Indie Rock prosto z Norwegii – recenzja „This Is Not the End” Spielbergs

Gdy pierwszy raz usłyszałem Spielbergs – pomyślałem, że to musi być kolejny indie rockowy band z Stanów, a dokładniej zachodniego wybrzeża. To chyba jacyś koledzy Nathana Williamsa albo Dylana Baldiego? Zaskoczyło mnie gdy w Pitchforkowej recenzji wyszło, że to trio szaleńców jest z Oslo, czyli stolicy Norwegii.

Skandynawskie muzyczne klimaty bardziej przywołują na myśl gotycki metal. No, ale nie kategoryzujmy – bo Polska w oczach Świata to pewnie „Papaja„, Behemoth i zespół Mazowsze. „This Is Not the End” to ich debiutancki album, jednak rok wcześniej wydali już EP-kę „Distant Star„. Pomimo, że dopiero teraz wydali swój krążek, to jednak ze norweską sceną indie rockową są związani już od dłuższego czasu. Członkowie Spielbergs grywali w różnych zespołach, które miały mniejsze i większe sukcesy. W końcu jednak postanowili nagrywać razem, i to wypaliło!

Ich debiutancki krążek zaczyna się od ostrego garage rocka. „Five On It” z jazgotami gitar w tle przypomina brudniejszą wersję Cloud Nothings. Kolejny „Distant Star” oraz „NFL” spokojnie mogliby zagrać Wavves i nikt by się nie zorientował. Jednak im dłużej słuchamy bandu to słyszymy, że ich inspiracje sięgają post-rocka i zespołów pokroju Japandroids czy też The Replacements. Przy „Familiar” oraz „You All Look Like Giants” zespół nieco zwalnia tempa. Jednak nie na długo bo już następny w kolejce, punkowy „Bad Friend” daje nam wycisk. Cenię ich poczucie humoru za nazwanie piosenki „McDonald’s (Please Don’t Fuck up My Order)” a sam utwór to 7 minutowy, instrumentalny hołd dla takich zespołów jak Mogwai, GY!BE czy też Swans. Jest też kołysanka „Sleeper” a całość kończy patetyczny „Forevermore„.

Słychać, że norweskie trio na swoim debiutanckim długograju odrobiło lekcje z klasyki post-rocka i indie rocka. Z miłą chęcią wyłapywałem te wszystkie nawiązania do amerykańskiej i brytyjskiej sceny gitarowej na „This Is Not the End„. Jednak najważniejsze, że Spielbergs nie są tylko kalką, ale dodają sporo świeżości tej muzyce. Norwedzy mają świetne pomysły, oryginalną (aczkolwiek kiepsko googlującą się) nazwę zespołu, mnóstwo energii oraz biorą przykład z najlepszych. Dlaczego by ich nie polubić? Sprawdźcie koniecznie „This Is Not the End„. Mam nadzieję, że to faktycznie nie koniec i usłyszymy jeszcze coś tak wyśmienitego spod ich ręki. Ocena: 8/10.

Mogwai – Rave Tapes

mogwaiDo szkotów z Mogwai zawsze miałem słabość. Co jakiś czas wracam do legendarnego „Young Team” i nie gorszego wcale „Happy Songs For Happy People„. W szafie dalej gdzieś tam można znaleźć szpanerską koszulkę z Offa ’08 z napisami: MOG z przodu i WAI z tyłu. Dlatego też każde ich nowe wydawnictwo przesłuchuje, pomimo tego, że z ich poziomem bywa różnie.

Ostatnia płyta szkotów z 2011 roku: „Hardcore Will Never Die, But You Will” była całkiem niezła. Jednakże przytrafiały im się klopsy w stylu „The Hawk is Howling„. To dość trudna sprawa oceniać ich muzykę, gdy ma się w pamięci dwa pierwsze kapitalne albumy grupy. Każdy następny siłą rzeczy jest porównywany do nich, gdyż styl grupy wciąż bazuje na tych samych schematach. Każdy utwór Mogwai to rozciągnięty, instrumentalny post-rock z wstawkami głosów (lub nie) z ironiczną nazwą w stylu „I’M Jim Morrison, I’m Dead”. Nie inaczej jest na „Rave Tapes„. Jednakże o ile czasami czuć pewną świeżość, tak jak było to na LP z 2011 tak słuchając ich najnowszej płyty nie czuje jej wcale. Mam nie małe wrażenie, że wzięli na warsztat niektóre utwory z „Hardcore Will Never Die, But You Will„. Coś wycieli, coś zamienili, dali nowy tytuł i gotowe.

