Tauron Nowa Muzyka Katowice 2018 – relacja

Po raz kolejny miałem okazję gościć na jednym z najlepszych festiwali muzycznych w Polsce. Mowa oczywiście o starym, dobrym Tauronie, który jak zwykle miał wiele do zaoferowania mojemu wymagającemu gustowi muzycznemu. Można było potańczyć, potuptać nogą, dać się zahipnotyzować, odlecieć w kosmos, popaść w trans czy też zwyczajnie się odprężyć. Jednym słowem dobra zabawa, a kto nie był, niech żałuje!

Dzień Pierwszy

Mój udział w katowickim festiwalu rozpoczął się od piątkowego koncertu Jordana Rakei’ego. 25-letni muzyk z Nowej Zelandii dał na Scenie Miasta Muzyki bardzo przyjemny i lekki pokaz swoich muzycznych umiejętności. Nie od dziś wiadomo, że wszelkie mieszanki soulu, funku z indie popem łykam od razu. Takie utwory jak „Selfish„, „Wildfire”, „Alright” czy też „Nerve” po prostu ujęły katowicką publikę, w tym mnie. Nowozelandczyk potrafił zaciekawić, dzięki czemu jego koncertu bardzo szybko mi upłynął. Żałowałem tylko, że nie skusił się na odegranie coveru „Lost„. Spod głównej sceny festiwalu przeniosłem się na scenę w amfiteatrze NOSPR, gdzie pod gołą chmurką zaprezentować się mieli chłopaki z Bitaminy. Chłopaki słynną z energicznych koncertów, tym razem nie było inaczej. Publiczność chętnie podrywała się do tańca, aczkolwiek trzeba przyznać, że był to występ nieco nierówny. Muzycznie dali jednak radę i faktycznie są bardziej POP niż Hip-Hop, i dobrze.

Ponownie powróciłem pod scenę Miasta Muzyki, gdzie wystąpić miał jeden z headlinerów całego festiwalu – Fever Ray. Karin Dreijer wyszła na scenę w asyście dwóch wokalistek przebranych w dość oryginalne stroje osiłków. Występ założycielki legendarnego już The Knife , jak można było się spodziewać mieszał taneczną elektronikę z mrocznym klimatem. Było tajemniczo i mistycznie, aczkolwiek spodziewałem się większego efektu WOW po występie Szwedki, która momentami przynudzała. Na szczęście zupełnie odmiennych spostrzeżeń dostarczył mi występ Mura Masy. Młody Brytyjczyk z Guernsey ma już na koncie wspólne utwory z takimi artystami jak A$AP Rocky, Charli XCX czy też Damonem Albarnem, a przez wielu został już okrzyknięty muzycznym odkryciem roku 2017. 22-letni Producent wystąpił w asyście czarnoskórej wokalistki, która jednocześnie śpiewała, rapowała i tańczyła. I co najważniejsze dała radę, a wręcz skradła show Alexowi Crossanowi. Katowicka publiczność miała okazję usłyszeć wszystkie przeboje Mura Masy, a więc nie zabrakło takich utworów jak „Love$ick„, „1 Night” czy też „What If I Go?„. To był dla mnie zdecydowanie najlepszy koncert tego dnia.

Kilka minut po północy znajdowałem się już pod sceną Red Bulla, gdzie występował Toulose Low Trax. Niemiecki muzyk potrafił zahipnotyzować publiczność i zmusić ją do dzikich harców. Mnie jednak nie uwiódł. Dzień zakończyłem występem Nosowskiej, która jak się spodziewałem grała głównie utwory z nowej płyty. Jej nowa lokowato elektroniczna twarz jest jak najbardziej OK, jednak chyba wolę bardziej tą artystkę w gronie muzyków z Hey. Elektroniczny-Punk przestał mnie rajcować dekadę temu na „Afterparty” Cool Kids of Death, jednak Nosowską i tak szanuję.

Dzień Drugi

Drugi i zarazem ostatni dzień z moim udziałem na Festiwalu rozpoczął się ponownie pod sceną Miasta Muzyki. Swój występ dawała tam japońska formacja Soil & „Pimp” Sessions. Po raz pierwszy w życiu bałem się o scenę na której grają muzycy. Japończycy dali taki popis, że myślałem, że lada moment wystrzeli ona w kosmos, dosłownie! Świetne, energiczne utwory mieszające muzykę klasyczną, jazzową i techno idealnie komponowały się ze luzackim stylem Japończyków. Lider Tabu Zombie wyglądał i zachowywał niczym gangsta raper, perkusista dał chyba ze 10-minutową solówkę na garach a reszta ekipy nie odstawała w ekstrawagancji na krok! Kapitalny koncerty. Następnie udałem się pod Red Bull Stage by zobaczyć JANKĘ. Muzyków na scenie nie widziałem, ale to co usłyszałem z głośników spodobało mi się! Świetny retro styl.

