My słowianie – rok 2013 w polskiej muzyce

Bez nazwy 1„Wódeczka lepsza niż whiskey i giny” – to hasło przyświecało mi przy pisaniu podsumowania polskiej muzyki. Jednak zdecydowanie nie mam zamiaru pisać w notce poniżej o potworku wypuszczonym przez Donatana. W zamian poniżej znajdziecie sporo ciekawej polskiej muzyki, której chętnie słuchałem w 2013 roku.

Zacznę od szeroko pojętej alternatywy, gdyż w tym momencie należy wspomnieć album „Something of an End” od Patrick The Pan. Co prawda album Piotra Madeja ukazał się oficjalnie pod koniec grudnia 2012 roku, jednak to w 2013 roku został zauważony przez większość serwisów muzycznych. Debiut Patrick The Pan w sporym stopniu nawiązuje to jednego z najlepszych polskich krążków ever, czyli „Uwaga jedzie Tramwaj” Lenny Valentino. Zarówno w kwestii brzmienia jak i tematu teksów – czyli wspomnień z dzieciństwa. Innym albumem wartym uwagi była „Hellada” od duetu Rebeka. Sporo melodyjnej elektroniki, przebojowość, elementy retro – to najważniejsze zalety krążka od Iwony Skwarek i Bartosza Szczęsnego. Podążając tropem muzyki elektronicznej warto nadmienić „Red” od Kixnare. Dj i producent muzyczny Łukasz Maszczyński podbił nasze uszy świetnym klubowym materiałem w którym prym wiódł singiel „Gucci Dough”. Sporo zachwytów padło również w kierunku tajemniczego projektu Bokka. Myślę, że materiał na „Bokka” w pełni to uzasadnia.

Co łączy Tomka Makowieckiego i Dawida Podsiadło? Obaj wybili się w talent showach i obaj byli mocno hajpowanie w zeszłym roku. Pierwszy z nich poszedł w stronę elektroniki i klimatów Kamp! nagrywając krążek „Moizm„. Jednakże bez większych rewelacji. Większe nadzieje wiązałbym z Dawidem Podsiadło, którego „Comfort and Happiness” może być początkiem czegoś większego. Dobry materiał zaprezentowała grupa Mikromusic. Na krążku „Piękny Koniec” znajdziemy sporo elementów jazzowych, folkowych jak i stricte rockowych. Poza tym po raz kolejny zachwyca zawadiacki duet UL/KR. Ich „Alment” w uzasadniony sposób zdobywa dobre miejsca w podsumowaniach całorocznych. Dzięki Czesławowi Mozillowi zabłysnął Fismoll. Jednakże jego „At Glade” w żadnym wypadku nie można nazwać innowacyjnym czy też odkrywczym. Artysta oddaje nam do odsłuchu 10 usypiających folkowo-songwriterskich utworów. Podobnie ma się sprawa z Lilly Hates Roses i ich debiutanckim LP „Something To Happen„. Ciekawe debiuty zanotowały takie grupy jak Kinki oraz krakowskie Sound Q, które można nazwać polskim NIN. Nie zwalnia tempa Tomasz Biliński. Jego solowy projekt Coldair mieli okazję docenić fani muzyki alternatywnej w Barcelonie i Teksasie. „Whose Blood” to album bogaty aranżacyjnie, melancholijny i mogący mierzyć się z dorobkiem Bon Iver.

