Pissed Jeans – Honeys

honeys pissed jeansPowrót obsikanych jeansów.

„Honeys” to nie mokry sen, to trzeci longplay grupy z Allentown. Zespół dobrze znany wam za pewne za sprawą zeszłorocznego występu na Offie trzyma wciąż poziom. Nowy materiał jest energiczny, hałaśliwy, jazgotliwy i trafny. Amerykanie wykorzystują sprawdzone środki jakby jeszcze bardziej. Słuchając ich wcześniejszych płyt przyzwyczaiłem się do ich ciężkiego klimatu. Na „Honeys” nie jest inaczej. Już otwierający całość „Bathroom Laughter” daje się poznać jako idealny soundtrack do palenia opon na ulicy. „Chain Worker” natomiast potwierdza moją wcześniejsza tezę na temat „ciężkości” tego materiału. Rozciągnięta, toporna, jazgotliwa gitara ciągnie się niczym stary, zepsuty autobus, którego nie można wyprzedzić. Nie wiele tutaj melodyjności, no może poza „Cafeteria Food”, który jest najbardziej radiowym utworem na „Honeys”.

Trudno nie docenić tej płyty. To kawał dobrej muzy nie tylko dla fanów punkowej rewolucji i wszelkiej maści hardkorów. Muzycy z Pissed Jeans to równe chłopaki z dużym dystansem do siebie i ironicznym sposobem bycia. Również nie lubią hemoglobiny, ale mistyfikacja to jest to z czym się utożsamiają. Żadna inna nazwa do nich by nie pasowała tak dobrze jak obsikane dżinsy. Geneza nazwy: Brudne rękawki byłoby zbyt lajtowe, natomiast obsrane majty zbyt brudne. Obsikane dżinsy są zatem jak najbardziej ok .

Jedynym, ale za to głównym minusem tego materiału jest jego wtórność. Muzycy nie podają nam niczego, czego byśmy wcześniej nie słyszeli. Na razie formuła grania krótkich, topornych i mocnych utworów się sprawdza. Jednak z czasem może przestać nas to bawić, tak też jest z tą płytą. Pierwsze odsłuchania są przyjemne, jednak wątpię by ktokolwiek z przyjemnością wracał do tego albumu po latach. Ocena: 6/10.

Off Festival 2012

Kolejna edycja OFF Festivalu już za nami. Tegoroczny Off był moim piątym i niestety chyba najgorszym jak do tej pory. Oto relacja z trzydniowego święta muzyki alternatywnej.

Pierwszy dzień rozpocząłem od wizyty w Namiocie Trójki, gdzie grały Nerwowe Wakacje. Twórcy zeszłorocznej, kapitalnej płyty „Polish Rock” pomimo skwaru panującego w namiocie dali fajny i odświeżający występ. Scena ozdobiona dmuchanymi rekinami przywoływała w moim umyślę świeże wspomnienia z Łeby, natomiast wykonanie live „Superman is dead”, „Dangerous” oraz „Wpół drogi” tylko podniosło moją ocenę dla tego występu. Cieszę się, że wystąpili w tym roku w Katowicach, zwłaszcza, że OFF od paru lat śmierdzi jednymi i tymi samymi polskimi kapelami. Następnie udałem się pod scenę główną by zobaczyć co zaprezentuje Kurt Vile and Violators. Jednak zanim na dobre się rozkręcił przegrał u mnie w batalii z strefą gastronomiczną. Kiełbaska już powoli stygła.

