Pogoda czasem zawodzi, koncerty na Offie nigdy – relacja z OFF Festival 2023

Pogoda czasem zawodzi, koncerty na Offie nigdy – wiem co mówię, gdyż był to już mój dziewiąty OFF w karierze. Co prawda w ostatnim czasie Dolinę Trzech Stawów odwiedzam średnio co cztery lata, czyli tak jak piłkarskie reprezentacje wybierają się na mundial. Jednak to wciąż jeden z moich ulubionych muzycznych festiwali. Różnorodność artystów, stawianie na muzykę niezależną, mocno rozrastające się miasteczko festiwalowe oraz korzystna dla mnie lokalizacja sprawiają, że OFF to dla mnie jeden z najlepszych muzycznych festiwali w kraju. Niestety, w tym roku również nie załapałem się na medialną akredytację. Jednak ze względu na headlinerów nie mogłem opuścić tej imprezy. Ale o tym już poniżej.

Dzień I

Piątkowy dzień na papierze wyglądał najsłabiej i być może taki był. Ciężko stwierdzić, gdyż ze względów pogodowych moje przyjazdy na imprezę przesunęły się znacznie i nie byłem w stanie zobaczyć tyle, ile bym chciał. Tegoroczny Off rozpocząłem od występu grupy… Off! Chłopaki chcieliby być jak Rage Against The Machine, niestety za bardzo im nie wyszło. Jak to stwierdził Wyciu: „Takie trochę kuce” i chyba trochę w tym racji. Lubię ostrą gitarową muzykę, ale Off! to nie mój klimat. O wiele bardziej do gustu przypadła mi Dreya Mac. Brytyjska raperka i tancerka w jednym! Przy pomocy DJa i dwóch tancerek dała całkiem niezłe show. Kontakt z publiką utrzymywała jak na Offowe standardy bardzo dobry a jej muzyka potrafiła się obronić. Była to dobra rozgrzewką przed głównym występem dnia, który nieoczekiwanie przesunął się na godzinę 21:30. Pusha T wielbię od dawna, a facet wciąż wydaje dobrą muzykę. Jego dwa ostatnie krążki: „Daytona” oraz „It’s Almost Dry” doceniłem na blogu za konkretność i zwięzłość. Taki też był jego występ. Wszystkie jego najlepsze kawałki takie jak: „If You Know You Know„, „The Games We Play„, „Brambleton” czy też „Dreamin Of The Past” mogliśmy usłyszeć ze Sceny Głównej. Na sam koniec Pusha T odegrał „Runaway” i to defacto był jedyny kawałek, który potrafiła odśpiewać publiczność zgromadzona pod sceną. To może za rok na Offie pojawi się sam Kanye West? To mogło być i nawet powinno idealne zwieńczenie tego dnia, jednak ze względu na przesunięcie w programie miałem do zobaczenia jeszcze kilka występów tego dnia. Wpierw uderzyłem pod scenę eksperymentalną, gdyż kojarzyłem, że słuchałem jakiś czas temu płytę Special Interest. Jednak po kilku minutach stwierdziłem, że grające na scenie leśnej Melody’s Echo Chamber będzie lepszym wyborem. Nie myliłem się. Lekko senny acz nostalgiczny i melodyjny klimat tego występu może nie dodał mi sił, ale wprowadził w dobry nastrój za sprawą dream-popowego brzmienia. Wyjątkowo dobrze było usłyszeć live utwory ze zeszłorocznego „unfold„, które przypadło mi do gustu. Na położonej nieopodal scenie namiotowej scenie występowali Homixide Gang. Nim jednak raperski duet pojawił się na scenie to ich bucowaty DJ puszczał trapowe szlagiery wymieszane z innymi rockowymi kawałkami i rozgrzewał publikę. Jednak ani ta część występu, ani samo pojawienie się raperów nie sprawiło, że chciałem tu zostać do końca. W drodze powrotnej do auta sprawdziłem jeszcze Kokoroko, które ludzie zdążyli już okrzyknąć Coco Jambo. Fajna muzyczka, ale zmęczenie w tym momencie wygrało.

