Muzyczne podsumowanie roku 2012: Albumy

albumyOstatnia część mojego podsumowania to lista 10 najlepszych płyt, które z najmilszą chęcią słuchałem w 2012 roku. W tegorocznym podsumowaniu syntezatory, sample i mikrofon były górą nad gitarami. By nie przedłużać – zaczynamy!

killer-mike10. Killer Mike – R.A.P. Music. Killer Mike, koleś z Atlanty nagrał w zeszłym roku jedną z lepszych płyt hip-hopowych. „R.A.P. Music” być może nie jest tak milowym i ważnym dziełem jak „good kid m.A.A.D city” Kendricka Lamara, ale z całą pewnością jest to ciekawa pozycja. Kawał dobrej czarnej muzy, który powinien zaciekawić nie tylko znawców tematu. Od pozostałych hip-hopowych dzieł wyróżnia ją charyzma, która po kilku latach rapowania udzieliła się Killer Mike’owi. Poza tym świetne beaty, zwłaszcza w „Don’t Die” czy też „Anywhere But Here”. Oczywiście są tutaj słabsze momenty, które psują odbiór całości – między innymi toporny „Butane (Champion’s Anthem)”. Poza tym w jakiś sposób stajemy po stronie Killer Mike’a i zgadzamy się z jego tokiem myślenia. Mimo, że teksty nie zawsze stanowią mocny punkt to genialność niektórych zwrotek sprawia, że przybijamy piątkę Mike’owi i kiwamy głową dalej.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

fiona-apple-the-idler-wheel9. Fiona Apple – The Idler Wheel Is Wiser Than The Driver Of The Screw & Whipping Cords Will Serve You More Than Ropes Will Ever Do. Najmocniej hajpowana płyta na zachodzie zeszłego roku, w Polsce natomiast trochę jakby mniej było o niej słychać. A szkoda. Bo Fiona Apple na „The Idler Wheel Is…” stworzyła bardzo emocjonujący klimat. Słowo „Emocje” to słowo klucz w przypadku tracków zawartych na tym albumie. Głos Fiony Apple, teksty i melodie są momentami mocno wzruszające i chwytające za serducho. Nie chce wyjść na mazgaja co to płacze przy słuchaniu płyt, ALE to kapitalna płyta jest. Wsłuchajcie się w takie piosenki jak „Werewolf” czy też „Jonathan” a zrozumiecie o co mi chodzi. No a poza tym sama Fiona Apple ma bardzo ładny głos <git>.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Chromatics-Kill-for-Love-e13327744494438. Chromatics – Kill For Love. Chromatics powrócili w bardzo dobrym stylu. „Kill For Love” to zdecydowanie najlepsza rzecz z elektroniki jaką słyszałem w poprzednim roku (krytyka: słuchałem mało elektroniki, ale co tam). Najlepsze w tym wszystkim jest TO, że sukces tej płyty osiągnęli w standardowy sposób sięgając po sprawdzone sztuczki z poprzednich płyt. W porównaniu do takiego „Night Drive” to już na sam widok tracklisty widać podobieństwa (również zapodali ponad 15-minutowego potwora). Ta płyt jest mocno chromatiksowa, zespół wypracował swój własny styl i się go trzyma. Na razie pomysł ten sprawdza się, ja to kupuje. „Kill For Love” to album mocno hipnotyczny, utwory typu „Lady” zachwycają swoją transową psychodelią. Muszę także wspomnieć, że w moim przypadku im dłużej tej płyty słuchałem to tym bardziej mi się podobała. W kwietniu była dla mnie umiarkowanie dobra, obecnie jest na tyle dobra, że znalazła się na liście najlepszych płyt (do ostatniej chwili się zastanawiałem, czy nie wcisnąć tutaj Twin Shadow’a?)

