Muzyczne zaległości z 2016

Tradycyjnie już wracam do moich muzycznych zaległości z 2016 roku. Z roku, na rok jest ich coraz więcej. Dlatego też z dziennikarskiego obowiązku słów kilka na temat przegapionych przeze mnie albumów z minionych dwunastu miesięcy.

tribeA Tribe Called Quest – We got it from Here… Thank You 4 Your Service. Legendarny już zespół hip-hopowy postanowił się po raz drugi reaktywować. I tym razem udało się im to zrobić dobrze. Album „We got it form Here… Thank You 4 Your Service” nie jest ani odgrzewanym kotletem, ani też pogonią za swoim ogonem. Nasza trójka z Queens w ciekawy sposób nawiązuje do swojej epoki, czyli początku lat 90. Dodatkowo prezentuje ciekawy fachlarz nazwisk, które pojawiają się na tym longplayu. Mamy głośne nazwiska Kanye Westa, Kendricka Lamara czy też Eltona Johna. Pojawiają się też tacy wyjadacze jak Andre 3000, Busta Rhymes oraz Jack White. Warto samemu sprawdzić i wyrobić sobie ocenę. Dla mnie rarytas. Ocena: 7/10.

animal-collectiveeAnimal Collective – Painting This. Wymęczył mnie ten album niesamowicie. Słuchałem go jakoś w pierwszym półroczu 2016 i mało pamiętam z tej płyty. Miałkie, nudne, niewyraziste kompozycje z nowej płyty zwierzęcego kolektywu zlewają się w jedną szarą papkę. Brak pomysłu na siebie? Być może. Serce podpowiada, że to tylko chwilowa tendencja spadkowa. Rozum mówi natomiast, że Panda Bear ze spółką już nie nawiążą do „Strawberry Jam” czy też „Merriweather Post Pavilion„. Ocena: 4/10.

Blood Orange – Freetown Sound. Dev Hynes skrywający się za pseudonimem Blood Orange sukcesywnie udowadnia, że alternatywne R’n’B to jego mocna strona. Już debiutancki „Coastal Grooves” pokazał, że w tej materii artysta ma wiele do powiedzenia. Większość krytyków zachwycała się już „Cupid Delux” z 2013 rok, dla mnie jednak swoje mistrzostwo pokazał na zeszłorocznym „Freetown Sound„. Barwne, oryginalne brzmienie połączył z lekkością R’n’B. Producencki majstersztyk, który w pełni zasługuje na oceny, które przyznali mu inni recenzenci. Ocena: 8/10.

Danny Brown – Atrocity Exhibition. No cóż…. płyta bez historii. Przynudza strasznie ten Danny Brown. Może jeszcze się opamięta i nagra coś dobrego, bo tej płyty nie da się słuchać. Ocena: 3/10.

frankie-cosmosFrankie Cosmos – Next Thing. Muzyka autorstwa 22-letniej Grety Kline to dawka lekkiego i niezobowiązującego indie popu. „Next Thing” słucha się przyjemnie i szybko, co jest zarówno plusem jak i minusem tej płyty, gdyż raczej nie zapisze się w  annałach muzycznych indie rocka. Gdybym miał ten album porównać do jedzenia, to krążek Frankie Cosmos byłby śledzikiem na raz. Na lekki głód jak znalazł, jednak na obiad nie polecam. Ocena: 6/10.

james-blakeJames Blake – The Colour in Anything. W sumie to aż wstyd, że ten album nie ma osobnej recenzji na blogu. Tak wyszło, niestety. James wybacz! Mam nadzieje, że zrewanżuje Ci to ocena jaką wystawię w tym wpisie i rezerwacja miejscówki na liście podsumowującej. Deal? Ok! A tak na poważnie to James Blake z płyty na płytę jest coraz to dojrzalszy, bardziej intrygujący i lepszy. Jego najnowszy krążek całkowicie tę tezę obrazuje. „The Colour in Anything” to kawał dobrej muzyki, tak po prostu. Ocena: 8/10.

Moderat – III. Mój stosunek do Moderata zmienił się w ostatnim czasie. Miałem ich za nudziarzy, jednak po wysłuchaniu „II” stwierdziłem, że są jak najbardziej OK. Niestety najnowszy album nie sprawił, że zakochałem się w tej muzyce na zabój. Ot, dobry kawałek muzyki elektronicznej, która szybko wpada w ucho i równie szybko z niego wypada. Ocena: 5/10.