Dzień II

Sobotni, równie deszczowy dzień rozpocząłem od końcówki koncertu Nation Of Language. To niesamowite jak oldschoolowo brzmi ten amerykański indie-popowy projekt. Szczerze mówiąc nie interesowałem się zbytnio tym zespołem i byłem w nie małym szoku, że to muzyczny projekt, który debiutował trzy lata temu a nie trzy dekady temu! Grający na scenie leśnej Balming Tiger był tym czego się spodziewałem. Nieco pretensjonalni, trochę dziwaczni i czerpiący z daleko wschodniej kultury a jednocześnie dodający sporo nowoczesności i przebojowości. Trochę żałowałem, że nie zostałem na dłużej z powodu deszczu. Grający na scenie głównej Spiritualized miałem okazję już widzieć na Offie w 2009 roku, jeszcze w Mysłowicach. Wtedy Jason Pierce nie przekonał mnie do siebie, teraz zupełnie odwrotnie. Uważam, że to był jeden z lepszych koncertów tego dnia. Być może pomogła mi perspektywa czasu, wtedy miałem 20 lat, a teraz 34…. A być może, katowicki występ był po prostu lepszy? Potwierdziły się plotki, że na Offie wystąpi Dawid Podsiadło ukrywający się pod przykrywką projektu Udary. Tajemnicza grupa miała odegrać w całości debiutancki album The Strokes „Is This It„. Stąd też nazwa Udary, która jest po prostu przetłumaczeniem angielskiego strokes. Występ ten uznaje za udany ze względu na dwie sprawy. Po pierwsze miło było w końcu usłyszeć coś co się ZNA (W tym roku nawet nie próbowałem poznawać offowych zespołów i po prostu poszedłem na żywioł poznawania dopiero pod sceną) i zna ze swoich młodzieńczych lat (Tak, wiem – brzmi to bardzo dziadersko). Natomiast druga sprawa to bardzo dobre odegranie The Strokes i zbliżony wokal Dawida Podsiadło do Juliana Casablancasa, normalnie tym występem wygrał kolejną edycję „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”. Szkoda tylko, że zespół nie wykorzystał pełniejszej puli swojego występu. Aż się prosiło o jakiś bis albo chociaż kolejny cover The Strokes z drugiego albumu. Podejrzewam, że to był jednorazowy występ ale chcętnie jeszcze był posłuchał czegoś podobnego, gdyż The Strokes pewnie nie zagrają nigdy w Polsce… Dzień zakończyłem występem Slowdive. Nie miałem okazji być na Offie w 2014 roku, kiedy byli również headlinerem dlatego cieszę się, że udało mi się nadrobić ich występ w tym roku. Usłyszenie na żywo „When the Sun Hits” oraz „Alison” to zawsze wielkie przeżycie a ich brzmienie tego dnia było niesamowite. Jak na zespół, który debiutował w czasie kiedy ja dopiero przyszedłem na Świat to zachowują dobrą formę. W odróżnieniu ode mnie, bo mi już doskwierały różnego rodzaju bóle i zmęczenia…

