Zaległości z 2013

cometStandardowo nie zdążyłem ponownie napisać o wszystkim o czym bym chciał. Wynikało to z wielu powodów. Chociaż uważam, że w minionym roku się nie opierniczałem to było kilka dłuższych zastojów. Najdłuższy z okolic wakacji było spowodowany pisaniem pracy magisterskiej. Potem były przygotowania do obrony a i też w drugiej połowie 2013 nie spędzałem już tyle czasu przed komputerem co wcześniej. Chyba powinienem zainwestować w tablet czy coś? To nie istotne teraz. Ta jedna notka powinna zrekompensować dłuższe chwile ciszy z poprzedniego roku.

amokAtoms For Peace – Amok. Na tą recenzję miałem kilka pomysłów, które niestety nie wypaliły. Szkoda, może innym razem? Pozostaje jednak zwyczajna formuła składająca się z twardo postawionych zdań. Zacznę od tego, że dla mnie „Amok” jest niczym innym jak kontynuacją solowej płyty Thom’a Yorke’a „Eraser” z 2006 roku. Skojarzeń i podobieństw jest masa. Nie wiem czy to dobrze czy źle, jednak niektórzy chyba oczekiwali czegoś innego. W końcu od początku Atoms For Peace byli przedstawiani jako super grupa w której są MEGA GWIAZDY. Thome Yorke czy też Flea z Red Hot Chilli Peppers to głośne nazwiska. Płyta na szczęście nie okazała się albumem, który ma zbawiać rock ‚n roll (tak jakby było jeszcze co zbawiać?) a po prostu dobrym albumem, który mógłby nagrać Radiohead gdzieś pomiędzy 2007 a 2009 rokiem. Brzmienie „Amok” to duża ilość elektroniki z drobnymi elementami gitar. Krążek ten jest niezwykle klimatyczny w głównym stopniu dzięki charakterystycznemu wokalowi Yorke’a. Dobra odskocznia od Radiohead. Ocena: 7/10.

posłuchaj

anxietyAutre Ne Veut – Anxiety. O matko o tej płycie miałem napisać przed samym offem… Brakowało weny i jak zwykle „casu”. Autre Ne Veut to projekt tworzony przez Arthura Ashina a jego tegoroczny longplay jest drugim w dorobku  po debiucie z 2010 roku nazwanym po prostu „Autre Ne Veut„. „Anxiety” to album niezwykle przebojowy i taneczny. Już opener „Play by Play” zdradza u Amerykanina zapędy w stronę rozbudowanych utworów nagranych z rozmachem. Artur Ashin na swoim najnowszym LP wędruje pomiędzy r’n’b a lo-fi włączając w to wiele elementów popu i elektroniki. W trzecim „Promises” czuć na odległość inspiracje Cut Copy natomiast „Counting” momentami nawiązuje do Kanye Westa „My Beatiful Dark Twisted Fantasy” (początek) oraz zeszłorocznej płyty Twin Shadow’a. Nie wszystkim ten album przypadł do gustu, zwłaszcza dla osób, którym podobał się debiut. Wyciszone, melodyjne r’n’b na wzór How To Dress Well zostało zastąpione wyrazistymi hitami gdzie szególną rolę odgrywają refreny. Jak dla mnie jest to pop idealny, szkoda tylko, że nie było tego czuć na żywo podczas Off Festivalu. Ocena: 8/10.