Mogwai – Atomic. Jezu, niby nie tak dawno temu szykowałem się na ich występ podczas Offa 2008 (Jeszcze wtedy w Mysłowicach, wiecie o tym?). Byli dla mnie wtedy LEGENDĄ, GWIAZDĄ i największą podjarką całej imprezy. Kuzyn z Rybnika do dziś śni o pałeczce perkusisty, którą wtedy niemal złapał. OD tamtego czasu minęło prawie 9 lat i nowa płyta od Mogwai jest dla mnie już tylko ciekawostką wydawniczą. Niby sprawny post rock w ich stylu, ale bez rewelacji. Jak się wam nie chce to nie musicie sprawdzać, a jak chcecie to raczej nie stracicie czasu. Ocena: 6/10

parquet-courtsParquet Courts – Human Performances. Aż dziwne, że „Human Performances” to już szósty album Parquet Courts! Wcześniej nie słyszałem o nowojorskim bandzie, dlatego też ich tegoroczny krążek był zakrytą kartą. Energiczny indie rock, z lekką nutką brytyjskich wpływów oraz enigmatycznych tekstów sprawił, że polubiłem ten krążek. Jednak nie jest to błyskotliwe i odkrywcze granie niestety i bez tej płyty indie rock i tak by przetrwał. Ocena: 6/10.

pet-shop-boysPet Shop Boys – Super. Przy tym albumie można i potańczyć, i podumać. Więc czemu nie? Jak to śpiewał Muniek: „Jest super, jest super, więc o co ci chodzi?” – Przyłączam się do tego w pełni. Ocena: 6/10.

rebeka_dRebeka – Davos. Liczyłem na coś więcej od Rebeki. Pamiętny debiut „Hellada” zaostrzył mi smaka na „Davos„. Co prawda całkiem mi się przyjemnie spacerowało po lesie przy tych dźwiękach. Jednak nie będę tych spacerów wspominał do końca życia. Jest dobrze, ale chciałoby się więcej. Ocena: 6/10.

rihannaRihanna – Anti. Niby „Anti” to dobry album. Jednak, gdy przyjrzymy się jemu bliżej to w zasadzie nie ma czym się ekscytować. Weźmy na to najlepszy na płycie utwór – „Same Ol’ Mistakes„. Świetny, psychodeliczny, magiczny! Tak by można go opisywać… jednak to cover Tame Impala, czyli nic nowego. Sprawę może ratować singiel „Love on the Brain„, który jest absolutnym popisem wokalnym wokalistki. Generalnie całość przywołuje problem ostatniego Albumu Drake’a – czyli nudę i bezbarwność. Jest dobrze, ale bez rewelacji. Ocena: 6/10.

solangeSolange – A Seat At The Table. Nowy album Solange, jak i sama artystka jest w cieniu swojej siostry Beyonce. Niesłusznie! Wokalistka już wcześniej wykazywała spore umiejętności muzyczne a „A Seat At The Table” jest tego najlepszym przykładem. Totalnie bezpretensjonalny i wpadający w ucho pop na tej płycie, jest czymś czego szukam w tego typie muzyki. Dzięki Solange znalazłem to. Wielkie dzięki! Jay-Z nie zazdroszczę żony, zazdroszczę tak muzykalnej szwagierki! Ocena: 8/10.

Drake – Take Care

Najlepszy album R&B poprzedniego roku.

Drake, czyli Aubrey Drake Graham zaczynał swoją karierę jako aktor grając różnorakie serialowe role. Jednak najlepiej się sprawdził do tej pory jako muzyk. Jest obecnie obok Rihanny jednym z najbardziej pożądanych muzyków na featuringu. Współpracował już ze wszystkim wielkimi w dziedzinie czarnej muzy (Eminem, Kanye West, Jay-Z czy też Lil Wayne). „Take Care” do drugi w jego kolekcji album. Poprzedni „Thank Me Later” z ubiegłego roku zebrał dobre recenzję i umocnił pozycję Drake’a na amerykańskiej scenie muzycznej. Najnowsze wydawnictwo wydaje się być krokiem w przód.

Być może nie postawił jeszcze w tym momencie kropki nad i. Nie zamknął ust wszystkim wokół, jednak wydał album, który jest najlepszym jaki słyszałem w tym roku z gatunku hip-hop, R&B. Drake ma prawie wszystkie cechy potrzebne na nagranie fajnego albumu. Koleś ma całkiem niezłe nawijki, ciekawy, oryginalny flow, fajne podkłady i co najważniejsze jest w tym pewna świeżość. Mimo, że na początku „Take Care” wydawało mi się albumem z dłużyznami to z każdym następnym podejściem coraz bardziej ta płyta mnie wciągała. Odkrywałem ją na nowo za każdym razem, gdy jej słuchałem. R&B nie jest tym czego słucham całymi dniami, jednak muza stworzona spod ręki Drake’a idealnie trafia w moją potrzebę wewnętrznego baunsowania. Przy tym materiale Rihanna, Nicki Minaj, Stevie Wonder, The Weekend i Lil Wayne wydają się być tylko dodatkiem. To Drake jest jest wisienką na torcie.

Na koniec dodam jeszcze, że muzyka tworzona przez Drake idealnie powinna się odnaleźć w każdych, osobnych gustach. Jestem całkowicie pewien, że w niebie czarnoskórzy aniołowie słuchają właśnie „Take Care”. Polecam. Ocena: 8/10.

posłuchaj.

P.S.

Na początku wydawało mi się, że Drake na tej okładce trzyma w ręce udko kurczaka..