Jack White strzelił focha i na miasto wyszedł – recenzja „Boarding House Reach”

Zaskoczył swoich fanów i słuchaczy Jack White niedawno wydanym, najnowszym albumem. Muzyk do tej pory dał się poznać jako legenda gitary dzięki grze w takich zespołach jak m.in. The White Stripes czy też The Racounters. Jego dwa pierwsze solowe albumy „Blunderbuss” oraz „Lazaretto” pozostawały dalej w konwencji rocka łącząc w sobie gitarową tradycję Stanów Zjednoczonych z bluesem słuchanym przez kierowców ciężarówek. I tu pojawia się miejsce na „Boarding House Reach„, który jest ZUPEŁNIE inny niż wcześniejsze dokonania artysty.

Zaczyna się dość niepozornie od singla „Connected by Love„, gdzie elektroniczny główny motyw łączy się z mocnym, kobiecym refrenem. Kolejny „Why Walk a Dog?” uświadamia nam, że White będzie nas często częstował elektroniką. Już trzeci „Corporation” to jakaś odjazdowa podróż w lata 90 połączona z wybrykami Franka Zappy. To oczywiście nie koniec eksperymentów, bo pojawia się „Hypermisophoniac„, który wcześniej mógłby się przydarzyć Muse po zażyciu sporej dawki dopalaczy. „Ice Station Zebra” to z kolei niezdarna zabawa w rapowanie. W „Over And Over And Over” znowu wracamy do epoki Backstreet Boys i Eiffel 65. Jack White tym razem postanawia się zabawić w Toma Morello i przypomnieć nam Rage Against The Machine. „Everything You’ve Ever Learned” dosłownie wysyła nas w kosmos, a „Respect Commander” początkowo umieszcza nas w samym środku dyskoteki z lat 90, by nagle wkleić (wtf?!?) w to ciężkiego rocka. Pod koniec albumu artysta przypomina, że wciąż potrafi pisać bluesowe utwory a na sam koniec częstuje nas kołysanką „Humorasque„.

Większość słuchaczy nie była gotowa na tego typu krążek. Stąd ten podział ocen w blogosferze. Jedni krytykują kuriozalne pomysły i mieszanki jakie White serwuje na „Boarding House Reach„. Inni natomiast zachwycają się bogatym wachlarzem nawiązań i wielobarwną stylistyką. Prawda jak zwykle jest po środku. To prawda, że White zachwyca na nowym albumie niesztampowym podejście do muzyki i czerpie pełnymi garściami z dorobku muzycznego lat 70 i 90. Jednak często jego muzyczna mieszanka brzmi zbyt pretensjonalnie i kuriozalnie. Za dużo na tym albumie przypadku i brzmieniowych nonsensów, za mało przemyślanych kompozycji. Chwilami krążek brzmiał niczym niedopracowane demo, jednak doceniam próbę i sam pomysł Jacka White. Muzycznym eksperymentom zawsze mówimy TAK! A to, że czasami nie wychodzą w pełni? Trudno. Trzeba próbować. Ocena: 6/10.

Taneczny rock w wydaniu Queens of the Stone Age

Josh Homme znowu majsterkuje. Ten rockowy rudzielec, którego szczerze uwielbiam nie przestaje szukać nowych inspiracji do swojej muzyki. Zacznijmy jednak od początku. Queens of the Stone Age to jeden z nielicznych zespołów, który udowadnia, że granie starego, dobrego, mocnego rocka ma wciąż sens. W czasach, kiedy największe legendy tego gatunku dawno dały dupy, Homme i ciągle zmieniający się skład QOTSA dają czadu. Takie albumy jak „Rated R”  czy też „Songs for the Deaf” należą już do kanonu gatunku. Już od czasu debiutu Homme lubił eksperymentować z brzmieniem. Często ciężkiego rocka przeplatał z utworami bardziej przystępnymi, i wcale nie wychodził na tym źle! Spadkiem formy na pewno można nazwać album „Era Vulgaris” z 2007 roku. Jednak jak się później okazało zespół nie powiedział ostatniego słowa i w 2013 roku przypomniał o osobie rewelacyjnym „… Like Clockwork„.

Minęły cztery lata i grupa ponownie wróciła z longplayem „Villains„. Czekałem na ten album, gdyż zastanawiałem się jaki będzie następny ruch Homme’a. Singiel zapowiadający album „The Way You Used To Do” nieco ostudził moje wyczekiwanie. Taneczny rock? Nie brzmi to źle, i jest lepsze od tego co pokazało w tym roku Arcade „Nowa Abba” Fire. Jednak to nie moja bajka, chyba. Cholera, generalnie mam problem z tą nową płytą. Niby wszystko brzmi dobrze i chcę tego słuchać. Z drugiej strony, ten album nie potrafi mnie tak samo zaangażować jak chociażby poprzednik. Swoją drogą czuć tu wyraźne inspiracje „…Like Clockwork„, m.in. w „Fortress„, który brzmi jak odrzut z tej płyty właśnie. Co więcej? Wsłuchajcie się w riff przewodni w „Head Like a Haunted House„, przypomina wam to coś? Bo mi bardzo. Jednak to nie jedyne smaczki, które wyhaczyłem przy słuchaniu „Villains„.

