Muzyczne podsumowanie roku 2012: Listy Gości

listy gosciListy Gości po raz pierwszy na łamach bloga pojawiły się rok temu. Wtedy mieliśmy okazję przejrzeć podsumowujące rankingi od Izy Lach, Michała Stambulskiego z Microexpressions oraz chłopaków z The Kurws. Tym razem swoje podsumowania zamieściło więcej rodzimych artystów. Zapraszam do lektury.

wiraszko

Michał Wiraszko – wokalista i lider zespołu Muchy

Ze względu na muzykę, postawę artystyczną, atmosferę, koncerty, przekaz, teksty, okładkę nerw lub polot w 2012 słuchałem tych właśnie płyt. Siedemnaście mgnień mijającego roku w porządku alfabetycznym.

Afrokolektyw – „Piosenki po polsku”
Bob Dylan – „Tempest”
Bat for Lashes – „The Haunted Man”
Beach House – „Bloom”
Bob Dylan – „Tempest”
Grizzly Bear „Shields”
Hey – „Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan”
Paul Kalkbrenner – „Guten tag”
Kamp! – „Kamp!”
Kim Nowak – „Wilk”
Magnificent Muttley – „Magnificent Muttley”
Skubas – „Wilczełyko”
Smoke & Jackal – „EP1”
Tame Impala – „Lonerism”
Twin Shadow – „Confess”
Jessie Ware – „Devotion”
ZZ Top – „La Futura”

turnipfarm

Turnip Farm – Zespół z Wołowa/Bydgoszczy, twórcy jednej z lepszych indie rockowych płyt poprzedniego rocku „The Great Division”.

Marcin Lokś:

Ciężko mi wybrać 10 NAJLEPSZYCH płyt 2012 bo aż tyle nowości nie słucham, wydaje mi się że ten rok był dużo słabszy od poprzedniego jeśli chodzi o płyty.. Po prostu wymienię te płytki z ubiegłego roku, które goszczą często w moim sprzęcie ( kolejność raczej dowolna:):

– Dinosaur Jr. I Bet On Sky – komentarz zbyteczny…
– Godspeed You Black Emperor – Allelujah! Don’t Bend Ascend – drżyjcie narody!!!!
– V/A – Breaking Dawn Part. 2. Wampirza Saga przyzwyczaiła mnie do dobrych składanek, nie inaczej jest tym razem
– Calexico – Algiers, starzy wyjadacze nie składają broni
– Brad- United We Stand, patrz wyżej…
– Neil Young – Psychedelic Pills… bo tak by wypadało:)

+ sporo polskich fajnych rzeczy:
– Plum – Emergence – niezmierzone pokłady pomysłów – tym razem przekutych na bardziej melodyjne niż zwykle ostre hity
– Hard To Breathe – Grey Sky Above Our Eyes 7″Ep – jak czad to czad!
– Upside Down – Aperitif – po staremu, ale grają kali- punka najlepiej w kraju, fajne texty dla punków po 30-tce:)
– Peter J. Birch – When The Suns Rising… lokalnie a globalnie!

Tomala:

1. Converge ‚All We Love We Leave Behind’
2. Jessie Ware ‚Devotion’
3. GSYBE ‚Allelujah! Don’t Bend!Ascend!’
4. Bruce Springsteen ‚Wrecking Ball’
5. Jack White ‚Blunderbuss’

plum_nrd

Plum – rockowy band z Poznania stworzony przez braci Piekoszewskich. Twórcy zeszłorocznej płyty „Emergence”.

Rafał Piekoszewski:

  • Rocket Juice & the Moon
  • Fucked Up – Year Of The Tiger
  • My Best Fiend – In Ghostlike Fading
  • Spiritualized – Sweet Heart Sweet Light
  • Liars – WIXIW
  • The Mars Volta -¦ Noctourniquet
  • The Flaming Lips – The Flaming Lips and Heady Fwends
  • Dirty Projectors – Swing Lo Magellan
  • Can – The Lost Tapes Box Set
  • Flea – Helen Burns
  • Speech Debelle – Freedom Of Speech
  • Thee Oh Sees – Putrifiers II
  • Swans – The Seer
  • Tame Impala – Lonerism
  • Lightning Bolt – Oblivion Hunter
  • Sic Alps – Sic Alps
  • The Bad Plus- Made Possible
  • Flying Lotus – Until The Quiet Comes
  • The Gaslamp Killer – Breakthrough
  • Homeboy Sandman – First of a Living Breed
  • Jon Mueller – Death Blues
  • Turnip Farm – The Great Division
  • Chilly Gonzales – Solo Piano II