Rok 2013 nie był zbyt udany dla muzyki gitarowej. Jednakże pojawiło się kilka albumów wartych uwagi. Do takich krążków na pewno należy zaliczyć „++” od Trupa Trupy. Jest to solidna porcja psychodelicznego rocka nawiązującego do lat 60. i 70. który niesamowicie wciąga. Poza tym mieliśmy do czynienia z kilkoma udanymi powrotami. Grupa Świetliki powrócili po 8 latach przerwy z albumem „Sromota” i należy nazwać to udanym powrotem. Szósty album grupy Świetlickiego składa się z trzech płyt i na ostatniej z nich usłyszymy Bogusława Lindę. Poza tym w końcu doczekaliśmy się nowej płyty od Edyty Bartosiewicz. „Renovatio” polskiej wokalistki jest zagłębione w latach 90, czyli szczytowym okresie dla artystki i z pewnością jest materiałem zadowalającym fanów Edyty Bartosiewicz. Duży progres zaliczyli warszawiacy z Sorry Boys nagrywając album „Vulcano„, który często można było usłyszeć w rockowych radiostacjach. Nowy materiał zaprezentowało Myslovitz z nowym wokalistą, jednakże ich „1.577″ to absolutnie już nie moje klimaty. Oczekuję jednak niecierpliwie solowej płyty Artura Rojka, która ma się pojawić w tym roku. Nowy krążek wydał także Psychocukier, jednakże nie miałem czasu go przesłuchać. Jednak po tym zespole zawsze można spodziewać się dobrej muzyki. Na propsa zasługuje również drugi album Krzyśka Zalewskiego, który w ostatnim czasie pobierał lekcje od zespołu Muchy. Wspólna trasa z poznaniakami dobrze podziała na zwycięzce drugiej edycji Idola a jego „Zelig” to fajna płyta, która dobrze się słucha. Swój trzeci longplay wypuściło Tides From Nebula. Początek nudzi, jednak pod koniec się rozkręcają. Ciekawą pozycją jest również „Matka, Syn, Bóg” od tria: Waglewski, Fisz, Emade.

Jeżeli chodzi o hip-hop w 2013 roku to należy wymienić dwie płyty. Po pierwsze „Czarna Biała Magia” Sokoła i Marysi Starosty, czyli najbardziej innowacyjny krążek zeszłego roku. Mamy tutaj beaty od zachodnich wymiataczy, kapitalny narkotyczny klimat, różnorodnośc brzmieniową i poruszone w tekstach ważne kwestie społeczne. To był zdecydowanie najczęściej przeze mnie słuchany polski album. Drugi krążek to „Za Młodzi na Heroda” grupy Rasmentalism, który stoi na wysokim poziomie produkcyjnym i nie odstaje od zachodnich rapalbumów. W zeszłym roku przesłuchałem także najnowszy krążek Ostrego i Hadesa. Ich „Haos” nazwałbym jednie krążkiem poprawnym. Natomiast Pezet „Muzyką Rozrywkową” stara się gonić zachodnie trendy.

Niestety w 2013 roku nie słyszałem dobrych polskich płyt popowych. Radio dręczyło nas „Bałkanicą”, Kari wydała nową płytę, której nie słuchałem a Iza Lach wypuściła kilka ciekawych piosenek, które mam nadzieje są zapowiedzią czegoś większego w nowym roku. Może w 2014 będzie lepiej?

Na koniec top 10 polskich płyt, bez zbędnych komentarzy.

10. Coldair – Whose Blood

9. Bokka – Bokka

8. Trupa Trupa – ++

7. Stara Rzeka – Cień chmury nad ukrytym polem

6. Kixnare – Red

5. Ul/Kr – Alment

4. Patrick The Pan – Something of an End

3. Rasmentalism – Za Młodzi Na Heroda

2. Rebeka – Hellada

1. Sokół i Marysia Starosta – Czarna Biała Magia

Polish Power – rok 2011 w polskiej muzyce

Rok 2011 to był naprawdę dobry rok dla polskiej muzyki. W poprzednich dwunastu miesiącach można było usłyszeć sporo dobrej, fajnej i ciekawej muzyki. Mimo, że przeważnie opisuje zagraniczne dokonania to zawsze kibicuje naszym rodowitym muzykom. Oto jak wyglądał poprzedni rok w wykonaniu naszych orzełków .

Zacznijmy od  muzyki gitarowej. Rok 2011 to przede wszystkim dobre powroty paru, dobrze znanych nam zespołów. Przeze mnie najbardziej wyczekiwana była nowa płyta zespołu Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. „Karmelki i Gruz” okazały się jednym z najlepszych płyt jakie dane było mi usłyszeć poprzedniej jesieni. Marcin Zagański i reszta ekipy z Nowego Dworku pokazała się z bardzo dobrej strony, nagrywając album wciągający i przede wszystkim bardzo dobry. KDZKPW to jeden z tych zespołów, który jeszcze nigdy nie zawiódł moich oczekiwań. Na jesień powrócił również Cool Kids of Death. „Plan Ewakuacji” traktowałem raczej jako ciekawostkę i byłem po prostu tylko ciekaw co zaprezentuje zespól tym razem, jaki kierunek obierze? Okazało się, że bardziej popowa twarz pasuje do Krzyśka Ostrowskiego i reszty łódzkiego bandu.