Dzień III

Niedziele planowałem rozpocząć szybciej… Niestety i tym razem moje plany zmienił ulewny deszcz. W końcu, gdy pogoda się ustabilizowała mogłem sprawdzić końcówkę występu Hani Rani. Jednak moja wizyta była zbyt, krótka by coś sensownego napisać o występie artystki. O wiele więcej mogę powiedzieć o grającym na scenie leśnej Tamino. Ten 26-letni Belg dał piękny aczkolwiek nieco przygnębiający występ. W dodatku ta smutna muzyka idealnie odzwierciedlała nastrój wokalisty, który stracił nie dawno przyjaciela. By nie popadać całkowicie w żałobne tony postanowiłem sprawdzić trapy od Lanceya Fouxa. Było znacznie lepiej niż na piątkowym Homixide Gang, ale i tak towarzyszyło mi gorzkie przemyślenie, że pod względem rapsów to Off zawsze był w tyle. Kiedyś ten wspaniały gatunek nie pojawiał się wcale, a jak już, to tylko na zasadzie powiedzenia, że gramy wszystkie gatunki. Teraz jest go całkiem sporo, ale te wszystkie trapy były modne ze 5-7 lat temu, teraz hip-hop wraca do korzeni i docenia się jak ktoś nie jedzie na audio-tune…. No, ale nie narzekam bo w końcu też zaczęto doceniać raperów jako headlinerów. Grający na scenie głównej Confidence Man był z kolei świetnym podejściem do trendów! Obciach lat 90 już dawno temu wrócił, a dowodem na to jest z jakim przyjęciem spotkał się australijski duet, który brzmiał jak grający niegdyś Mr President czy zespół Aqua. No i ta kapitalna choreografia, na tej scenie ciągle coś się działo! Z kolei na scenie leśnej sprawdził się inny duet. Mowa o projekcie Panda Bear i Sonic Boom. Pierwszy z nich to członek legendarnego już Animal Collective, drugi z kolei to Peter Kember – założyciel grupy Spaceman 3. Ich wspólny album z zeszłego roku „Reset” na żywo brzmiało równie niesamowicie. Zwłaszcza utwory „Edge of the Edge” czy też „Go On„. Nie zawiódł również headliner ostatniego dnia. O King Krule napisałem na blogu w zasadzie już wszystko. Jego oba pierwsze albumy mocno przypadły mi do gustu, podobne mam spostrzeżenia także do rudowłosego wokalisty podczas jego występów na żywo. Zwłaszcza świetnie było usłyszeć na żywo „Stoned Again” oraz „Alone, Omen 3„. W Katowicach tego dnia udzielił się klimat angielskiego, zadymionego klubu a sam King Krule był dobrej formie. Oby jak najwięcej tego typu koncertów w przyszłym roku!

OFF Festival 2023 – Zapowiedź

Tradycyjnie już w pierwszy weekend sierpnia w katowickiej Dolinie Trzech Stawów odbędzie się kolejna edycja legendarnego już OFF Festivalu. Miałem okazję brać już w ośmiu edycjach tej muzycznej imprezy, dzięki temu wiem jak wspaniałym doświadczeniem jest obecność na OFFie. Sprawdźmy jak zapowiada się tegoroczna edycja.

Gdzie i kiedy?

Tak jak wspomniałem we wstępie, OFF odbędzie się w katowickiej Dolinie Trzech Stawów w dniach 4-6 sierpnia. Ten, kto był w stolicy Górnego Śląska to wie, jak wiele zieleni jest w tym kojarzonym głównie z ciężkim przemysłem mieście. Dolina Trzech Stawów w sąsiedztwie lotniska Muchowiec jest właśnie taką zieloną oazą, która idealnie pasuje dla tego typu imprezy.

Kto zagra?

Z dostępnych na chwile obecną informacji wiemy, że line-up wygląda grubo. Główni headlinerzy to Slowdive, Pusha T oraz King Krule. Pierwsi z nich już wystąpili kiedyś na OFF Festivalu, niestety jednak nie miałem okazji brać udziału w ów edycji. Dlatego też z wielką chęcią sprawdziłbym legendę shoegaze. Pusha T to jeden z moich ulubionych raperów ostatniej dekady. Moją sympatię zawłaszczył albumem „Daytona„, jednak każda płyta w jego dyskografii to jest czysty rapowy sztos. Z kolei King Krule to brytyjski magik, który nie boi się eksperymentować z gatunkami. Odmówił współpracy Kanye Westowi, za co ma mój szacunek. Myślę, że koniecznością jest odsłuchanie na żywo utworów z „The Ooz” oraz „Man Alive!„.