Marcin Piekoszewski:

  1. Cornelius – CM4
  2. Tame Impala – Lonerism
  3. David Byrne & St. Vincent – Love this Giant
  4. Flying Lotus –Until the Quiet Comes
  5. Flea – Helen Burns
  6. Chilly Gonzales –Solo Piano II
  7. Cat Power – Sun

gównoGówno – Zeszłoroczne punkowe objawienie, twórcy nowego gatunku muzycznego – rodeo punk oraz autorzy płyty „Czarne Rodeo”.

Adam Witkowski:

Przy próbie skonstruowania tego zestawienia, okazało się jak niewiele czasu miałem ostatnio na słuchanie muzyki. Początek 2012 upłynął mi na miksowaniu płyty zespołu Gówno – Czarne Rodeo. Następnie płynnie wszedłem w etap przygotowywanie demówek do drugiej płyty Trupa Trupa, którą właśnie nagrywamy. Zabrałem się też do pracy nad własnym albumem, czyli drugą płytą 0404 oraz realizację kawałków zespołu Towary Zastępcze. Przy pracy z dźwiękiem jestem zazwyczaj tak skupionym, że najchętniej odpoczywa się w ciszy.

Nowości które pojawiły się w mojej domowej kolekcji, zostały nagrane i przyniesione przez przyjaciół. Dwie z nich zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie, że bez wahania chciałbym je tu wymienić. Pierwsza, to płyta Konrada Smoleńskiego i Daniela Szweda czyli BNNT. Zostałem totalnie porażony tą produkcją. Pięknie, pełnie i za razem brutalnie brzmiący album. Utwory wspaniale rozmieszczone na długości całej płyty, stanowią właściwie monolit. Wszystko się na tym albumie zgadza! Do wartości muzycznych dochodzi jeszcze okładka, której nie sposób przegapić w stosie obrzydliwych, połyskujących digi-packów. W ogóle, cała warstwa wizualna BNNT, nie tylko okładka, wybrzmiewa wraz z dźwiękami emitowanymi przez chłopaków. Nie chciałbym być w ich skórze, bo przekroczenie tak dojrzałego i dopracowanego dzieła będzie niezwykle trudne.

Kolejną produkcją, na jaką chciałbym zwrócić uwagę, jest kaseta zespołu Pustostany opublikowana przez bardzo interesujące wydawnictwo Oficyna Biedota. Materiał zawarty na tej bardzo krótkiej taśmie, swoim brzmieniem mogłaby doprowadzić do zawału serca Petera Gabriela. Wszystko tu burczy, brzęczy i ledwo co stroi. Odwrotnie jak w przypadku BNNT, czuję pewien niedosyt i czekam na kolejne plony ich działalności. Mam tylko nadzieję, że Maćkowi Salamonowi, który jest wokalistą Pustostanów, starczy czasu i nie zaniedba pracy w Gównie.

Maciej Salamon:

Zorientowałem się, że nie słucham i nie śledzę nowości. Większość albumów, które odkryłem, dostałem lub ktoś mi je puścił, zostały nagrane wcześniej. Rok 2012 spędziłem słuchając Blood Presure – The Kills (2011), Let England Shake – PJ Harvey (też 2011) The King of Limbs – Radiohead (ponownie 2011), albumów zespołu Shellack (lata 90) oraz większości płyt Sonic Youth. Jedna z niewielu nowych produkcji, która sprawiła, że dostałem ciarek, a do tego jeszcze zespół pochodzi z Polski to Gdzieś w Europie zespołu Wszaniec. Rzadko kiedy powala mnie muzyka z kraju nad Wisłą. To jest jedna z tych pozycji, którą po odsłuchaniu puszczam jeszcze raz i znowu i jeszcze raz. Nie rozumiem o czym śpiewają i w ogóle mi to nie przeszkadza. Solidna dawka punk rocka w najlepszym wydaniu.