acid rapChance The Rapper – Acid Rap. Chancelor Bennett swoim debiutanckim albumem podbił większość list podsumowujących. Co prawda już rok temu wydał mixtape „10 Day” jednak przeszedł on bez większego echa. Rok 2013 miał bardzo pracowity, gdyż znalazł się na wielu featuringach. Nagrywał m. in. z Jamesem Blake’em, Joey’em Badass’em, Childish’em Gambino i … Justinem Bieberem. „Acid Rap” to kolejny hip-hopowy album, który potwierdza tezę, że rok 2013 był mocno udany dla czarnego gatunku. Moje zdanie podziela wiele portali muzycznych w swoich listach podsumowujących o czym wspomniałem na początku tej krótkiej recenzji (a raczej notki). Chancelor Bennett co prawda nie nawija o niczym nowym. Mamy wspomnienia z dzieciństwa, obraz Chicago z którego pochodzi czy też opis dojścia do sławy. Jednak potrafi wciągnąć słuchaczem sposobem w jaki przedstawia swoje historie. Jest zabawny i nieźle operuje głosem. Ważnym aspektem „Acid Rap” jest warstwa muzyczna. Znajdziemy tutaj sporo wstawek soulowych i gospelowych a także odniesień do lat 80. Perełką pod względem podkładu dźwiękowego jest „Pusha Man„, które można podzielić na dwie części. Na „Acid Rap” mamy także sporo gościnnych występów, jednak nie są to tak głośne nazwiska jak u chociażby Kanye Westa czy też Eminema. Wśród osób udzielających się na featuringach najlepiej wypadli Ab-Soul oraz Childish Gambino. Generalnie jest to jedna z najciekawszych propozycji hip-hopowych zrobionych na kwasie poprzedniego roku. Propsuje. Ocena: 8/10.

david lynch - the big dreamDavid Lynch – The Big Dream. Flirt Davida Lyncha z muzyką trwa dalej. Jakiś czas temu TVN nie rozumiał dlaczego David Lynch chciał tworzyć w Łodzi nowe projekty filmowe. Jego ostatni obraz „Inland Empire” powstał częściowo w Polsce, grali w nim nasi rodzimi aktorzy jednak na tym się skończyło. Czy powstanie jeszcze jakiś film Lyncha w Polsce? Raczej nie. A czy jakikolwiek powstanie? Mam nadzieje, że tak. Na razie musi nam wystarczać to co hollywodzki artysta nagrywa u siebie w domu. Z muzyką idzie mu nie gorzej niż z obrazami. Psychodeliczna atmosfera tym razem udziela nam się przez uszy. Już w 2011 roku chwaliłem jego „Crazy Clown Time” za specyficzny klimat. Podobnie jest na „The Big Dream„, które nie jest tak mroczne, ale nadrabia w inny sposób. Jest to na pewno album bardziej przystępny dla słuchacza i melodyjny! Ma nawet jedną radiową piosenkę „I’m Waiting Here” nagraną z Lykke Li, która jest bonustrackiem w sieci iTunes. Brzmieniowo album nawiązuje do muzyki lat 60. Sporo usłyszymy gitar i samego Davida Lyncha. Pozycja godna uwagi w czasie oczekiwania na nowy film. Ocena: 7/10.

disclosure-settle-lessthan3Disclosure – Settle. Chyba najbardziej hajpowana płyta poprzedniego roku. Bracia Guy i Howard Lawrence stworzyli album majstersztyk. „Settle” to najlepsza z możliwych opcji jaka mogła nastąpić w rozwoju muzyki klubowej. Kwestie rytmiki, czerpanie z dupstepu pełnymi dłońmi oraz przebojowość to jedno. Po drugie kapitalny dobór featuringów. Mamy ciekawe nazwiska ostatnich lat takie jak: Jassie Ware, Jamie Woon czy też Aluna Francis. W zasadzie trudno się doczepić czegokolwiek, każdy track na płycie zachwyca porównywalnie. Może tylko tego, że za małe zróżnicowanie, ale to nie jest najważniejsze. Warto również zwrócić uwagę na to, że ta muzyka przypada do gustu każdemu słuchaczowi, nawet mniej wyrafinowanemu i osłuchanemu. Podbicie mainstreamu i podziemia to zawsze sprawa wielka, a w tym przypadku w jakimś tak stopniu się to udało. Można by napisać o tym albumie wiele, ale mało rzeczy nowych o któryś już ktoś, gdzieś nie wspominał. Jeżeli jakimś cudem jeszcze nie słyszałeś/-łaś tej płyty to nadrób tą zaległość jak najszybciej. Ocena: 8/10