Mogwai_Rave_TapesNo i ten cały „Rave” w tytule. Można by się spodziewać, że wplątali w utwory więcej elektorniki. Może jakieś sample? Druga część nazwy płyty „Tapes” wskazywały by na jakieś elementy retro, może jakieś trzaski lub dźwięki przewijanej taśmy. Taki sympatyczny powrót do lat 90, kiedy nie było internetu a muzykę nagrywało się na kasety z radia. Niestety nie. Jest to po prostu zbiór piosenek jakie już zagrali. Jednak na koniec chciałbym powiedzieć coś dobrego, bo mam odczucie, że zaśmiecam internet recenzją nikomu nie potrzebnej płyty. Jest ona dobra. Mogwai trzyma poziom, jednak strasznie przy tym przynudza. Trochę szkoda czasu na słuchanie tego co już kiedyś było w momencie kiedy jest tyle dobrych, odkrywczych płyt dookoła. Ocena: 5/10.

Mogwai – The Hawk is Howling

Ciężko jest być żyjącą legendą. Taki Kurt Cobain poszedł na łatwość. Nagrał co miał nagrać, spierdolił z tego Świata i do dziś nastolatki robią ołtarzyki z jego zdjęciami. Mogwai natomiast ma ten problem, że to co mieli zrobić już zrobili i wątpię by kiedykolwiek nagrali coś lepszego niż Young Team.

Dodatkowym problemem jest to, że oni za bardzo nie mają pola do manewru jeżeli chodzi o eksperymenty i nowości. Bo co oni mogą nowego wprowadzić? Wokal? Chyba nikt nie chciałby takiego Mogwaia. Mają zmienić styl? To już lepiej pod inna nazwą. Nie chciałbym nigdy zobaczyć Mogwai na MTV2 grający electro-indie-pop. Jedyna opcja to kroczyć ciągle tą samą post-rockową drogą. Jednak już powoli zaczyna się to nudzić. I tak źle, i tak niedobrze.

Mimo wszystko The Hawk is Howling to próba wyjścia z twarzą po nieudanych ostatnich płytach jakimi był Mr. Beast oraz Zidane: a 21st Century Portrait. Udana próba w każdym razie. Bo na płycie jest wiele dobrych momentów. Pojawia się nastrojowość z której są bardzo dobrze znani oraz powoli narastające tempo. I tak można wymieniać w kółko. Wydaje się, że Mogwai jest w tym momencie swojej kariery gdy kopiuje się już samego siebie. Sama płyta jest nawet dobra. Tylko o co chodzi? Od takich zespołów jak Mogwai wymaga się zawsze więcej. Sami sobie postawili taka poprzeczkę. I teraz mają do wyboru: albo ją przeskoczą nagrywając płytę, która zmiażdży każdego, albo przerzucą się na nagrywanie ścieżek dźwiękowych do hollywoodzkich superprodukcji. Druga opcja jest bardziej realna gdy się czyta wiadomości dotyczące szkockiego zespołu.

Jednak tak czytając teksty piosenek można dojść to paru wniosków. Trzeba z góry zaznaczyć, że nazwy piosenek to jedyna liryka w twórczości Mogwaia. I’m Jim Morrison I’m dead. Czyli co? Jestem już legendą, już nie żyję. Czyżby pogodzili sie już z tym, że nikt ich nie będzie oceniał z nowe płyty tylko za Young Team? Local Authority? Nagrywacie już tylko dla swych wiernych fanów? Thank You Space Expert. Tu bardziej ironicznie. Chyba nic z tego sobie nie robią. I to jest najważniejsze. Pozostawać sobą. Ocena: 5\10 Posłuchaj utworu Batcat