Iggy Pop

Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb mogłem dalej realizować swój offowy plan. Z ciekawości zaszedłem zobaczyć występ grupy Converge. Niemal legendarny, hardkorowy  zespół dał świetny, energiczny oraz żywy występ. Mimo, że większość publiki była tam tylko z ciekawości to dało się poczuć energię tkwiącą w tych utworach. Poza tym lider i wokalista grupy Jacob Bannon robił wszystko by nikt nie nudził się pod sceną. Dodatkowo grupa zagrała kilka, nowych utworów z wychodzącej na jesień płyty. Następny w kolejności był występ Chromatics. Na ten koncert liczyłem od samego początku. Po nieustannym słuchaniu ich najnowszego albumu „Kill For Love” i zapoznaniu się ze starszymi dokonaniami oczekiwania były dość duże. Niestety skończyło się na małym niedosycie. Może to wina tego, że o tak wczesnej porze musieli grać swoje typowo nocne i transowe utwory? Może (a nawet na pewno!) scena namiotowa była za mała na ten spektakl? Pytań jest sporo, ale pomimo to miło było usłyszeć tak rewelacyjne utwory jak „Lady” czy też „Running Up The Hill”.

Niesprzyjająca pogoda nie pozwoliła mi zobaczyć od początku koncertu Death In Vegas. Może to i dobrze? Zwłaszcza, że Richard Fearless oraz Tim Holmes to co najlepsze zostawili  na koniec. Kończące występ  „Hands Around My Throat” dało mi sporego kopa i zastrzyk energii na najbliższe kilka godzin. W czasie kiedy większość oglądała popisy Charles’a Bradleya na scenie głównej lub zajadała szaszłyki, na scenie namiotowej miał miejsce bardzo przejmujący i wyciszający koncert duetu King Creosote & Jon Hopkins. Dwójka Szkotów przy pomocy klasycznej gitary i fortepianu wytworzyła uroczą atmosferę. Namiot w tym czasie stał się centrum wypoczynku, relaksu oraz refleksji. Dychneliśmy sobie głęboko. Przechodząc obok sceny leśnej na chwilę przystanąłem by zajrzeć co zaprezentuje Mazzy Star. I mimo, że w tym czasie amerykański zespół grał jeden ze swoich najlepszych kawałków to nie potrafił przekonać mnie bym pozostał dłużej.

Baroness

Parę minut po północy rozpoczął się koncert gwiazdy dnia, którą był angielski band Metronomy. Wybór dość dziwny, ale trafny marketingowo bo na ich występ czekało wiele młodych osób. Grupa, która tak naprawdę swój sukces zawdzięcza ostatniej płycie „The English Riviera” stworzyła fajny, taneczny występ, który chyba każdemu zleciał bardzo szybko. Metronomy punktowało piosenkami z ostatniego albumu, jednak kiedy pojawiały się starsze utwory emocje troszkę opadały. Pomimo to każdy patrzył na nich przychylnym wzrokiem, bo w końcu oni jako jedyni na tym festiwalu byli jakąś świeżą gwiazdą. Dodatkową uciechą był fakt, że od wokalisty dowiedzieliśmy się o pierwszym złotym medalu w Londynie. Było kolorowo, było słodko, było fajnie. Czekamy na kolejny występ w Polsce. Po Metronomy udałem się na swój debiut na scenie eksperymentalnej. Duży plus, że postanowiono ją bardziej przewietrzyć niż namiot Trójki, ale ta scena wciąż jest za mała. Na Shabazz Palaces stawili się nie liczni, większość wybrała Atari Teenage Riot. Przyznam się, że troszkę więcej się spodziewałem po Shabazz Palaces. To nie był typowy hip-hopowy koncert, ale to nie jest również typowy hip-hopowy zespół. Było bardzo minimalistycznie. Zmęczenie nie pozwoliło mi wytrwać do końca, ale mimo to byłem zadowolony, że udało mi się zobaczyć dość sporo koncertów.