the 20 20 experience timberlakeJustin Timberlake – The 20/20 Experience. Nienapisanie o najnowszym krążku Justina Timberlake to grzech. Ostatnio miałem nawet do czynienia z absurdalną dyskusją czy „The 20/20 Experience” należy umieścić na liście najlepszych płyt zeszłego roku, spośród której miało być wybrane top10. Niestety album nie przeszedł ze względu na swoją radiowość… Natomiast na liście natomiast znalazło się miejsce dla takich tuzów jak Biffy Clyro, Bastille, Moby itd. Jeżeli płyta jest dobra to dlaczego ją ignorować ze względu na komercyjność wykonawcy? Bo trzeba przyznać byłej gwieździe N’Sync, że nagrał album bardzo dobry. Jego trzeci solowy longplay to zbiór długich (najkrótszy track na płycie trwa 4 minuty 47 sekund), rozbudowanych kompozycji nagranych z niemal hollywodzkim rozmachem. Być może single nie mają takiej siły jak te z „Justiefield” czy też „FutureSex/LoveSounds” jednak całościowo album prezentuje się solidnie. Za produkcje krążka odpowiada trio: Timbaland, Timberlake i Harmon i to tego pierwszego czuć w większości utworów. Znajdziemy tutaj chwytliwe przeboje takie jak „Suit & Tie” oraz spokojne ballady r’n’b takie jak: „Blue Ocean Floor” czy też „Strawberry Bubblegum„. Dla Justina Timberlake’a jest to kolejny krok do przodu. Ocena: 7/10.

Posłuchaj

mia matangiM.I.A. – Matangi. Mathangi „Maya” Arulpragasam najnowszym albumem postanowiła napisać nowy rozdział w swojej karierze. Jej najnowsze „Matangi” różni się od pozostałych albumów a sama artystka pragnie tworzyć rzeczy nowe. Na zeszłorocznym krążku łączy zachodnie trendy muzyki mainstremowej z kulturą wschodu. Brzmi to banalnie, ale trzeba posłuchać jak ona to robi. Przykład? Y.A.L.A to wschodnia odpowiedź na popularne w ostatnim czasie YOLO, gdzie to pierwsze oznacza You Always Live Again i odnosi się do reinkarnacji. Poza tym utwory są przesiąknięte różnymi dźwiękami wschodnimi. Na albumie mamy dobrze już znane „Bad Girls” oraz zdrowo kopnięte „Bring The Noize” gdzie Maya pokazuje swoje raperskie zdolności. Natomiast w „Double Bubble Trouble” mamy elementy muzyki reagge i techno. Na pewno na plus „Matangi” trzeba zaznaczyć jego globalność, kwestie społeczne jakie porusza oraz różnorodność brzmienia gdzie wschodnia tradycja spotyka zachodni postęp. Jednakże jest to dla mnie krążek nierówny i nie każdy utwór po prostu działa na mnie tak samo. Ocena: 6/10.

caveNick Cave And The Bad Seeds – Push The Sky Away. Australijski zawadiaka powraca po 5 latach przerwy z bardzo udanym materiałem. Nastąpiła jednak istotna zmiana w zespole Cave’a – odszedł Mick Harvey. Brak multiinstrumentalisty, jednego z założycieli zespołu nie wypłynął jednak diametralnie na wydźwięk całości. „Push The Sky Away” to piękna, poetycka płyta. Nick Cave mało tutaj śpiewa, raczej melorecytuje. Po raz kolejny zachwyca swoich fanów kapitalnymi tekstami, które spokojnie można by wydać jako tomik poetycki. Natomiast same melodie są powolne, momentami usypiające. Są jednak na płycie chwile, gdy Cave porywa tak jak w podniosłym „Higgs Boson Blues” czy też w „Jubilee Street„. Australijczyk nie traci tempa i dodaje do swojej dyskografii kolejną pozycję, którą warto znać. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