Całkiem przyjemnie słuchało mi się również drugiego albumu zespołu Renton.Warszawski zespół tym razem w języku polskim udowadniał na „Niech wszystko stanie sie lepsze”, że granie indie dalej jest cool. Poza tym Muchy wypuściły na koniec roku fajny singiel „Nie przeszkadzaj mi bo tańczę”, który promuje nowo nadchodzącą płytę. Singlowo zaprezentowały się również Ścianka i The Car is On Fire, będziemy czekać z pewnością w 2012 na płyty tych wykonawców. Dobry powrót zaliczył również Psychocukier a ich „Królestwo” zostało dobrze przyjęte przez media zajmujące się muzyka niezależną. Rok 2011 to także powrót po pięciu latach grupy Myslovitz. Dla mnie osobiście Artur Rojek nie jest już muzykiem a głównie organizatorem OFF Festivalu. Poza tym mysłowicka grupa już mnie tak nie „jara” jak to było jakieś 6 lat temu. Mimo to „Nie ważne jak wysoko jesteśmy…” wydaje się być lepszą płytą niż poprzednie „Happiness is Easy”. „Lie In Wait (EP)”  to kolejny powód by kibicować i trzymać kciuki za zespół Microexpressions. Panowie, czekamy na długogrający album.

Pora na debiutantów. Z pewnością na wyróżnienie zasługują dwa projekty. Po pierwsze Nerwowe Wakacje, które są braterskim paktem muzyków The Car is On Fire, Afrokolektywu  oraz Kolorofon a po drugie The Kurws. Pierwszy z nich nagrał rewelacyjny „Polish Rock” natomiast drugi wywołał u mnie dużo pozytywnych reakcji albumem „Dziura w Getcie”.

Przejdźmy teraz do muzyki popowej. W niej również wiele się działo. Najlepszym albumem w tej materii z pewnością jest dla mnie „Krzyk” Izy Lach. Dla młodej wokalistki jest to drugi krążek w dorobku. Musze przyznać, że tą płytą urzekła mnie i wręcz oczarowała. Cukier dla uszów. Z dobrej strony zaprezentowały się debiutantki Dziun i Marina Łuczenko. Debiutancki krążek pierwszej z nich „A.M.B.A.” to lekki, bezpretensjonalny zbiór piosenek łączących w sobie osiągnięcia popu i alternatywy. Natomiast na „Hardbeat” pojawiają się zarówno motywy typowe dla teen-popu jak i electro. Dobra płyta na imprezę. Wciąż nie doczekaliśmy się nowego albumu Edyty Bartosiewicz, ale dostaliśmy w zamian fajną piosenkę „Witaj w Moim Świecie”, która promowała nowego Kubusia Puchatka. Kolejną płytę za to zaprezentowała Ramona Rey, jednak „3” wydaje się być łakomym kąskiem jedynie dla fanów twórczości artystki. Warto jeszcze tutaj wspomnieć o Ani Rusowicz i jej dziele nazwanym po prostu „Mój big-bit”. Jest to ciekawa pozycja nawiązująca do twórczości jej mamy Ady Rusowicz oraz mająca w sobie nutkę nowoczesności.

Na koniec zostawiłem sobie podsumowanie polskiego hip-hopu. Tutaj bezapelacyjnie rządził Ten Typ Mes, który wydał najlepszy album hip-hopowy. „Kandydaci na Szaleńców” zawiera w sobie świetne nawijki Mesa, który wznosi się na wyżyny. Z podkładami było różnie, jednak przy tak dobrym materiale i genialnych wersach Mesa jest to mniej istotne. „Prewersje” Fokusa również zasługują na wyróżnienie. Nie tylko dlatego, że sympatyzuje z śląskim raperem. Przede wszystkim za rewelacyjne podkłady stworzone przez Lukatricksa oraz charyzmę Fokusa. W zeszłym roku powrócił również Łona. Szczeciński raper przy pomocy Webbera wydał „Cztery i Pół”, który może nie miażdży systemu, ale wydaje się być ciekawą pozycją dla studentów i licealistów. Ciekawy materiał zaprezentował duet Sokół i Marysia Starosta na „Czysta Brudna Prawda”.