Dzień drugi rozpocząłem później od piątkowego ze względu na mobilizację związaną z MF Doom’em. Pierwszym koncertem tego dnia był występ amerykańskiego, punk’owego zespółu Pissed Jeans. Występ na scenie eksperymentalnej dla tej grupy o tak wczesnej porze był małym nieporozumieniem, co zarówno podzielał sam zespół. Bo cóż takiego eksperymentalnego jest w zwykłym graniu punka? To był bardzo prosty, głośny i energiczny koncert. Publika najbardziej ożywiła się podczas odgrywania oficjalnego motywu Offa, czyli „Fales Jesii Part 2”, jednak i pozostałe kawałki zachęcały do szalonego skakania w tłumie. Można śmiało stwierdzić, że ten występ dosypał do pieca jakim podczas tych czterdziestu-paru minut stał się namiot sceny eksperymentalnej. Następni w kolejności czekali muzycy z Baroness. I tutaj niestety musze popsioczyć troszkę. Już nie chodzi o scenę i porę grania, które były dobre. Chodzi o nudy jakie zaserwowali nam Ci kolesie. Przez cały występ nie potrafili rozruszać ludzi. Powstał mały piknik na koncercie grupy metalowej, to ogromny cios w policzek. Słabiutko. Szkoda, że nie wybrałem w tym czasie Dominique Young Unique.

The Antlers

O wiele lepiej zaprezentowała się angielska formacja The Wedding Present, która odgrywała na scenie leśnej w całości materiał ze swojego opus-magnum „Seamonsters”. Mimo, że nie spodziewałem się niczego wielkiego to zespół zaskoczył mnie swoją niespotykaną energią. Przeprosili za swoją 27-letnią nie obecność w Polsce, ale to nie szkodzi. Warto było czekać tyle lat na TAKI występ. Po kolei odgrywane utwory z „Seamonsters” same zmuszały nogę do tupania a rączki do klaskania. Zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów festiwalu. Po tym występie zrobiłem sobie przerwę. Zignorowałem koncert Thurstona Moore’a solo, gdyż mam jeszcze świeże wspomnienia z spektaklu Sonic Youth z 2007 roku, nie chciałem sobie tego popsuć. Jednak The Antlers już nie pominąłem. Ze względu na małą ilość fajnych debiutów na Offie w tym roku, cieszyłem się ogromnie, że wystąpią na scenie leśnej. Zwłaszcza, że bardzo mi się podoba ich płyta „The Burst Apart”. Mimo, że nagłośnienie tego gigu było fatalne to nie przeszkadzało mi to w chłonięciu magicznych, rozbudowanych utworów The Antlers. Widać, że chłopaki są bardzo nieśmiali i generalnie nie klei im się gadka do publiki, jednak czarowali brzmieniem. Na żywo ta płyta brzmi jeszcze lepiej.

Po The Antlers nastał koncert całego Offa, na którego chyba każdy czekał. Miał wystąpić słynny Iggy Pop ze swoim zespołem The Stooges. Mimo, że mało kto słucha ich płyty i mało kto zna coś innego od „The Passenger” to każdy kojarzy blond szaleńca bez koszulki. Podziwiam Iggy’ego, że mimo 65 lat na karku wciąż zachowuje się jak młodzieniaszek. Zespół zagrał tak, by się spodobało publiczności. Czyli nie zabrakło motywów z tańczeniem na scenie przez grupkę wybrańców z pierwszych rzędów, podchodzeniem do publiczności i przekazywania im mikrofonu. Sam Iggy skakał, pluł, przeklinał, krzyczał, robił te swoje miny oraz  w  pewnym momencie zniknął ze sceny. Podejrzewałem, że już nie wróci, że po raz kolejny wywoła skandal. Jednak wrócił a na sam koniec zaserwował wszystkim ten wyczekiwany „The Passenger”, bez którego w zasadzie ten koncert może i nawet lepiej bym odebrał.

Ostatnim koncertem tego dnia były hip-hopowe zmagania legendy gatunku MF DOOM’a. Nie oczekiwałem, że przebije Raekwona z 2010 roku, ale nadzieje były mimo to dość spore. I było smerfastycznie. Doom wraz ze swoim „niewidzialnym DJ’em” przeplatał klasyczne kawałki z „Operation Doomsday” z tymi nowszymi. Proporcje były idealne. Doom droczył się z publiką, dowcipkował, nauczył się słowa piwo, skleił parę żółwików i prawie wskoczył w tłum niczym rockman. Był tego wieczoru w formie. Panie Rojek za rok chcemy Ghostface Killah! Drugi dzień dobiegł końca.