rasmentalism_zamlodziRasmentalism – Za Młodzi Na Heroda.ogarnij płytę Rasmentalism, najlepsze polskie rapsy w tym roku” od tego zdania rozpocząłem swoją przygodę z najnowszym LP od Rasmentalismu. W odróżnieniu od drugiej najlepszej polskiej rap płyty, czyli „Czarnej Białej Magii” krążek nagrany przez lublinian jest bardziej kolorowy i radosny. Już od pierwszego kontaktu z „Za Młodzi na Heroda” zachwyca nas produkcja na wysokim poziomie. Beaty od Menta są nowoczesne i porywają. Większość mc rapuje do podkładów nagranych na „jedno kopyto”. Tutaj każdy beat ma swoje cechy charakterystyczne. Natomiast użyty keyboard przywołuje na myśl ostatnie produkcje od El-P. Z drugiej strony jest Ras, który odpowiada za stronę liryczną. Propsuje kapitalne teksty z „Niebomby” czy też „Umarł Król, Niech Żyje„. Ulubiona linijka to chyba: „W ogóle rap to jakiś nordic walking, nikt nie wie o co chodzi, ale wszyscy idą w to”. Jednakże trafiają się słabsze momenty jak „Buty z Betonu” w którym swoją zwrotkę ma Eldo. Generalnie jest to jedna z najlepszych polskich płyt 2013 roku. Mimo, że w internecie przelała się fala hejtów mówiąca, że jest to muzyka dla studentów to uważam, że polski rap mocno potrzebował takiego albumu. Ocena: 7/10.

Sky-Ferreira-Night-Time-My-TimeSky Ferreira – Night Time, My Time. Z Sky Tonią Ferreirą wiązałem ogromne nadzieje. Już w 2010 roku zasłuchiwałem się w jej „One„. Co roku dopieszczała swoich fanów fajnymi EP-kami i kapitalnymi singlami. Co prawda zeszłoroczna była taka sobie, ale miała „Everything is Embarrassing„. Natomiast debiutancki album jednak nie porywa tak jak to sobie wyobrażałem i przyznam, że troszkę jestem rozczarowany. Oczekiwałem prawdziwej indie-popowej bomby z kapitalnymi syntezatorami i innymi bajerami. Otrzymałem natomiast krążek, który w maksymalnym stopniu eksploruje lata 80. Jest gitarowo, jest sporo syntezatorów i czuć w tym wszystkim przetarte dżinsy i zapach starej tenisówki. Jednak poprzednie single Sky miały ten urok, potrafiła urzec. Tutaj tego nie potrafi zrobić. A szkoda bo potencjał jest spory a w momencie kiedy Uffie pasuje pojawia się ogromna dziura do zapełnienia. Ok narzekam, ale tak na prawdę nie pisałbym o tym LP gdyby było totalnie do bani. Jest to dobra płyta, ma swoje momenty takie jak: „24 hours” czy też „Love In Stereo„. Jednak Sky Ferreirę stać na więcej i wcale nie musi pokazywać cycka by to udowodnić. Ocena: 6/10.

Posłuchaj

Muzyczne podsumowanie roku 2012: Single

singleTo był mocny rok. Sporo dobrego hip-hopu, melodyjnego popu i wciągającego indie. Było w czym wybierać. Oto lista 20 najlepszych singli poprzednich dwunastu miesięcy.

20. Beach House – Myth. Opener płyty „Bloom” to jedyny moment kiedy otwierałem gębę z podziwu a nie dlatego, że musiałem ziewnąć. Ten chopsky wokal Victori Legrand nawet tak nie drażni a moment kiedy wchodzą bębny – palce lizać.

Posłuchaj

19. Solange – Losing You. Dzięki tej piosence wakacje trwają 12 miesięcy w roku. Nie ma co się dziwić to w końcu siostra samej Beyonce. Po tym fajnym utworze zaczynam się zastanawiać ile jeszcze utalentowanych sióstr ma żona Jay-Z?

Posłuchaj

18. Cloud Nothings – Stay Usless. Wystarczy wsłuchać się w brzmienie hi-hata by pojąć zajebistość tego kawałka. Poza tym tekst! Taki prosty, a taki wymowny. Kapitalna piosenka.

Posłuchaj

17. Kendrick Lamar – Backseat Freestyle. Ej no ta piosenka ma rewelacyjny podkład. Ten beat wprawia w ruchy najtłustsze murzyńskie tyłki. Co do nawijki Kendricka Lamara, to koleś zadziwia na każdym utworze „good kid, m.A.A.D. city” i nie inaczej jest tym razem. Biyaaaaaaaaaaatch, go play.