Z pozostałych nazw uwagę zwraca obecność legendy muzyki alternatywnej Pandy Beara. Członek Animal Collective wystąpi w duecie ze Sonic Boomem. Jednak to nie jedyna legenda, która zagości w Katowicach. Na OFFie usłyszymy także Spiritualized, które powstało w 1990 roku i zalicza się do tzw nurtu space rock. Pojawi się także wiele nowości, m.in. EKKSTACY, który zadebiutował w zeszłym roku albumem „misery„. Jockstrap to kolejny zeszłoroczny debiutant. Ich krążek „I Love You Jennifer B” zebrał pozytywne recenzję, dlatego zdecydowanie warto dać im szansę. Fanów trapu zadowoli fakt, że na scenie T Tent wystąpi duet z Atlanty – Homixide Gang. Z kolei miłośnicy lat 80 powinni koniecznie sprawdzić koncert Nation of Language.

Z rodzimych wykonawców zobaczymy m.in. robiącą furorę za oceanem grupę Trupa Trupa. Rockowy band z trójmiasta odegra w całości album „Headache„, który w mojej ocenie jest ich opus magnum. Poza nimi wystąpi Daria ze Śląska, która specjalizuje się w melancholijnych balladach. Ponadto nasi reprezentanci to: Aljas, Mop oraz Belmondawg / Expo 2000.

W jakiej cenie bilety?

W chwili obecnej trzydniowy karnet to koszt 429 zł, jednak lada chwila ma się to zmienić. Także warto już teraz zaopatrzyć się we wejściówki.

Pozostałe informacje?

Wszelkie informacje znajdziecie na stronie http://www.off-festival.pl

Off Festival 2009

Czwarta edycja Off Festival tradycyjnie już w Mysłowicach, mieście Artura Rojka. Więcej artystów, więcej dni muzyki, więcej sztuki, ale mniej ludzi. Zabrakło odpowiednich zespołów od dużej czcionki. Moim zdaniem jak już przyciągać ludzi na festiwal to na zespoły docenione np. tak jak rok temu Mogwai. Plotki mówiły o Super Furry Animals, Wilco czy też My Bloody Valentine.Rojas jednak zaprosił ciekawych artystów, jednak po raz kolejny nie potrzebnie przyciągał woodstockową młodzież zespołami wyrwanymi z trasy po juwenaliach całej Polski.

Mniejsza z brudasami. Cierpi na tym troszkę klimat, ale nie bądźmy samolubni. Nawet „Terror” poddał się komercjalizacji. Sam Rojek jednak pozostaje ten sam. Lubujący się w dobrej muzie niekoniecznie o dużym rozgłosie, ale rekomendacje Rojasa godne uwagi. Nie może być co roku Mogwai nie?

Tyle tytułem wstępu. Jako, że dysponowałem biletem dwudniowym nie uraczę was relacją z These New Puritans, Kozelka czy Wire. Trochę mam żal, że lider Myslovitz rozbija ciekawe koncerty po restauracjach i kościołach gdzie jest ograniczona liczba miejsc. O ile młodziaki z TNP i weterani z Wire daliby radę na dużej scenie to taki Olafur czy Kozelek bardziej pasują do małych miejsc o dobrej akustyce.