Thurston Moore

Trzeci dzień nie zapowiadał się tak okazale pod względem koncertów jak poprzednie, jednak to trzeciego dnia udało mi się zobaczyć najbardziej egzotyczny występ tej edycji. Mowa o Group Doueh, która przyjechała do Katowic prosto z Zachodniej Sahary. Tego typu akcenty zawsze są dużym plusem każdego festiwalu. Obcowanie z inną muzyką niż tą „zachodnią” naprawdę rozwija horyzonty. Poza tym szacunek dla gitarzysty, który chyba ze pół występu trzymał gitarę za głową. Następnie postanowiłem się wybrać na leśne disco przy dźwiękach Dam Funk. Damon G. Riddick, który stoi za tym projektem jest współczesnym Barry’m White’em. Dosłownie. Godzina tego występu to było istne taneczne szaleństwo przy dźwiękach bałnsującego Dam FunK. Przez moment smutne Katowice zamieniły się we słoneczną Kalifornię. Była magia. Po koncercie Pan Riddick nie potrafił się rozstać ze publicznością i postanowił każdego porządnie przytulić. Fajny z niego gość. Ale dość tych czułości, trzeba pędzić pod scenę główną gdzie grają Battles. By określić jednym słowem ten występ trzeba by powiedzieć, że było bardzo… matematycznie. Precyzja, brzmienie, pewnego rodzaju surowość, najlepsze efekty wizualne stworzyły niepowtarzalny klimat pod główną sceną. Poza tym podziwiam perkusistę Battles, to co on wyczyniał przez tą godzinę wprawiało w zachwyt. Chyba cały występ patrzyłem tylko na niego i ten jego fikuśnie ułożony zestaw perkusyjny z talerzem na wysokości dwóch metrów.

Tego dnia udało mi się jeszcze zobaczyć fragment występu Stephena Malkmusa wraz ze zespołem The Jicks. Mimo, że te piosenki generalnie dupy nie urywają to grzechem byłoby nie zobaczyć chociaż przez chwilę legendarnego frontmana Pavement. Ostatnim koncertem dla mnie tego dnia był występ w namiocie grupy Iceage. Duńczycy zaprezentowali się bardzo.. głośno. Była punkowa rebelia w stylu Kopenhagi, był hałas i był to zdecydowanie najbardziej energiczny występ tego Offa. Jednak nie można było tego odczuć w pełni, gdyż scena namiotowa w tym czasie była niemal pusta ze względu na nudne Swans.

Kilka słów podsumowania. Poważnie martwię się o przyszłość tego festiwalu. Tegoroczna edycja prawdopodobnie była najgorszą na której było dane mi być (OFF 2009 także walczy o to miano). O ile Artur Rojek już rok temu trosze spuścił z tonu po fenomenalnym Offie w 2010 to w tym roku całkowicie zaserwował nam przebitego kapcia. Dużym problemem tego festiwalu było pójście w stronę starszych kapel z niemal całkowitym pominięciem młodych, energicznych debiutów. To był OFF nazwisk, jednak w tym przypadku to wyglądało tak jakby podano nam w barze Polococtę zamiast oryginalnej Coca Coli. Thurston Moore i Kim Gordon osobno nigdy nie będą jak Sonic Youth. Poza tym OFF Festival przyzwyczaił mnie do tego, że zawsze mam dylematy koncertowe. Wybrać występ Clinic czy może iść na Caribou? W tym przypadku dylemat był jeden: iść na piwo czy iść się nudzić pod scenę? Poza tym dobór scen i pór zepsuł wiele dobrze zapowiadających się występów.  No i na koniec coś co mnie boli już od paru edycji, jednak w tym momencie już nie mogłem tego zdzierżyć. Czy naprawdę nie ma innych polskich artystów niż Ci co są niemal na każdym Offie? Dlaczego zabrakło Izy Lach a po raz kolejny scenę główną zmarnowaną na nudną Nosowską? Dlaczego zabrakło świeżych punkowych debiutów The Kurws lub Gówno a zaserwowano nam po raz kolejny zjadające swój własny ogon Cool Kids of Death. Nie piszę tego specjalnie, nie chcę nikomu dowalić, nie mam zamiaru hejtować ani napinać się jak wielu hipsterów uważających się za znawców. Ja po prostu się martwię. Lubię ten festiwal i chciałbym by kroczył drogą światła. Mam nadzieję, że za rok o tej porze będę pisał relację z Offa z wypiekami na twarzy. Tego sobie i Wam życzę.