Następnym dowodem na to, że w Polsce można nagrywać fajną muzykę jest album BNNT. Po pierwszym odsłuchu poczułem się jakby przejechał po mnie walec, co jest chyba najlepsza rekomendacją. Następnie, ten walec jeździł po mnie wielokrotnie i za każdym razem myślałem sobie: „O kurwa! Ale to jest dobre!”. I do tego, co już naprawdę rzadkie – „Jakie ładne!” – mam na myśli okładko-książke, w którą zapakowana jest płyta.

Marcin Bober:

Daleki jestem od numerowania, wkładania do szufladek i wykonywania innych zabiegów które wprowadzają biurokratyczne maniery. Nie będę wyłaniał zwycięzcy, ganił ani nobilitował. Tak się składa że jestem bardzo regresywnym melomanem, a może i wręcz muzycznym archeologiem. Nie śledzę nowości. Od czasu do czasu jednak sięgam po nowe wydawnictwa, w których odnajduję cenione przeze mnie „retro geny”. Jednym z takich właśnie albumów jest wspaniały, dwupłytowy album grupy OM – Advaitic Songs. Nie będę opisywał zawartości muzycznej Advaitic Songs, ponieważ cytując klasyka – „rozmawianie o muzyce, to jak tańczenie o architekturze”. Polecę ją po prostu wszystkim tym którzy lubią wolno i głęboko. Drugą płytą, którą z miejsca bardzo polubiłem jest debiut polskiego zespołu The Abstinents – Punk Not Drunk. To naładowany po brzegi akumulator, z którego czerpię energię do rozruchu w ciemne zimowe poranki.

Tomek Paluczuk:

Nie wszystkie najważniejsze dla mnie płyty minionego roku zostały w nim wydane. Jest to więc raczej lista wydawnictw najczęściej przeze mnie słuchanych lub takich, które wywarły na mnie największe wrażenie. Ogromny respekt wzbudziła we mnie płyta polskiego duetu BNNT, która zarówno realizacyjnie i wydawniczo jest bardzo blisko czegoś, co w tej dziedzinie mógłbym określić moim ideałem.

Z towarów importowanych „robiłem głośniej” głównie przy psychodelicznych produkcjach rodem z Austalii i Nowej Zelandii. Głównie Tame Impala, którzy wydali w zeszłym roku bardzo dobrą płytę Lonerism, nie przebijając jednak, w mojej opinii, swojej wcześniejszej Innerspeaker, której słuchałem zdecydowanie częściej. Druga postać z ciepłych krajów to Connan Mockashin, którego w dodatku, obok wielu innych dobrych koncertów, mogłem zobaczyć i posłuchać na żywo na tegorocznym Off Festiwalu.

Na koniec trochę z kategorii muzyki relaksacyjnej. Wschody i zachody słońca w hamaku i leżaku najprzyjemniej oglądało mi się przy Chromatics – Kill for love, Metronomy – English riviera i Blood Orange – Coastal groove.

Piotr Kaliński:

Robiłem już podsumowania dla kilku portali, postanowiłem tym razem zaproponować coś od siebie, czyli dwa przykłady mej solowej twórczości z roku 2012. Pierwszy – Hatti Vatti Palms został wydany na pięknym przeźroczystym winylu, drugi Fidser – Activate (Hatti Vatti remix) w formie cyfrowej. Oba utwory to inspiracja brzmieniami z początków lat 80tych (np. Vangelis i jego Blade Runner) oraz najnowszą karnacją basowych brzmień elektronicznych, znanych pod dwoma nazwami – juke lub footwork (DJ Rashad lub składanka Planet Mu „Bangs & Works”). Czyli niekończące się arpeggiatory, sample z murzynów, wiadro reverbu  i 160 uderzeń na minutę.

pawelszupilukrentonPaweł Szupiluk – gitarzysta zespołu Renton

Poniżej 15 moich ulubionych piosenek z 2012. Nie wiem czy są to najlepsze utwory poprzedniego roku,  ale wpadły mi one w ucho na tyle że słuchałem ich wielokrotnie i zapamiętałem. Kolejność nie ma znaczenia,  a wygląda to tak:

Major Lazer – ‚Get Free’ feat. Amber. Eteryczność, minimalizm,  bujający jamajski groove i piękna, tęskna melodia; można się rozpłynąć.

Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Mature Themes. Ariel Pink wydał bardzo dobrą płytę w zeszłym roku, a ja z tej płyty najczęściej słuchałem tytułowego utworu. Bardzo ładna, popowa, beatlesowska kompozycja, chętnie bym jej słuchał w radiu przed południem.

Bat for lashes – Laura. Dawno nie słyszałem tak emocjonalnego utworu. Uwielbiam tu  minimalizm w podkładzie, przejmujący głos Natashy,  piękne akcenty na fortepianie i trąby w refrenie.

Jassie Ware – Wildest Moment. Z londyńskiego undergroundowego światka do głównego obiegu – u nas ten numer grało nawet radio zet; można tylko przyklasnąć bo to piękna piosenka jest.

Solonge – Losing You. Chyba mój ulubiony mainstreamowy popowy numer z zeszłego roku. Świetna produkcja,  z jednej strony chłodna i minimalna a jednak  emocjonalna, niby retro sznyt ale w nowoczesnym wydaniu, piękne synthy,  do tego wokal i melodia która zostaje na długo w głowie.

Tame Impala – Feels Like We Only Go Backwards. Psychodeliczny lot rodem z Pink Floyd z czasów Sida Baretta;  zapodaje LSD i tańczę w euforycznym uniesieniu.

St. Lucia – Before The Dive. St. Lucia to taka gorąca wyspa na Karaibach. Chętnie bym się tam wybrał, zwłaszcza teraz kiedy u nas śnieg, mróz i zimny wiatr…ale póki co zostaje mi słuchanie tego numeru i też jest miło.

Foxygen – Make It Know. Kolejna propozycja z Nowego Yorku. Młody band, jeszcze przed debiutem płytowym. Jak to powiedział mój kolega:  „słychać kawał historii muzy: stonesów, beatlesów…”,  dodałbym jeszcze do tego starego Lou Reeda. Dużo się dzieje w warstwie harmonicznej i rytmicznej… a jaki refren!

Frank Ocean, ‚Thinkin Bout You’. Nie mogło zabraknąć Pana Franka Oceana. Mówią że to nowy Steve Wonder, ja tam nie wiem, ale ten numer podoba mi sie bardzo. Minimalizm i  oszczędne środki ale pierwszorzędny feeling i emocje, to lubię.

Jai Paul – Jasmine. Futurystyczne r&b.  Duszna, ciemna produkcja, z motorycznym jednostajnym basowym groovem,  a w tym wszystkim jasne promyki melodii.

Chrome Sparks- Send The Pain On. Kojąca zmysły, elegancka elektronika; młodzik z Brooklynu zręcznie tka tu chill-outowe melodie i upliftingowe arpegia, polecam też inne jego tracki, nie ma lipy.

Cat Power – Ruin. Sam nie wiem czemu podoba mi się ten numer, może to ta chwytliwa melodia w refrenie, a może surowe zagrywki na gitarze, a może fajny motyw pianina, a może marszowe strzały na werblu w refrenie?

rzepkaOla Rzepka – perkusista w zespołach: Drekoty, Alte Zachem, Wovoka

Rok 2012 niemal w całości pochłonęło nagrywanie płyt, głównie Persentyny, debiutu Drekotów, ale też AlteZachen, Wovoki czy Graala. W efekcie tego, ale w pewnym sensie także ze świadomego wyboru, do minimum ograniczyłam słuchanie innej muzyki. Patrząc na różne podsumowania roku dochodzę do wniosku, że sporo mnie ominęło i sporo mam do nadrobienia. To co obiło mi się o uszy to np. Grimes, głównie ze względu na klip do Genesis, chyba najlepszy klip 2012.