pains

The Pains of Being Pure At Heart

Piątkowe koncerty rozpocząłem od wizyty w namiocie Trójki. Kumka Olik miała zachwycać. Trochę śmieszny występ, bez jednego członka (tego w garniturze). Chłopaki przez dwie piosenki, które widziałem nie zrobili niczego by mnie zainteresować na tyle bym został do końca gigu. Tak samo kiepsko jak na płycie zaprezentowali się w namiocie. Ogromna nagonka dodatkowo im nie sprzyja. Następnie The Thermals na scenie głównej. Idąc na koncert nie spodziewałem się niczego ciekawego. Mając w pamięci słabiznę na Now We Can See po prostu stałem by jakoś przestać i odhaczyć „byłem, widziałem”. Jak się jednak okazało koncert okazał się dość fajny. Sporo energii i spontaniczności. Pani basistka skacząca tu i tam. Ogólnie słabe piosenki zabrzmiały na tyle ciekawie, że dobra zabawa nie opuszczała Main Stage przez całość występu trio z Portland. Następnie zawędrowałem pod Scenę Leśną (najlepszą). Tam już rozpoczynał się występ mocno oczekiwanej Micachu and The Shapes. Początek koncertu nie okazał się zbytnio fascynujący, jednak jak się później dowiedziałem rozkręcili się (podejrzewałem, że tak się stanie). Jednak ja już w tym czasie zahaczyłem o Komety. Co ja tam robiłem? W namiocie zrobiły się mini Juwenalia. Czas na Piwo. Tylko jedno bo zaraz mieli pojawić się na Głównej Scenie debiutanci roku. Mowa o The Pains of Being Pure at Heart. Oczekiwania duże. Oni mieli mi zastąpić brak My bloody Valentine do, których nie tylko ja ich porównywałem w swojej recenzji.Koncert dał radę. Widać było, że są młodzi. Wczesna pora także im nie sprzyjała, ale koncert godny uwagi. Zaczarowali tak samo jak na płycie. Przez 50 minut zdążyli odegrać najlepsze części swojej debiutanckiej płyty. Indie ma się dobrze dzięki takim artystom.

fuck

Fucked Up

Scena Leśna po raz kolejny wzywała. Grupa Health była jednym z licznych hardkorowych przedstawicieli na tegorocznej edycji festiwalu. Reklamowani w telewizyjnym spocie, ciekawie brzmiące single. Zaintrygowali mnie na tyle by sprawdzić jak teoria ma się w praktyce. No cóż do pewnego momentu byli do zaakceptowania przez mój mózg. Później trochę brak spójności i jakiegoś ładu drażniła. Sorry chyba nie jestem jednak hardkorem. Nie jestem? Chyba jednak jestem! Nie no sorry. Wiedziałem, że Fucked Up sprawi, że będę zachowywał się jak zwierzę. Już na sam widok Pink Eyes’a dostawałem ciarek. Wiedziałem, że za chwilę będzie tuż obok mnie, spocony bez swojej czerwonej koszulki. Czapki też się pozbył, ale nie z własnej woli. Polska mentalność. Pierwsze dźwięki. Son of The Father. Najlepszy Opener. Już wchodził we mnie wariat. Pink Eyes jeszcze na scenie, ale już przezywałem orgazm. Kilkadziesiąt sekund a Pink Eyes już na dole. Do końca koncertu już nas nie opuścił. Co mogę powiedzieć na temat tego występu? Najwięcej energii, najbardziej wulgarny, esencja punka. Nie zgodzę się, że muzycznie słabo. Fucked Up to nie tylko gruby wokalista, który stanowi bardziej hardkorową wersję Tima Harringtona z Les Savy Favs. Zespół bardzo konkretny. Łączenie psychodelii z hardkorem. Wysoki poziom. Oczywiście mało szło zrozumieć z tego co krzyczy nam do twarzy wokalista, ale koleś bardzo sympatyczny. Z dużym dystansem do swojego brzuszka i na dodatek lubiąc sobie potańczyć. Brawo.

