Kendrick Lamar – Swimming Pools (Drank)

Lana Del Rey – National Anthem

M.I.A. – Bad Girls

Passion Pit – Take a Walk

Wallpaper – Fucking Best Song Everrr

Świąteczna lista przebojów vol. 3

andy-griffith-christmas-by-wikipediadotorgŚwiąteczna playlista staje się już małą tradycją tego bloga. Święta tuż, tuż dlatego zapraszam do zapoznania się z kolejną, trzecią dawką świątecznych piosenek.

Low – Just Like Christmas. Na Paweuu Alternativ Blog lubimy wszystko co wyjdzie spod rąk zespołu Low. Reprezentanci gatunku „slowcore” idealnie pasują do kolacji wigilijnej. To powinien być jeden z tych wieczorów, gdzie czas nie gra żadnej roli. Jak śpiewał kiedyś Thome Yorke „slow down”. Rozkoszujmy się barszczykiem i prezentami tak jak rozkoszujemy się utworami zespołu z Duluth, powoli.

The Waitresses – Christmas Wrapping. Ten utwór to cudeńko. I to ponad 30 letnie. Oczywiście grudnia 1981 nikt w naszym kraju mile nie wspomina, ale TAM na zachodzie ludzie dobrze się bawili przy „Christmas Wrapping”. Szkoda tylko, że Patty Donahue już nigdy tak pięknie nie zaśpiewa.

The Walkmen – No Christmas While I’m Talking. Utwór The Walkmen jest świąteczny jedynie z nazwy. Nie słyszymy żadnych dzwoneczków, trąbek, chórów aniołów. Tekst także nie jest ani o choince, ani też nawet o Józefie. To po prostu kolejna dawka świetnej muzyki od The Walkmen, a ci grają wyjątkowo dobrze.

Yo La Tengo – It’s Christmas Time. Świąteczny nastrój udzielił się również muzykom Yo La Tengo. W luźny sposób interpretują ten wyjątkowy czas na swój sposób. Trudno nie ulec świątecznej gorączce gdy słyszy się te urocze „pampampam”. Ten akustyczny utwór ma to „coś”.

LCD Soundsystem – Oh You (Christmas Blues). Podobny przypadek do wcześniejszej piosenki grupy The Walkmen. Świąteczna jest tylko nazwa, nie zmienia to jednak faktu, że dobrze się słucha tej piosenki przy kominku z szklanką rumu w ręce. Pulsujący basik i gitarowe wstawki szturchają nami, natomiast wokal Jamesa Murphego dodaje całości dość osobliwego klimatu. Uwaga, przy tej piosence święta mogą być inne niż zwykle.

Passion Pit – All These Trees. Tegoroczne odkrycie muzycznych serwisów dołożyło własną cegiełkę do wszelkich list typu „top indie xmas songs”. Piosenka troszkę nudna i oklepana, jednak pod koniec zaczyna być znacznie ciekawiej. I gdy już faktycznie jest ciekawie to… się kończy. Podobnie jest ze świętami. Początek taki sztywny i oklepany. Później gdy zaczyna być ciekawiej to nagle się okazuje, że trzeba wracać do szarej rzeczywistości.

Passion Pit – Gossamer

Wakacji ciąg dalszy.

Pora na kolejną płytę z serii tych wakacyjnych. Drugą najczęściej przeze mnie katowaną płytą na urlopie po albumie Franka Oceana było najnowsze dzieło Passion Pit „Gossamer”. Dla amerykańskiej grupy indie-popowej z Cambridge jest to drugi krążek w dorobku, jednak dopiero teraz udało się podbić listy przebojów.

Przepis na sukces okazał się bardzo prosty. Wystarczyło zgromadzić na „Gossamer” kawałki electro-pop’owe spod znaku MGMT z chwytliwymi, melodyjnymi refrenami. I mimo, że wydaje się to być prymitywne to w pewien sposób zmusili mnie do powrotu do naiwnych czasów kiedy na wakacyjnych imprezach słuchało się tanecznych hitów od Klaxons. Jednak dla tych kilku chwil bezrefleksyjnego odpoczynku jestem w stanie im to wybaczyć. Poza tym dobrze się tego słucha, zanim się obejrzymy cała płyta jest już przesłuchana. I trzeba ją włączać od początku.

Słuchając takich kawałków jak „I’ll Be Alright”, „Take a Walk” czy też „Hideaway” aż czuje się cukier w uszach. Kolorowe synthowe melodie, falsetowy wokal, rozbudowana perkusja dodaje wakacyjnego klimatu. I mimo, że za kilka miesięcy nie będziemy pamiętać o tych piosenkach to na chwilę obecną do radia samochodowego czy też słuchawek pasuje to jak ulał. Poza tym jak puścimy na jakiejś imprezie to przy odrobinie słodkich drinków będzie można się do tego „pobawić”. Słuchając tych utworów nie ma obciachowej nędzy bo jakąś minimalną wartość estetyczną ta płyta prezentuje. Może i nie jest to elektronika tych wymiarów co kawałki robione z nudów przez Thoma Yorke’a, ale przecież mowa o albumie, który z definicji musi być lekki i łatwy do strawienia. Bawcie się, odpoczywajcie, relaksujcie i słuchajcie Passion Pit. Ocena: 7/10.