Bruce Springsteen – Wrecking Ball

Szef po raz kolejny został wywołany do głosu.

Co jakiś czas, szczególny czas Bruce Springsteen wydaje kolejną swoją płytę, która ma za zadanie postawić kropkę nad i. Można rzecz, że Boss jest pewnego rodzaju gwarantem oraz obrońcą Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Z jego zdaniem liczą się tysiące amerykanów, wyrażając to poprzez kupno płyty i liczne frekwencje podczas koncertów Springsteena. Nie ma w tym megalomanii jest tylko troska o standardowe prawa mieszkańców U.S.A. utkwione w tradycji. Pojawiał się już wcześniej w trudnych chwilach. Podnosił na duchu po 11 września a nawet zdarzyło mu się brać udział w kampanii prezydenckiej w 2004 roku, gdzie poparł Johna Kerry’ego.

Co tym razem wywołało do głosu Bruce’a? Oczywiście chodzi o temat, który nie znika z czołówek gazet oraz każdego wydania wiadomości. Chodzi o cały ten kryzys. Tak, ten cały kryzys, „Kryzys”, który od 2008 roku jest najczęściej wypowiadanym słowem.  Mimo, że przeważnie służy za zasłonę dymną dla nikczemnych planów korporacji to różnorakie jednostki starają się radzić na swój sposób. Nie inaczej śpiewa Bruce, bo czym innym jest „We Take Care Of Our Own” jak nie hymnem zwykłych ludzi, którzy biorą swój własny los w swoje ręce. Springsteen tym kawałkiem po raz kolejny pokazuje wielki znak Kozakiewicza całemu systemowi.

Jednak dość polityki, której nie można pominąć pisząc o płytach Springsteena. Przejdźmy do warstwy muzycznej. Boss po raz kolejny udowadnia, że jest w formie. Rockowe ballady, które nabierają momentami typowe dla muzyki country i folku postacie, dopieszczane przez szorstki głos szefa pokazują, że idol ameryki ma się nad wyraz dobrze (pomimo tego, że sześćdziesiątka już dawno skończona). W zestawieniu starych legend amerykańskiej sceny Dylana, Younga i Toma Waitsa najlepiej wypada wcześniej wspominany Springsteen. Natomiast w Polsce możemy tylko pomarzyć o takiej postaci jaką jest Bruce Springsteen dla Ameryki (No bo chyba nie dłubiący w nosie Hołdys). Ocena: 6/10.

posłuchaj

Wugazi – 13 Chambers

Lata 90 dały muzyce całkiem spory kawałek świetnej muzyki i rewelacyjnych artystów. Jednak co się stanie gdy połączymy niektórych z nich?

Album „13 Chambers” jest odpowiedzią na te pytanie. Cecil Otter oraz Swiss Andy postanowili stworzyć mash-up dwóch legendarnych bandów: Fugazi (jeden z najistotniejszych zespołów gitarowych wczesnych lat 90) oraz Wu-Tang Clan (zachwycałem się nimi przy okazji tworzenia listy 10 najlepszych płyt hip-hopowych). W ten sposób powstał Wugazi. Mix tych dwóch artystów dał rewelacyjne efekty. Album „13 Chambers„, którego nazwa jest grą słów (Połączenie dwóch najważniejszych płyt obu ekip „13 Songs „plus „36 Chambers„) jest nie lada gratką dla każdego fana muzyki.

Po pierwsze łączenie rockowych podkładów do hip-hopowej nawijki najlepiej się sprawdza przy tworzeniu mash-up’ów. A wymieszanie świetnych rockowych brzmień gitary i perkusji Fugazi do rapu takich hip-hopowych tuzów jak Reakwon, Ghostface Killah, RZA, GZA czy też Ol’ Dirty Bastard dało nadspodziewane efekty. Czuć w tym energię oraz klimat lat ’90. Oczywiście piosenki te idealnie się sprawdzają teraz i nie są tylko pokarmem dla entuzjastów dekady Nirvany itp.

Po drugie sprawny montaż samych mash-up’ów. Duże brawa za pomysłowość i twórczość w wykonaniu. Same melodie Fugazi i Wu-Tang Clan nie obroniłyby się gdyby nie właściwe połączenie tych dwóch zespołów. Dzięki temu otrzymaliśmy hicior w postaci „Sleep Rules Everything Around Me”, który wyraźnie wybija się ponad resztę utworów. Jednak nie oznacza to, że reszta pozycji to zwyczajne zapchajdziury. Całość zasługuję na solidną siódemkę i żałować można tylko, że raczej nie zobaczymy takiej kombinacji na żywo. Ocena: 7/10.

posłuchaj

Arctic Monkeys – Suck It And See

Kolejna płyta wyprodukowana pod okiem Jamesa Forda, tym razem obyło się bez pomocy Josha Homme’a.

Jednak trudno nie oprzeć się wrażeniowi, że Alexowi Turnerowi i  reszcie arktycznych małpek spodobał się kurs na jaki wrzucił ich dwa lata temu lider Queens of The Stone Age. Album z 2009 roku „Humbug” był zupełnie czymś innym niż poprzednie płyty zespołu. Jednak dopiero tegoroczny krążek pokazuje, że to był dobry krok. Zespół całkowicie pasuje w klimacie zakurzonej, pustynnej ameryki ze striptizerką na masce samochodu gdzieś w tle. Już nie są angielskim narybkiem, zapryszczonymi gówniarzami, którzy grają indie-demomniczne szlagiery. Ten etap, mimo, że obfitował w dobre utwory, mają już za sobą. Teraz są już jakby bardziej dojrzali, ich target z 16-latek przesunął się już na troszkę innego odbiorcę.

Słychać to po utworach, tak na prawdę ciężko tutaj znaleźć typowe „hity a la Arctic Monkeys”. Wszystkie utwory raczej stoją na równym, dobrym poziomie i ciężko wyróżniać tutaj poszczególne kawałki. Wybór singli mógł paść całkowicie na inne utwory i także by się sprzedały.

Dla mnie osobiście ta płyta jest dużym krokiem w przód dla zespołu, po raczej średnim Humbugu. „Suck It and See” jest dowodem na to, że Pan Turner i reszta nie chcą już być kojarzeni z falą indie rewolucji z poprzedniej dekady. Alex Turner poza tym jakby lepiej brzmiał, bardziej dojrzale. Perkusja mniej energiczna, ale jakby bardziej przemyślana i z głową. Ogromny plus za brzmienie gitar (bas!). Takie Arctic Monkeys mi się podoba. Ten zespół chyba dorasta razem ze mną i moimi gustami. Polecam tym, którzy lubią amerykańskie westerny i gorąc pustynnego powietrza. Ocena: 7/10.

posłuchaj