Jak co roku wydarzeniem roku jest dla mnie festiwal Music Unlimited w Wels – dawka muzyki,  którą odbieram tam przez 3 dni jest jak zapas jedzenia na 12 miesięcy. Nazwy, z którymi wróciłam stamtąd w tym roku to The DartingtonImprovising Trio – zespół z innej, niesamowitej epoki, Selvhenter –duński kwartet żeński z dwiema perkusistkami, saksofonistką i puzonistką, która wydaje z tego instrumentu brzmienie przesterowanej gitary – chyba więcej już nie musze wyjaśniać? Najbardziej jednak zapamiętam występ legendarnegoHanaBenninka, 70-letniego holenderskiego perkusisty, który wykonał one man show grając jedynie na werblu, podłodze, swoich butach i czasem też swojej twarzy. Myślę, że dla muzyków, którzy ograniczają się np. do siedzenia przed laptopem, powinna to być lekcja obowiązkowa jeśli chodzi o ekspresję wykonawczą muzyki.

Słowo od autora bloga:

Dziękuje wszystkim, którzy poświęcili swój cenny czas na krótki powrót do przeszłości. Życzę sukcesów w 2013, również takich o których będę mógł pisać na blogu. Być może za roku znowu się odezwę 😉

 

Polish Power – rok 2011 w polskiej muzyce

Rok 2011 to był naprawdę dobry rok dla polskiej muzyki. W poprzednich dwunastu miesiącach można było usłyszeć sporo dobrej, fajnej i ciekawej muzyki. Mimo, że przeważnie opisuje zagraniczne dokonania to zawsze kibicuje naszym rodowitym muzykom. Oto jak wyglądał poprzedni rok w wykonaniu naszych orzełków .

Zacznijmy od  muzyki gitarowej. Rok 2011 to przede wszystkim dobre powroty paru, dobrze znanych nam zespołów. Przeze mnie najbardziej wyczekiwana była nowa płyta zespołu Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. „Karmelki i Gruz” okazały się jednym z najlepszych płyt jakie dane było mi usłyszeć poprzedniej jesieni. Marcin Zagański i reszta ekipy z Nowego Dworku pokazała się z bardzo dobrej strony, nagrywając album wciągający i przede wszystkim bardzo dobry. KDZKPW to jeden z tych zespołów, który jeszcze nigdy nie zawiódł moich oczekiwań. Na jesień powrócił również Cool Kids of Death. „Plan Ewakuacji” traktowałem raczej jako ciekawostkę i byłem po prostu tylko ciekaw co zaprezentuje zespól tym razem, jaki kierunek obierze? Okazało się, że bardziej popowa twarz pasuje do Krzyśka Ostrowskiego i reszty łódzkiego bandu.

Całkiem przyjemnie słuchało mi się również drugiego albumu zespołu Renton.Warszawski zespół tym razem w języku polskim udowadniał na „Niech wszystko stanie sie lepsze”, że granie indie dalej jest cool. Poza tym Muchy wypuściły na koniec roku fajny singiel „Nie przeszkadzaj mi bo tańczę”, który promuje nowo nadchodzącą płytę. Singlowo zaprezentowały się również Ścianka i The Car is On Fire, będziemy czekać z pewnością w 2012 na płyty tych wykonawców. Dobry powrót zaliczył również Psychocukier a ich „Królestwo” zostało dobrze przyjęte przez media zajmujące się muzyka niezależną. Rok 2011 to także powrót po pięciu latach grupy Myslovitz. Dla mnie osobiście Artur Rojek nie jest już muzykiem a głównie organizatorem OFF Festivalu. Poza tym mysłowicka grupa już mnie tak nie „jara” jak to było jakieś 6 lat temu. Mimo to „Nie ważne jak wysoko jesteśmy…” wydaje się być lepszą płytą niż poprzednie „Happiness is Easy”. „Lie In Wait (EP)”  to kolejny powód by kibicować i trzymać kciuki za zespół Microexpressions. Panowie, czekamy na długogrający album.

Pora na debiutantów. Z pewnością na wyróżnienie zasługują dwa projekty. Po pierwsze Nerwowe Wakacje, które są braterskim paktem muzyków The Car is On Fire, Afrokolektywu  oraz Kolorofon a po drugie The Kurws. Pierwszy z nich nagrał rewelacyjny „Polish Rock” natomiast drugi wywołał u mnie dużo pozytywnych reakcji albumem „Dziura w Getcie”.