posłuchaj / przeczytaj recenzje

grizzly-bear-shields7. Grizzly Bear – Shields. Grizzly Bear to sprawdzona marka, już przed puszczeniem „Shields” wiedziałem jak będzie. Bez zaskoczenia podczas recenzowania tego albumu mówiłem o pewnej kolejności rzeczy. Ta płyta jest naturalnym następstwem „Veckatimest”. Album z 2009 wciąż mi się podoba i czasem do niego wracam, dlatego też nie było żadnego powodu by najnowszy krążek mi się nie spodobał. „Shields” i „Veckatimest” to płyty w zasadzie podobne. Różnice tkwią w szczegółach, zespół wciąż wykorzystuje swoje sprawdzone techniki do tworzenia magicznego folku. Jest mniej singlowo, ale to bardzo dobry materiał. W dobie zalewu folkiem i alternatywą (nawet w mainstreamie!) na jedno kopyto, nudnym, marnym i w moim przypadku cholernie denerwującym, Nowojorczycy mają swoje stałe miejsce na muzycznej mapie świata.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Jessie-Ware-Devotion6. Jessie Ware – Devotion. Zakochałem się w tym materiale od pierwszego razu. Jessie Ware, którą wcześniej można było usłyszeć w piosenkach SBTRKT nagrała świetny debiutancki album. Sukces tej płyty tkwi w niesamowitym klimacie zadymionego jazzowego klubu, bogatego brzmienia (posłuchajcie tych piosenek w słuchawkach!), ciekawego głosu Panny Ware oraz przebojowości singli, które podbiły najbardziej komercyjne stacje radiowe. Trudno oprzeć się urokowi „Wildestm Moments”, zadziorności „Running” czy też chwytliwości „110%”. „Devotion” to zdecydowanie najlepsza popowa rzecz poprzedniego roku i również zdecydowanie najlepsza brytyjska płyta. W Polsce „Devotion” Jessie Ware zostało bardzo ciepło przyjęte i pokryło się platyną, Brytyjska wokalistka odwiedzi nasz kraj po raz kolejny na wiosnę. Czekamy z niecierpliwością.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Cloud-Nothings-Attack-on-Memory5. Cloud Nothings – Attack On Memory. Natomiast „Attack On Memory”  to najlepsza rzecz z gatunku indie rocka, której słuchałem w poprzednim roku. O ile można mówić tutaj o indie rocku, bo zespołowi z Cleavlend w stanie Ohio bliżej do punk rocka czy też hardcore’u. Cloud Nothings nagrało kapitalną, energiczną płytę. Słychać tutaj inspiracje Trail of Dead – mistrzów hardkorowego indie. W szczególności zachwycił mnie rozbudowany, epicki „Wasted Days”, który sprawił, że poczułem się jak 17-latek. Kapitalnie słucha się również takich piosenek jak „Our Plans” czy też „Stay Useless”. Reszta utworów to nie ułomki, całość prezentuje się obficie. Ta płyta oczywiście nie wnosi nic nowego do gatunku, ale w dobry sposób podsumowuje wcześniejsze dokonania i dostarcza wiele rozrywki podczas słuchania. Czekam teraz na jakiś koncert, mam nadzieję, że zaklepie ich Artur Rojek na tegoroczną edycje Off Festiwalu.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

miguel4. Miguel – Kaleidoscope Dream. Miguel, czyli Prince XXI wieku. Tak o nim pisałem podczas recenzowania „Kaleidoscope Dream”. Zdania nie zmieniłem i do tej pory słucham tego krążka z wypiekami na twarzy. Jest to mocno precyzyjna, świetnie dopieszczona pod każdym względem płyta. Miguel i jego nieziemski głos stanowi oczywiście tutaj najważniejsze, centralne miejsce. Poza tym naszą uwagę zwracają kapitalne wstawki gitarowe, takie jak w „Use Me” czy też „Gravity”. „Kaleidoscope Dream” to spora dawka świeżego powietrza dla współczesnej muzyki rozrywkowej. Troszkę tej płycie zabrakło by załapać na podium. Jednak polecam ją szczerze każdemu, idealna propozycja na tło do romantycznego spotkania z dziewczyną. Nawet jeżeli teksty są czasami gorzkie to gwarantuje wam nie powtarzalne przeżycia. Taki jest Miguel.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