Godnych uwagi polskich płyt z pewnością jest więcej, jednak te wyżej wymienione stanowią pewną esencję roku 2011. Mam nadzieje, że nowy 2012 rok będzie równie obfity w dobre, rodzime produkcje. Tego życzę sobie i Wam.

Psychocukier – Mikołów, 22.04.2009

dsc00232Mikołów to miasto piękne, ale jeżeli chodzi o ciekawe wydarzenia kulturalne związane z nim to ponadprzeciętnie nudne. Koncertów godnych uwagi policzyć można na palcach jednej ręki. Także ucieszyła mnie wiadomość, że kapela Psychocukier będąca ostatnimi czasy na fali zagości na moim podwórku.

W zasadzie nie interesowałem się dokonaniami grupy do czasu aż dowiedziałem się o tym gigu. Przed koncertem zapoznałem się z pierwszą płytą Małpy Morskie oraz kilkoma piosenkami z najnowszej płyty No More Work. Może nie są tak odkrywczy jak o sobie sami piszą, ale są popularni dzięki interesującemu wizerunkowi disco wąsaczy z lat 70 oraz blogaskowi na którym jadą po wszystkich, którzy osiągnęli sukces (obojętnie jaki) od Much po Out of Tune.

Fraktal to Klub Studencki, który przyciąga ostatnio nie tylko indie młodzież, wszelkiego rodzaju brudasów i punków a także i kolesi w luźnych gaciach. Można było się spodziewać, że tłoków raczej nie będzie. Koncert w środku tygodnia mimo wszystko nie przyciągnie tłumów nawet gdy wjazd jest free. Może gdyby całą akcje lepiej rozreklamować? Jednak wąskie grono słuchaczy ma swoje zalety. Lepsza relacja na Lini artysta – doznający.

Heartsgarage to zespół z Bytomia, który supportował Psychocukier. Kilka moich przemyśleń na temat tego zespołu. Technicznie całkiem nieźli. Basista dawał radę, gitara ok a perkusista to najmocniejsze ogniwo zespołu. Koleś miał nawet swoją solówkę i mógłby rywalizować z najlepszymi. Jeżeli chodzi o wokal i lirykę. No właśnie… Największa bolączka młodych zespołów grających nie tylko hardcore. Teksty o niczym i o jabolu plus wokal gorszy nawet od Ostrowskiego. Cieniutko, cieniutko. Bez większych emocji jeżeli chodzi o tych młokosów.

Psychocukier. Gdy już dzieciaki z Bytomia posprzątali swój sprzęt weszli „gwiazdorzy” z Łodzi. Po stworzeniu atomsferu kiczu poprzes dodatkowe podświetlenie perkusji i założenie kolorowych ciuszków i ciemnych okularów zaczęli bez pardonu do napierdalnia na swój, własny indie sposób. Przedstawili się jako Placebo, ale chyba nikt tego nie kupił. Swoją drogą, czemu wszyscy chcą być Placebo albo Interpolem? Nieważne. W przerwach między utworami próbowali sobie dowcipkować. To podawać przepis na kapuśniak a to innym razem cieszyć się z przyjazdu do Sokołowa. Większość  60 minutowego występu to utwory z No More Work, ale znalazło się też miejsce i na utwory z debiutu (Harry J!!!). Zabrakło mi Orbisona. Gdy zapytałem menadżera grupy czemu nie ma tego cukorwego klasyka? Ten mnie spłoszył hasłem, że i tak miałem koncert za darmo. Basista Deuce dorzucił, żeby wpaść na jutrzejszy koncert do Katowic, ale bilet bedzie kosztował 200 złotych bo przed nimi będzie jeszcze 6 kapel, które próbuja się dostać na Maj Festiwal na Muchowcu. Pośmiewne chłopaki.