Warto nadmienić, że za produkcją stoi Mark Ronson (Tak, też mnie to zdziwiło) i słychać to na tej płycie. Zwłaszcza w utworach, gdzie pojawiają się syntezatory „Hideaway” czy też „Un-reborn Again„. Jednak bez obaw, nie starał się zrobić z Josha Homme’a nowej wersji Adele. Przynajmniej na razie. Ronson miał sprawić, by do nowej płyty QOTSA można było się pogibać i potańczyć. Można, ale po co? Wolę słuchać Homme’a w starym wydaniu i wyobrażać, że śląskie drogi, którymi jeżdżę to jakieś pustynne, gorące amerykańskie bezdroża. A dom w którym mieszkam, nie jest w Przyszowicach, tylko… nie wiem, w Dallas czy coś? Podobał mi się ten klimat, szkoda, że na tej płycie go brakuje.

Nie wiem czy „Villains” to potrzebna płyta mi, światu, gatunkowi, zespołowi czy komukolwiek. Może potrzebował jej sam Homme, nie wiem. Nie jest to album zły. Można powiedzieć, że nawet całkiem niezły. Jest tylko jedne ALE. Po takiej perełce jakim było ostatnie „…Like Clockwork” spodziewałem się czegoś innego. Stąd to rozczarowanie, jednak jakby popatrzeć na tą sprawę z drugiej strony i wyobrazić, że „Vaillans” nagrywa inny, debiutujący, randomowy zespół. To jaka byłaby wtedy ocena? Na pewno wyższa. No, ale taki jest już świat. Od takich zespołów jak QOTSA zawsze będę więcej wymagał. Ocena: 6/10.

Z pustyni na stadiony – recenzja „Wonderful Wonderful” The Killers

Niegdyś zespół Brandona Flowersa wpisywał się w nurt tak zwane New Rock Revolution i był jednym z ciekawszych pozycji indie rockowych moich licealnych czasów. Pamiętny album „Hot Fuss” słucham do tej pory, a i też często wracam do singli z „Sam’s Town„. Nie była to muzyka najwyższych lotów, ale miało to w sobie coś fajnego. Żadna osiemnastka nie mogła się obejść bez „Somebody Told Me„, na swoim pierwszym Sonym Ericssonie puszczałem na głos „Bones„, „On Top” jak sama wskazuje była czymś szczytowym, a na moim weselu tańczyliśmy do „Mr. Brightside„. Sentyment do zespołu z Las Vegas pozostał.

Obecnie Killersi przechodzą metamorfozę i stają się bardziej popowi. Czy to dobrze? – zapyta ktoś. Nie wiem. Już w 2008 roku podbijali nieudolnie listy przebojów koszmarnym „Human„. „Battle Born” z 2012 roku było całkiem OK, jednak na dłuższą miarę album ten nie przetrwał próby czasu. A jak ma się sprawa z „Wonderful Wonderful„?

Jest dobrze, acz nie rewelacyjne. Płyta ma całkiem sympatyczne momenty. Jeżeli takie rzeczy miały być puszczane na komercyjnych stacjach, to o taki pop warto walczyć. Płytę rozpoczyna nieco niepozorny „Wonderful Wonderful„, który sili się na bycie kolejnym rockowym hymnem dekady. Co oczywiście niezbyt się udaje. „The Man” to już całkiem fajny, taneczny kawałek, który mógłby zaśpiewać David Bowie w latach 80. Trzeci w zestawie „Rut” brzmi jak skradziony utwór obecnemu Coldplayowi (stary był najlepszy). „Life To Come” to kolejna inspiracja zespołu, który kiedyś był dobry a potem stał się popularny i nudny. Mowa o U2 oczywiście. Spoko jest nawet „Tyson vs Douglas„. „Run For Cover” zaczyna się jak jedna z piosenek Placebo, jednak dalej brzmi już zupełniej inaczej. „Some Kinde Of Love” zwalnia na chwilę tempo, by później dać miejsca „Out Of Mind„, które ładnie eksploruje lata 80. Całość kończy melodyjne „Have All The Songs Been Written?„.

Podsumowując, najnowszy album The Killers jako krążek popowy należy ocenić pozytywnie. Nowe, bardziej mainstremowe oblicze pasuje od Flowersa i spółki. „Wonderful Wonderful” to całkiem zgrabny i przyjemny w odbiorze album. Jest tylko jeden szkopuł. Płyta raczej na jeden sezon, nic więcej. Ocena: 6/10.