Monotonix

Monotonix

Fucked Up w połączeniu z dużą ilością piwa wykańcza. Piątkowy wieczór to jeszcze trzy występy obejrzane powierzchownie. The Week That Was raczył indie młodzież swoja obecnością w Namiocie Offensywy. Byłem tylko przez fragment koncertu, ale urzekli mnie swoją melodyjnością. Było na prawdę ciekawie przez tą część koncertu, którą widziałem. Szkoda, że nie widziałem całości. Z pewnością nie była to strata czasu. W tym czasie występował także Monotonix na scenie Miasta Muzyki. Jakoś dziwnie to wszystko wyglądało z mojej perspektywy. Zgraja ludzi na scenie, słychać muzykę, ale gdzie ci kolesie z Izraela? Muzycznie niezbyt ciekawie. Jak później pokazał mi youtube show był nie mniejszy niż na Fucked Up. Na scenie głównej już zbliżał się koncert gwiazdy wieczoru. Za chwilę miała pojawić się grupa Spiritualized. Konferansjer wyglądający jak Andrzej Krzywy chciał pobudzić publikę, jednak dało się tylko usłyszeć rozpaczliwe: „Nie ma ludzi”. Widziałem tylko trzy pierwsze kawałki (zmęczenie), ale wdarło się trochę magii w te kilka minut obcowania z Jasonem Pierce. światła, gitary, murzynki z chóru ubrane w białe stroje. Miażdżenie mózgów dźwiękami niczym Mogwai rok temu. Szkoda, że nie wystałem dłużej i przegapiłem Final Fantasy.

Handsome Furs

Handsome Furs

Sobota na papierze zapowiadała się ciekawiej. Jednak to sprawa dość problematyczna. Tym razem trochę później rozpocząłem koncertową pielgrzymkę po Kąpielisku Słupna. 17:30 Casiotone for Painfully Alone na scenie leśnej. Z jednej strony cieszyłem się, że w namiocie, z drugiej ubolewałem, że tak wcześnie. Zabrakło klimatu, nie było magii przez duszności w namiocie i słońce mocno grzejące. Owen starał się jak mógł, ale nic na to nie mógł poradzić. Mimo wszystko podobało mi się. Brzmiało to dość wiarygodnie. Jeden człowiek obsługujący syntezatory, klawisze, automaty itd. Na dodatek wokalnie przekonywał. Plus. Na scenie Leśnej miał już odbywać się chyba najbardziej wyczekiwany przeze mnie występ tego dnia. Handsome Furs po raz kolejny w naszym kraju. Dan i Alexei mocno zadowoleni, że goszczą w swoim ulubionym wschodnim regionie. To było 50 minut świetnej zabawy. Najlepsze kawałki ze swoich dotychczasowych płyt. Nie zabrakło I’m Confused, Nyet Spasiba czy też Legal Tender. Dan (ten z Wolf Parade) w przerwach między utworami zbawiał publikę anegdotami. Ta o Terminatorze była chyba najlepsza. Natomiast jego żona Alexei Perry raczyła publikę małpimi skokami i fikuśnymi pozycjami. Bisowali, ale i tak było mi mało. Czekamy na Wolf Parade.

Cool Kids of Death

Cool Kids of Death

Na Scenie Głównej Cool Kids of Death. Byli już dwa lata temu. Tym razem mieli odegrać materiał z pierwszej płyty. Rozczarowali. Nie dlatego, że nie zagrali w końcu całej płyty, ale jakoś wydali mi się mało przekonywujący. Chyba w Katowicach było lepiej. Pomysł z odgrywaniem jednej płyty chyba nie sprawdza się na tego typu festiwalach. Chociaż niektóre utwory miały lepszą aranżację niż na płycie no i trzeba przyznać, że płyta CKOD o wiele wiele lepiej brzmi z żywą perkusją niż automatem perkusyjnym. O 21:35 w namiocie trójki zaczynał się koncert chyba najlepszego polskiego bandu na festiwalu. The Car is On Fire. Widziałem ich ostatnio w Katowiach i spodziewałem się dobrego koncertu. Zwłaszcza, że nowa płyta nawet mi się podoba. Mimo, że pod koniec były problemy z basem to koncert mocno udany. Nie zabrakło hitów z drugiej płyty takich jak Oh Joe czy Can’t Cook. Dużo pozytywnej energii.