lonerism tame impala3. Tame Impala – Lonerism. Zdecydowanie najlepsza gitarowa płyta zeszłego roku. Australijski zespół na „Lonerism” przywołał dawnego ducha lat 60. Odwołując się do twórczości The Beatles, The Doors czy też Led Zeppelin nagrali materiał pełen psychodelicznych, zakręconych i kolorowych dźwięków. Panuje tutaj mocno narkotyczny nastrój dopieszczony lekkim sentymentalnym spojrzeniem na amerykańskie plaże z przełomu lat 60. i 70. Plusem albumu jest wyeksponowana perkusja oraz kapitalne klawisze i wszelkie synthowe brzmienia, które powodują, że całość jest odbierana przeze mnie ciepło i przyjemnie. Ta płyta wchodzi do głowy z taką samą łatwością jak zimne żuberki w letni, upalny dzień. Mimo, że chłopaki z Tame Impala co prawda nie wymyślają niczego nowego to i tak chętnie będę wracał do tej płyty.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Frank-Ocean-Channel-Orange2. Frank Ocean – channel ORANGE. Nikt tak bardzo nie umilił mi wakacji jak Frank Ocean ze swoim wiekopomnym „channel ORANGE”. Co prawda byłaby to płyta roku, gdyby nie Kendrick Lamar, ale w wielu innych rankingach została uznana za numer one. Frank Ocean już od jakiegoś czasu dawał sygnały, że posiada nie lada talent. Szło go było usłyszeć na płytach Kanye Westa czy The Throne (K. West z Jay-Z), poza tym już na poprzednim mixtapie zdradzał pierwsze oznaki zajebistości. Wszystko to zostało oficjalne potwierdzone na „channel ORANGE’, które w pewnym sensie podsumowuje cały dorobek muzyki R’n’B. By oddać esencję tej płyty zacytuje samego siebie: „Mowa tutaj o świetnie wyważonym popie, który wciąga, chce się go nucić pod nosem, słuchać rano, w środku dnia i późnym wieczorem”. Na koniec jeszcze dodam, że Frank Ocean wcale nie musiał się odkrywać ze swoją prawdziwą naturą. Muzyka zawsze sama się obroni.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

kendrick-lamar-good-kid-maad-city-cover1. Kendrick Lamar – good kid, m.A.A.D city. Dla wielu to Frank Ocean nagrał płytę roku. Dla mnie też „channel ORAGNE” był do pewnego momentu albumem roku. Do czasu, gdy usłyszałem „good kid, m.A.A.D city” Kendricka Lamara. Młody raper, który pochodzi z Compton! nagrał album życia. Do tej pory zachwycam się efekciarskim sposobem rzucania słów przez Kendricka, zajebistymi podkładami oraz kapitalnymi singlami. Lamar postanowił na albumie przedstawić dzień z życia w Compton. Jest to płyta naszpikowany wieloma odniesieniami i skojarzeniami. Najbardziej widoczne (a raczej słyszalne) są odnośniki do wiary i religii, w końcu cały album rozpoczyna się od modlitwy, która kontynuowana jest również dalej. Dzięki „good kid, m.A.A.D city” Kendrick Lamar na stałe wpisał się do kanonu muzyki hip-hopowej i nie tylko, bo płyta powinna się spodobać każdemu. Można przy niej się dobrze bawić, ale również wsłuchiwać w szczere opowieści Kendricka, który między innymi spowiada się ze swojego problemu z alkoholem. Na koniec warto również wspomnieć o ciekawych gościach, którzy pojawiają się na płycie – Dr. Dre czy też Drake.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Powrót do przeszłości, czyli nadrabiam zaległości z 2012

balotelliJak zwykle co roku tuż przed publikacją podsumowań całorocznych stwierdzam, że o wielu płytach nie zdążyłem napisać. Dlatego w jednej notce zamieszczę kilka krótkich recenzji albumów o których grzechem byłoby nic nie napisać.