Off’owe propozycje część trzecia

Im bliżej Offa tym głośniejsze nazwy…….albo głośniejsza muzyka.

Metronomy – The English Riviera. Bardzo cieszę się, że Brytyjczycy z Metronomy będą mieli okazję zaprezentować swoje utwory podczas najbliższego offa. „The English Riviera” to album mocno wakacyjny, składający się z lekkich, miłych i fajnych utworów, które idealnie wkomponują się w sierpniowy klimat Doliny Trzech Stawów. Najmocniejszym punktem najnowszego albumu Metronomy wydaje się być rewelacyjne „The Look”, jednak są na tym krążku także inne utwory, które warto usłyszeć więcej niż dwa razy. „She Wants”, „Trouble”, „The Bay”. Reszta może troszkę niższych lotów, ale hej! przecież ogólnie to dobrze brzmi jako całość. Już sobie wyobrażam tą atmosferę na scenie leśnej (na innej scenie ich sobie nie wyobrażam). Piosenki z „The English Riviera” będą soundtrackiem przyszłych wakacji.

Pissed Jeans – King of Jeans. Dziwny byłby off bez żadnego noise’owego hardkoru. Tym lepiej dla wszystkich fanów hałaśliwego gitarowego jazgotu i darcia ryja, że będziemy mieli okazje usłyszeć „obszczańców”. Pissed Jeans to esencja ostrego grania, ale łączącego w sobie zarówno melodie jak i chaos. Świetny opener z płyty „False Jesii Part 2” posłuży w tym roku za oficjalną piosenkę offa. Nie macie wrażenia, że Rojas dopiero teraz przechodzi okres buntu? Najpierw sprawa z Myslovitz a teraz ten hymn Doliny Trzech Stawów. Mimo wszystko „False Jesii Part 2” to świetny wybór! A wracając jeszcze do obszczanych dżinsów. Ta muzyka daje kopa. Pierwsza płyta jest nijaka, ale na drugim albumie odnaleźli siebie. No i za dodatkową rekomendację może posłużyć fakt, że wydają w Sub Popie. A jak tu nie lubić Sub Popu, hę? To będzie dobry koncert.

Other Lives – Tamer Animals. Eleganccy kowboje z Stillwater to kolejna kapela, którą zainspirowana muzyką Radiohead postanawia stworzyć coś równie ambitnego i fajnego. Osobiście nigdy mnie to nie mobilizowało do sięgnięcia po taka muzykę. No bo jak w ogóle można mieć czelność porównywać się do radiogłowych? Sporo tu nawiązań do angielskiego zespołu. Przykład? Początek „For 12” łudząco przypomina ten z „How To Disappear Completely”. Ten album wydaje się być amerykańską odpowiedzią na legendarne „Kid A”. Jednak ta muzyka rewelacyjnie brzmi na żywo. I tak jak polubiłem The National dopiero po ich żywiołowym koncercie z 2009 roku, tak pewnie bardziej mi się spodoba The Other Lives. Z ostatecznym werdyktem poczekam do ostatniego gwizdka jakim będzie występ podczas tegorocznej edycji Off Festiwalu.