The National

The National

Szybki powrót do namiotu po ubrania i po raz kolejny pod scenę główną. Lada chwila ma wystąpić The National. Ludzi chyba więcej niż na Spiritualized. W sumie to amerykanie byli największym killerem jeżeli chodzi o popularność. Ja osobiście nie wiele oczekiwałem po tym koncercie. Sądziłem, że przestoje godzinę bez większych emocji. Od czasu do czasu ziewając. Jak ja się myliłem? Koncert ten był największa dla mnie niespodzianką. Kolesie z piosenki na piosenkę się rozkręcali. Nie pewny, krzyczący, chodzący wszędzie, robiący dziwne miny, pijący wino Matt Beringer dawał tyle radości oku i sercu. Ogromne brawa. I ten bis. Mr. November. Matt w końcu wylądował na dole. Zawędrował wśród publiki. On chyba na prawdę przeżywał ten koncert. Wyglądało to tak prawdziwie. Ogromny plusior dla The National. Oczywiście Alligator królował w setliście plus jedna nowa piosenka.

The Field

The Field

Oczekiwanie na ostatni koncert mojego Offa czyli The Field. Po posłuchaniu końcówki Frightened Rabbit, która nie zrobiła na mnie większego wrażenia poszedłem sprawdzić Miłość. Cały czas słyszałem, że to legenda. Nawet jedna z moich koleżanek, która generalnie nie ma pojęcia o muzyce pytała się mnie o Miłość. Ja zbytnio nie rajcuje się takimi klimatami, ale wiem jedno. Lepiej by to brzmiało w zadymionym klubie. W końcu nie mogło zabraknąć Leszka Możdżera i Tymona Tymańskiego na Offie. Doczekałem jednak The Field. Już bardzo późno, albo mocno wcześnie. Opóźniony, ale wystartował. The Field. Czyli człowiek z wąsem schowany za ogromnym sprzętem plus perkusista i koleś z basem. Godzina żywiołowego transu. Spodobało się nawet ochroniarzom, którzy generalnie śpią na koncertach. Widać ich klimaty. Mimo, że im dłużej koncert trwał to miękłem a ludzie znikali to wytrwałem. Warto było. Było ciekawiej niż zwykle, czyli sam Axel Willner ze swoim legendarnym laptopem. Perkusja i bas dodały żywiołowości koncertowi. Zmęczony, ale zadowolony udałem się do namiotu.

Ciężko mi powiedzieć, czy w tamtym roku było lepiej bo jestem świeżo po Offie. Z pewnością w tamtym roku było więcej ludzi przez co mniej na oczy rzucali się osoby nie wiedzące dokładnie co robią na tej imprezie. Musimy się nauczyć, że nie do wszystkiego należy pogować. Poza tym jak sam Rojek mówi tutaj przyjeżdża się poznawać dobrą muzykę także nie ma co liczyć na wielkie gwiazdy. W tym roku Off Festival poświęcony był obchodom 70 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej. Stoisko z gadżetami związanymi z tymi obchodami było oblegane cały czas. Poza tym dużo osobowości. Jerzy Buzek pokazał się ponownie. Ludzie z wytwórni Sub Pop między innymi Jonathan Poneman, wszędobylski Lala, Marcin Meller.

Jestem rozczarowany wprowadzonymi talonami. Trochę wkurzająca sprawa. Poza tym wybór koszulek w tym roku nie powalał. KSU, Happysad, Kult. No ja proszę… z czym na Off Festival? W tamtym roku bez problemu można było kupić koszulkę Mogwai czy Menomena. Z płytami było lepiej. Duży, fajny wybór tylko te ceny… no ale nigdzie indziej tego nie kupisz. Pogoda dopisała nawet za bardzo. Z pewnością wybiorę się znowu za rok. Off Festival 2010: 80 zespołów na 90 scenach. lol