Posłuchaj

16. Chromatics – Lady. „Kill For Love” w zasadzie jest pełne takich rozciągniętych, elektronicznych utworów. Dlaczego właśnie ten? Jego niepowtarzalny klimat i nastrój zapadł mi najbardziej w pamięci, poza tym nie wyobrażam sobie obecnie jazdy nocą autem bez tej piosenki.

Posłuchaj

15. Japandroids – The House That Heaven Built. Najlepszy i najenergiczniejszy utwór na „Celebration Rock”. Kapitalna gitara buduje cały ten utwór od początku do końca. Dobry rock z kopnięciem, najlepiej spożywa się w upalne dni.

Posłuchaj

14. Memoryhouse – Little Expressionless Animals. Opener z najlepszej dream-popowej płyty zeszłego roku. Ładny wokal Denise Nouvion, ładne chórki, ładna linia melodyczna i sporo patosu. I co najważniejsze wcale nie nudzi. Idealna propozycja na deszczowe popołudnia.

Posłuchaj

13. Danny Brown – Grown Up. Danny Brown to oryginalny typek z Detroit. Nie jest jak większość raperów ze Stanów (ogarnijcie jego fryzurę), ale i też nie jest jakimś dziwadłem. Jego singiel z poprzedniego roku „Grown Up” to fajna i momentami zabawna podróż przez okres dojrzewania/dorastania. Co prawda krótka bo trwa troszkę ponad dwie minuty, ale jest w niej wszystko. Fajny hook, beat no i efektowna nawijka samego Danny’ego Browna plus kapitalny teledysk.

Posłuchaj

12. AlunaGeorge – Your Drums, Your Love. Londyński duet Aluny Francis i George’a Reida działa już od 2009 roku, jednak dopiero teraz udało im się zaistnieć na większą skalę. Wszystko dzięki fajnemu, radiowemu singlowi „Your Drums, Your Love”. Piosenka jest przyjemna w odbiorze i czuć w niej ogromny powiew świeżości. Zdecydowanie czekam na debiutancki album, który ma ukazać się w tym roku. Prognozy są dobre, mają sprzyjające wiatry.

Posłuchaj

11. Guilletmots – Up On the Ride. Najmocniejszy i jedyny jasny punkt na płycie „Hello Land!”. Co tak mnie zachwyciło w „Up On The Ride”? Skumajcie, że słuchanie tego utworu przypadło na okres kiedy wiosna wkroczyła z buta na moją dzielnię. Ptaszki śpiewały, słońce grzało, ludzie jakby bardziej radośni. Ta piosenka taka jest – radosna. I nawet kiedy teraz jej słucham (za oknem minus 10) to jakby troszkę cieplej się robi. Poza tym lubię taką prostotę, ten utwór pod żadnym względem nie jest przekombinowany. Dobry indie-pop.

Posłuchaj

10. Miguel – Don’t Look Back. Nieoczekiwany zwrot akcji następuje na „Kaleidoscope Dream”, gdy do ataku następuje drugi track z płyty „Don’t Look Back”. Hook goni hook, dobre zwrotki Miguela i mocno wyeksponowana perkusja. Jest tu sporo polotu i aspiracji na radiowe listy przebojów. Atrakcyjność tego utworu tkwi w genialnym głosie Miguela i luzackich synthach. Poza tym taką samą nazwę ma pewien zajebisty horror z lat 70. Ogarnijcie i film, i piosenkę. Yo.

Posłuchaj

9. Sky Ferreira – Everything is Emberassing. To być może najlepsza piosenka Sky. Młoda piosenkarka póki co nie wydała jeszcze pełnego albumu, ale co jakiś czas raczy nas fajnymi EP-kami. „Ghost-EP” było całkiem wporzo, ale tylko „Everything is Emberassing” był tym CZYMŚ. Czuje, że Sky Ferreira tą piosenką w końcu znalazła dla siebie sposób i swoje miejsce. Trzymam kciuki i czekam na debiutancki longplej pełen tak świetnych piosenek jak ta!