DeathGrips_TheMoneyStoreDeath Grips – The Money Store. Death Grips to jedno z objawień roku, którego do końca nie potrafię jeszcze ogarnąć. Ok jest to materiał innowacyjny, ale też momentami nużący. Chwilami niektóre piosenki wydają się nieskończenie dłużyć mimo, że trwają góra 3 minuty. Doceniam jednak chęć wstrząśnięcia rynkiem, to chyba się udało. Jest agresywnie, perwersyjnie i… napisałbym coś więcej, ale momentami nie wiedziałem o co chodzi. W ogóle okładka tej płyty i sama jej nazwa mówi wszystko. Podczas słuchania „The Money Store” stajemy się na chwilę cenobitami i łakniemy robić dziwne rzeczy. Dlaczego zatem piszę o tej płycie? Pod koniec „The Money Store” robi się ciekawie. „The Cage” jest wzbogacony o fajne syntezatory, „Punk Weight” zbudowany jest na fajnych samplach a te dźwięki daleko wschodu w „Bitch Please” to jakiś kosmos. Natomiast kończący całość „Hacker” to dobry parkietowy utwór penetrujący lata 80., którego z całą pewnością słuchałby dzisiaj David Hasselhof jeżdżąc swoim nieustraszonym KITT’em. Chcemy po nim więcej, ale to niestety koniec albumu. Myślę, że z czasem można polubić te utwory. Jakie ma znaczenie „The Money Store” dla muzyki? To się okaże z czasem, czy ktoś podąży dalej tymi ścieżkami. Ocena: 7/10.

posłuchaj

kindnessKindness – World You Need A Change Of Mind. Projekt za którym stoi Adam Bainbridge to jedno z odkryć 2012 roku. Młody Anglik na „World You Need A Change Of Mind” bawi się brzmieniem i stylistyką. Jego debiutancki album łączy w sobie elementy popu, indie, muzyki tanecznej, disco, elektroniki a nawet funku. Ponadto słychać inspiracje latami 80. zwłaszcza w kapitalnym „That’s Alrights”. Krążek ten ma dwa oblicza. Pierwszy jest melodyjny i taneczny – pije między innymi do funkowego „Doigsong”. Drugi natomiast bardziej melancholijny reprezentowany jest przez takie utwory jak „Cyan” czy też „Anyone Can Fall In Love”. Jeżeli lubicie muzyczne eksperymenty to jak najbardziej spodoba wam się to jak bawi się z dźwiękami Kindness. Dla mnie bomba. Czuje, że pojawił się muzyk z którym nasza przygoda potrwa jeszcze kilka dobrych lat mimo, że nazwa albumu nie zmobilizowała mnie na tyle by cokolwiek zmieniać. Ocena: 7/10.

killer-mikeKiller Mike – R.A.P. Music. Hip-hop dzięki takim płytom ma się dobrze. Killer Mike, koleś z Atlanty pobił resztę ziomów z obu wybrzeży wydając jedną z najlepszych czarnych płyt poprzedniego roku. Nie jest to koncept album tak jak to było w przypadku Kendricka. Nie jest również tak przebojowa jak „channel ORANGE”. Jest po prostu starą szkołą hip-hopu, którą każdy słyszał chociaż raz za sprawą takich ziomów jak Nas, N.W.A. czy też Notorious Big. Każdy kawałek (No może poza trackami 8 i 9, które są strasznie toporne) miażdży system. Teksty o zabarwieniu politycznym nie są jakoś wyjątkowe czy też nawet wyróżniające, ale niektóre wersy po prostu są genialne. „Tell the government Fuck you, no way” albo „This is Soul of Black Folks mixed with Donald Goines shit” – nie mam pytań. Killer Mike wydaje się być porządnym człowiekiem z własnym systemem wartości do którego nie dopuszcza żadnych zewnętrznych autorytetów czy też instytucji. A muzyka? Po 9 lat działalności nagrał świetny album i chwała mu za to. Ocena: 8/10.

visionsGrimes – Visions. A to ci dopiero. Młoda Kanadyjka Claire Boucher to dopiero wyszukany dziwoląg. Stylówka łącząca Lady Gagę z Nicki Minaj, cieniutki głosik małej, niewinnej dziewczynki i głowa pełna ciekawych pomysłów. Projekt Grimes, mimo, że wygląda na nie poważny i mało profesjonalny sprawdził się. Ludzie to kupili, nawet widziałem jak niektórzy ludzie na fejsie zaczęli wrzucać na „walla”. A muszę zaznaczyć, że to typki, którym bliżej do Pudelka niż Pitchforka. Ale co tam. Nie o to chodzi. Od razu podkreślę, że nie jestem orędownikiem Grimes w całości a jedynie w kawałkach. „Visions” ma dobre momenty, niektóre nawet kapitalne. Jednak całości brakuje pewnej spójności, nie kupuje bajki o cyborg-popie (Nie pamiętam by Robocop robił muzykę?). Przypomina mi to troszkę stare pierdzenie o New Rave. Czyli coś, czego absolutnie nie ma. To dobra elektronika, ale chwilami czuć tutaj chaotyczność i duch blogosfery spod znaku piszemy coś co ma brzmieć mądrze (pisze mądrala na blogu!). Ale pomimo tych wszystkich niedociągnięć i jej różowego stylu to lubię Claire Boucher. Będę kibicować jej w 2013. Ocena: 7/10.