W chwili gdy Urugwaj ogrywał Portugalię na Mistrzostwach Świata w Rosji na scenie Miasta Muzyki występował Zespół Senor Coconut. Zespół postawił na covery znanych piosenek nagranych w kubańskim stylu. Pomysł fajny i ciekawy, bo takie utwory jak „Around The World„, „Sweet Dreams” czy też „The Robots” dawały radę w nowej aranżacji. Jest tylko jedne ALE, to tylko covery. I w dodatku nie wszystkie były udane. Nie jestem pewien też czy główna scena to odpowiednie miejsce na tego typu ciekawostki. Ponownie wróciłem pod Scenę Red Bull by przekonać się czy Essaie Pas brzmią na żywo równie dobrze co na płycie. Kanadyjczycy dali radę. Jednak nie zostałem do końca, gdyż zależało mi na odnalezieniu Secret Stage, gdzie wystąpić miał Rasmentalism. Do występu na żywo tej grupy przymierzałem się od dawna, dlatego cieszy mnie, że miałem okazję zobaczyć ich na Tauronie. Na żywo hip-hopowy skład brzmi tak samo rewelacyjnie jak na płytach, a może nawet i lepiej? To był jedyny koncert tego festiwalu, gdzie repertuar znałem na wylot, dlatego też z wielką przyjemnością wyłapywałem te świetne linijki z takich utworów jak: „Jeszcze Jeden Kieliszek„, „Fast Food” czy też „Moment„. Raperzy skupili się na repertuarze z dwóch ostatnich płyt: „Tango” oraz „1985„, trochę szkoda bo liczyłem na jakieś utwory z „Za Młodzi na Heroda„.

O godzinie 24 na scenie More Music Hall odbył się najbardziej hipnotyzujący i psychodeliczny koncert jaki widziałem podczas tegorocznej edycji Taurona. Wolgang Voigt grający jako projekt GAS w totalnym mroku prezentował ambient w swoim wykonaniu. Szczerze powiedziawszy to ciężko mi jakoś racjonalnie opisać czy też ocenić ten występ. To nawet nie był koncert, tylko jakieś narkotyczne przeżycie. Podobne odczucie miałem po seansie filmu „Enter The Void„, z tym, że te koncertowe było bardziej intensywne za sprawą wspaniałych wizualizacji i mrocznej muzyki. Festiwal zakończyłem na koncercie Son Luxu. Amerykanów widziałem już wcześniej podczas OFF Festiwalu. Wtedy nie przypadli mi do gustu, jednak po bliższym zapoznaniu się z ich twórczością, odkryłem w nich coś co sprawiło, że wyczekiwałem tego koncertu. Z ogromną przyjemnością odsłuchiwałem kapitalnych „Easy„, „Alternate World” czy też najbardziej znane „Lost To It Trying„. Grupa potrafiła zaangażować publikę podczas odgrywania „Dream State” i dać kapitalny, ponad godzinny występ. To było idealne zwieńczenie mojej przygody z Tauron Nowa Muzyka Katowice, już nie mogę się doczekać przyszłej edycji!

Dobre i złe strony bycia kolejnym Ostrym – recenzja „Tango”

Pozwoliłem sobie przejrzeć recenzję najnowszego, bo szóstego krążka grupy Rasmentalism – „Tango„. Przede wszystkim w większości tytuł wpisu nawiązywał do dawnego przeboju Budki Suflera, co sprawiało, że czułem się jakbym czytał rozprawkę gimnazjalisty. Druga kwestia to wysokie oceny. Jak dla mnie zbyt wysokie i dziwi mnie ten nie poprawny optymizm przy ocenianiu tej płyty. Sprawdźmy jak to naprawdę jest z tym albumem.

Fakt, jest to dość dobra i solidna płyta. Ras ponownie wypluwa z siebie wyśmienite zwrotki a Ment tym razem poszedł w bardziej przystępne podkłady nawiązując do muzyki pop i r’n’b. I jest to jak najbardziej OK. Z tym, że po takich krążkach jak „Za Młodzi na Heroda” czy też „1985” można by spodziewać się czegoś więcej. To trochę jak z płytami Ostrego. Przyzwyczaił nas do swojego wysokiego poziomu i pewnego standardu, jednak momentami brakowało na jego nowych płytach tego „czegoś”. Słuchamy i mówimy sobie „OK”, ale wciąż nie ma tego „WOW”.