Posłuchaj

8. Brodka – Dancing Schoes (Kamp! remix). Po pierwsza to nie jest zwykły remix jakie znamy z internetu czy też dyskotekowych zabaw z kiepskimi dejotami. Chłopaki z Kamp! sprawili, że to zupełnie inna, LEPSZA od oryginału piosenka. Żadne tępe łupanie, co to, to NIE! „Dancing Schoes” jest parkietowym napierdelaczem, ale również fajną radiową piosenką, której mogę słuchać bez końca. Jakiś czas temu z resztą pisałem o niej w mojej liście wakacyjnych utworów. Jeżeli nie pojawi się żaden nowy remix od Kamp! to z pewnością i kolejne wakacje spędzę przy tym utworze.

Posłuchaj

7. Cloud Nothings – Wasted Days. Piosenka chłopaków z Cleveland to istna miazga. Prawie 9 (słownie: dziewięć!) minut rocka totalnego. Ja wiem, że indie rock jest faux pas i wszyscy teraz zasłuchują się elektroniką, popem, r’n’b a najlepiej wszystkim w jednym. Jednak słuchając „Wasted Days” przypominam sobie stare, dobre czasy kiedy miało się tylko pół mózgu i nie zastanawiało się nad tym co dzisiaj wieczorem poleci w tv. Nie myślało się też wtedy czy te skarpetki pasują do tych spodni i o tym, że cholera jasna jutro trzeba o 5:15 rano wstać. W zasadzie to nie wiele się myślało a sporo robiło. Przy tej piosence odmładzam się o kilka lat. Natomiast co do kwestii technicznych to „Wasted Days” jest jak 3 aktowa sztuka teatralna. Początek dość mocny, z fajnym riffem. Dalej psychodeliczne przejście, zabawa z dźwiękiem i kapitalna improwizacja. A końcówka to już totalny wybuch, godzina 12:00 w sylwestrową noc a nawet lepiej.

Posłuchaj

6. Grimes – Oblivion. Kosmiczna piosenka, kosmicznej artystki. Zaczyna się dość niepozornie, brzmiąc jak jakieś podrzędne amatorskie electronic-disco. Jednak im dalej to tym ciekawiej. Robi się na prawdę psychodelicznie. No i te nieśmiałe „lalala”. Ktoś napisał, że ta piosenka jest taka jak teledysk do niej. Sporo w tym prawdy a sam „Oblivion” to kapitalny utwór do posłuchania i potańczenia. Sama Kanadyjka ma w sobie sporo sprzeczności, jednak ma też to „coś” co sprawia, że chcemy ją wysłuchać. No i słuchamy.

Posłuchaj

5. Jessie Ware – Wildest Moments. Jessie Ware to jedno z odkryć brytyjskiego popu. Jej „Wildest Moment” pogodziło fanów alternatywy z zwykłymi radiowymi słuchaczami. Prosta melodia klawiszowa z wyeksponowanymi bębnami dała dobre tło do charakterystycznego głosu Panny Ware. Taki pop jest w cenie. Dokonała rzeczy raczej rzadko spotykanej. Połączyła niezależność twórczą z sukcesem komercyjnym. Dla mnie to ogromny plus, gdyż troszkę mniej cierpię gdy słyszę RMF FM w pracy.

Posłuchaj

4. Kendrick Lamar – Swimming Pools (Drank). Kapitalny utwór o problemie z alkoholem. Przemawiające sumienie, odniesienia do wiary, wspomnienia, basen pełen alkoholu i dziewczyny bawiące się w słoneczny patrol.  To wszystko w jednej piosence. Kendrick przyznaje się, że był w ciemnym pokoju. „Swimming Pools (Drank)” to oczywiście tylko część historii zawartej na „Good kid m.A.A.D. city”, jednak zasługujący na wyróżnienie ze względu na brzmienie i to jak Kendrick Lamar rapuje. To jak ten Koleś układa poszczególne zwrotki to coś niesamowitego. Takiego hip-hopu trzeba ludziom.