macdemarcoMac DeMarco – 2. Jak to nie wiele trzeba by stać się sławnym. Internet daje każdemu możliwości. Mac DeMarco ją wykorzystał. Jeszcze rok temu nikt o nim nie słyszał. A teraz? Pitchfork ogłosił go jednym z odkryć roku. Blogosferze i portalom muzycznym, także przypadł do gustu. Być może wynika to z tęsknoty za barwnymi postaciami, których jedynym sprzymierzeńcem jest ich gitara i ich głos. Mac DeMarco ma coś w sobie z gwiazdy rocka/folku z przełomu lat 60. i 70. Możemy go podziwiać na dziwacznych zdjęciach, gdzie zdradza skłonności do przebierania i malowania się niczym David Bowie. Natomaiat brzmienie płyty nie zaskakuje tak jak on sam. Są to zwykłe, solidne, melodyjne piosenki nagrane jakby „na odpier***”. Słuchając „2” czuć tutaj pewne niechlujstwo, ale i dobrą zabawę. Dla kogoś kto jest już znudzony tymi wszystkimi perfekcyjnymi indie kapelkami z chłopaczkami w ładnie skrojonych wdziankach jest to pewnego rodzaju odskocznia. Poza tym mój wysoki poziom autoironii pozwala go na tyle polubić by dać mu tą siódemkę. Ocena: 7/10.

fiona-apple-the-idler-wheelFiona Apple – The Idler Wheel Is Wiser Than The Driver Of The Screw & Whipping Cords Will Serve You More Than Ropes Will Ever Do.  Na koniec zostawiłem sobie najbardziej emocjonalną płytę z 2012 roku (Mógłbym pisać o zaległościach w nieskończoność, ale przecież czekacie na podsumowania?). Fiona Apple nie jest debiutanką jakby każdemu mogło się wydawać. Na rynku muzycznym istnieje, ba to za dużo powiedziane, POJAWIA SIĘ co jakiś czas od 15 lat. I chyba dlatego każda jej płyta to spore wydarzenie. W 2012 roku pojawiła się po sześciu latach przerwy z płytą o pokracznie długiej nazwie (Za to akurat minus bo na długie, pokraczne nazwy pozwalam tylko Sufjanowi). Zawartość „The Idler Wheel Is…” jest bardzo emocjonalna. Czuje się w głosie Fiony Apple wiele uczuć. To zdecydowanie największy plus tej płyty. Po drugie ta płyta wydaje się być mocno intymna. Słuchając jej słyszymy, że to piosenki, które dojrzewały w sercu Fiony Apple od dłuższego czasu. Na plus zaliczyć należy również teksty, zwłaszcza „Werewolf” oraz „Jonathan” wysuwają się tutaj do czołówki moich ulubionych. Pozostaje jeszcze kwestia brzmienia. Jest ono spokojne i melancholijne. Ciekawa mieszanka popu z jazzem. Większość utworów oparta jest o brzmienie fortepianu, natomiast instrumenty perkusyjne są tylko dodatkiem funkcjonującym gdzieś tam w tle (Nie licząc wstępu do „Left Alone”). Oczywiście na pierwszym miejscu jest wzruszający i miejscami teatralny głos Fiony Apple. Jedynym poważnym minusem całości są pojawiające się dłużyzny. Poza tym ktoś uparty zawsze może zaśpiewać: „ale to już było”. Dla mnie generalnie jedna z lepszych płyt poprzedniego roku. Ocena: 8/10.