Tango” to przyjemny w odbiorze longplay, który przede wszystkim cieszy ucho zgrabnie dobranymi podkładami. Jest ciepło, prawie wakacyjnie i melodyjnie. To duża zmiana w porównaniu do zimnego i chłodnego „1985”. To wciąż hip-hop, ale sporo tu śpiewania i melodyjności. Rosalie oraz Vito z Bitaminy dbają o to by refreny na płycie wpadały w ucho. Jeżeli chodzi o kwestie liryczne to Ras rzuca dość ciekawe i trafne spostrzeżenia. Z przyjemnością wyłapuje się różne porównania jak chociażby: „wzrok ci uciekał jak Theon Greyjoy , „Odpalaj „Narcos”, takie chwile są tratwą” czy też „Będę czwartym paskiem w Twoim Adidasie Originalsie”. Natomiast ta linijka „Miałem jeść to z kumplami do rana, ale z żonami przyszli” niech będzie symbolem miejsca w którym obecnie znajduje się duet. Jednak jak się zagłębimy w teksty to brakuje tutaj przekazu, a więcej modnych i wielkomiejskich słówek. Wyjątkiem jest „Duch„, gdzie Sokół i Oskar z PRO8L3MU nie stanowią wyłącznie ozdobnika do tracklisty.

Może nie jest to księga współczesnej życiowej filozofii, ani poradnik jak żyć w czasach komunikacji hasztagami i zabijania czasu na fejsie i instagramie. No, ale jak to kiedyś wspomniałem w pewnej recenzji – nie zapominajmy o walorach rozrywkowych, te z pewnością tu znajdziemy. Spędzajcie miło czas przy „Tango„, ale nie spodziewajcie się, że zapadnie wam w pamięć na stałe bądź odmieni czyjeś życie. W moim przypadku tak nie było. Ocena: 6/10.

Is it me you’re looking for Panie władzo?

1985rasmentalism-700x352Trzeci oficjalny longplay lubelskiej grupy Rasmentalism to zbiór opowieści i obserwacji współczesnego 30 latka mieszkającego w dużym mieście. Historie te są doskonalone znane ludziom z mojego rocznika (również lata 80, piątka!). Chyba każdy z nas ma znajomych, żyjących jak nastolatkowie. Imprezy, snapy, szpany, new balansy, brak własnej kasy i tego typu klimaty. Oczywiście wszystko odpowiednio zareklamowane w social media, przecież obecnie każdy jest fejsbukowym PR-owcem własnego życia.

Od dawna chciałem o tym wspomnieć. Przeglądanie fejsbukowego walla wzbudza we mnie wiele skrajnych emocji. Niestety nie prowadzę już na blogu kącika tematycznego „Paweuu o…”. Dlatego cieszę się niezmiernie, że pojawia się taka okazja przy recenzji albumu „1985„. Przybijam chłopakom piątkę w tym temacie, jednak nie dramatyzowałbym aż tak mocno. Gdyż po przesłuchaniu tego materiału można mieć wrażenie, że faktycznie jest bardzo źle. Przykład? Zwrotka z „Jak z nut„, gdzie Ras rzuca „Chłopaki mówią jest, co ruchać, ale nie ma z kim wyjść. To zabawne, bo dziewczyny mówią dokładnie to samo” lub fragment z „1985„, gdzie pada fatalistyczne stwierdzenie: „Ludzie na przystankach tacy smutni / Jadą sobie naciułać na trumny”.

rasmentalismOgólnie na albumie znajdziemy sporo krytycznych uwag na temat współczesnej internetowej młodzieży. Idealnie to oddaje ta zwrotka: „Tym dziewczynom imponują kurwy / Małolaci przy nich inicjują burdy / Ich rodzice wychowują durni„. Ten Typ Mes dolewa oliwy do ognia w utworze „Ale zdejmij buty” dorzucając – „Ty płaczesz, że mało lajków i coś nie gra? / Bitch, żegnam”. Pięknie problem ilustruje „Jeszcze jeden kieliszek”, gdzie Ras opisuje współczesną imprezę. „Tu blogger, model, raper – jeden chuj” – genialne! Dostaje się także współczesnym raperom – „Mam dość tego, jak muzyka jest pozbawiana treści / Wkurwiają mnie raperzy, którzy brzmią jak Brian Tracy”. Poza tym na płycie jest sporo innych problemów współczesnego 20-paru-latka

Przejdźmy jednak do muzyki. Za tą stronę jest odpowiedzialny producent Ment XXL, który wykonał swoją robotę doskonale. Płyty słucha się dobrze, przyjemnie i lekko. Pomimo, że teksty są dość poważne i mogą wprowadzać w negatywny nastrój to muzyka działa zupełnie odwrotnie. W ten oto sposób dostajemy album, który pomimo, że porusza ważne problemy to słucha się całkiem przyjemnie. Zdecydowanie polecam! Ocena: 7/10.