Posłuchaj

3. Miguel – Adorn. Opener „Kaleidoscope Dream” stanowi esencję współczesnego r’n’b. Miguel ma kapitalny głos i feeling. Słychać tutaj sporo odniesień do starszych kolegów po fachu jak i sporo nowego spojrzenia na r’n’b. Co prawda MJ nie żyje, ale pozostała jakaś jego część w tej piosence. Poza tym podczas recenzji jego płyty pisałem o tym, że o to narodził się nowy Prince. Trudno się nie zakochać, gdy Miguel śpiewa: „You just gotta let my love”. Podkład też niczego sobie, ale to Miguel tutaj jest najważniejszy.

Posłuchaj

2. Frank Ocean – Pyramids. „Pyramids” to ponad 9 minutowy majstersztyk. Utwór ten składa się jakby z dwóch mniejszych. Pierwsza część zachwyca nas kapitalnymi synthami i wejściem z okolic 3:52. W drugiej dźwięki mniej nas atakują, robi się bardziej przejrzyście. Mamy tutaj brzdąkającą trąbkę gdzieś w tle a pod koniec pojawiają się nam rozciągnięte gitarowe wstawki. Tworzy to ciekawy klimat utworu. To jest tak jakby byśmy słyszeli echo pierwszych pięciu minut „Pyramids”. Całość brzmi kapitalnie i jest najmocniejszym punktem „channel ORANGE”. Singiel ten bije na głowę wszystko co do tej pory nagrał Kanye West. Serio.

Posłuchaj

1. Iza Lach feat. Snoop Dogg – Lost in Translation. Rok 2012 należał do niej. Na wyjątkowości i talencie młodej łodzianki poznał się sam Snoop Dogg, który nagrał z nią tyle materiału, że przez kilka następnych wakacji będziemy mieli się do czego bujać. Na szczęście sława nie uderzyła jej do głowy, pozostała wciąż tą samą skromną i uroczą osobą. To słychać w tej piosence. „OFF THE WIRE” miał różne momenty, najlepszym z pewnością jest ten utwór, gdzie Iza śpiewa w dwóch językach. Przy pierwszej zwrotce są ciary. Snoop też daje radę. Ze psinką jest ten problem, że zdarza mu się przynudzać. W tym wypadku jest dobrym dopełnieniem Izy. Tak, to on dopełnia Izę a nie na odwrót. Ogarnijcie to.

Posłuchaj

Sky Ferreira – As If! (EP)

Sky Ferreira, czyli nowa ulubienica awangardowej młodzieży.

Słuchałem już jej poprzedniego lata, gdy opalałem się i sączyłem browara przy rytmach One, później widziałem Obsession jako soundtrack jakiegoś serialu o wampirkach. A teraz? Tegoroczna maturzystka (jeezuu, to już ten moment kiedy zaczynam słuchać młodszych od siebie) wydaje świetną Ep-kę, którą zapowiada pełną gęba coś kosmicznego. Tak, dwa zeszłoroczne single plus 5 kawałków z As if! w pełni obrazują jej możliwości.

Czuć w tym coś z Sex Dreams and Denim Jeans, ale szkopuł w tym, że Sky w porównaniu do Uffie UMIE ŚPIEWAĆ. Poza tym wszyscy już chyba znają tą historię z teledyskiem tej pierwszej gdzie występuje ta druga. Sztama. Do rzeczy. 5 piosenek to krótki materiał, jednak mający w sobie power, pop i power-pop. Sex Rules w tym roku powalczy w zestawieniu singli, poza tym jak już zauważyli chopki z Porcysa to tym kawałkiem całkowicie się odcina od wcześniejszej muzyki gospel z która obcowała.Traces to bardzo melodyjna ballada Haters Anonymous to zabawa z muzyką electro i refrenem a la Lady Gaga, gdzie jest ten tak zwany kop. 99 tears to drugi z Ep-ki hicior, który idealnie pokazuje umiejętności songwriting’eskie Sky. Całość uwieńczone jest fajową nutka zatytułowaną „108”.

Sky Ferreira jest świetna, ma dużo fajnych pomysłów a pisanie hitów jej przychodzi lekką ręką. Zapomnijcie o Lady G., Beyonce i innych. Posłuchajcie jej, na pewno rozgrzeje wam te zimne majowe dnie. brrrr. Ocena: 8/10

posłuchaj