Przejdźmy teraz do muzyki popowej. W niej również wiele się działo. Najlepszym albumem w tej materii z pewnością jest dla mnie „Krzyk” Izy Lach. Dla młodej wokalistki jest to drugi krążek w dorobku. Musze przyznać, że tą płytą urzekła mnie i wręcz oczarowała. Cukier dla uszów. Z dobrej strony zaprezentowały się debiutantki Dziun i Marina Łuczenko. Debiutancki krążek pierwszej z nich „A.M.B.A.” to lekki, bezpretensjonalny zbiór piosenek łączących w sobie osiągnięcia popu i alternatywy. Natomiast na „Hardbeat” pojawiają się zarówno motywy typowe dla teen-popu jak i electro. Dobra płyta na imprezę. Wciąż nie doczekaliśmy się nowego albumu Edyty Bartosiewicz, ale dostaliśmy w zamian fajną piosenkę „Witaj w Moim Świecie”, która promowała nowego Kubusia Puchatka. Kolejną płytę za to zaprezentowała Ramona Rey, jednak „3” wydaje się być łakomym kąskiem jedynie dla fanów twórczości artystki. Warto jeszcze tutaj wspomnieć o Ani Rusowicz i jej dziele nazwanym po prostu „Mój big-bit”. Jest to ciekawa pozycja nawiązująca do twórczości jej mamy Ady Rusowicz oraz mająca w sobie nutkę nowoczesności.

Na koniec zostawiłem sobie podsumowanie polskiego hip-hopu. Tutaj bezapelacyjnie rządził Ten Typ Mes, który wydał najlepszy album hip-hopowy. „Kandydaci na Szaleńców” zawiera w sobie świetne nawijki Mesa, który wznosi się na wyżyny. Z podkładami było różnie, jednak przy tak dobrym materiale i genialnych wersach Mesa jest to mniej istotne. „Prewersje” Fokusa również zasługują na wyróżnienie. Nie tylko dlatego, że sympatyzuje z śląskim raperem. Przede wszystkim za rewelacyjne podkłady stworzone przez Lukatricksa oraz charyzmę Fokusa. W zeszłym roku powrócił również Łona. Szczeciński raper przy pomocy Webbera wydał „Cztery i Pół”, który może nie miażdży systemu, ale wydaje się być ciekawą pozycją dla studentów i licealistów. Ciekawy materiał zaprezentował duet Sokół i Marysia Starosta na „Czysta Brudna Prawda”.

Godnych uwagi polskich płyt z pewnością jest więcej, jednak te wyżej wymienione stanowią pewną esencję roku 2011. Mam nadzieje, że nowy 2012 rok będzie równie obfity w dobre, rodzime produkcje. Tego życzę sobie i Wam.

Renton – Niech wszystko staje się lepsze

Nieco zapomniany warszawski zespół przypomina się rodzimym hipsterom prezentując drugi studyjny album.

Zapomniany to dobre określenie, bo porównując okres śmigania „hey girl” w reklamówkach Ery i szum wokół debiutu grupy do ostatnich miesięcy pokazuje znaczną różnicę. Jednym słowem można to określić: CISZĄ. Po drodze oczywiście była chęć podbicia Eurowizji z „I’m Not Sure”, jednak polskie „osłuchane” społeczeństwo szybko zweryfikowało ich zapędy. I tak o to Renton, bez żadnej presji, żadnej napinki wydaje drugi krążek nazwany przekornie „Niech wszystko staje się lepsze”. Nazwa dobrze trafiająca w czasy greckich kryzysów, włoskich premierów i znikających znaków z polskich autostrad.

„Niech wszystko staje się lepsze” to album sympatyczny, miły w odbiorze. Pokazujący, że indie rockowa rewolucja nie jest obciachowa. By była bardziej przychylna polskiemu odbiorcy (Chyba zrozumieli, że Świata nie podbiją) całość w języku polskim. Ten zabieg całkowicie na plus, ponieważ teksty na Take-Off, które były napisane w języku Johna Lennona były „takie se”. Oczywiście te tutaj po polsku też jakoś nie błyszczą, ale po prostu bardziej pasują. Muzycznie nie ma większych zmian, jest energicznie, gitarowo i równo. Brakuje może typowych singli, które by miażdżył, ale to zupełnie nie przeszkadza w pozytywnym odbiorze tej płyty.

Rok 2011 póki co jest bogaty w ciekawe rodzime propozycje muzyczne. Ocena: 6/10.

Posłuchaj