10 koncertów na których mogłem być, a nie byłem i teraz żałuje…

Życie to ciągłe decyzje. Jedne gorsze, drugie lepsze. Z niektórych jesteśmy zadowoleni, z innych nie bardzo. Tak samo bywa z chodzeniem na koncerty. Ile razy odpuszczałem poniektóre występy w myśl, że jeszcze będzie okazja… Oczywiście tej „okazji” już nigdy nie było. Czasami dobrze jest się kierować w myśl zasady z filmy „Yes Man” i mówić sobie za każdym razem TAK. Przed wami lista koncertów, które mogłem zobaczyć a na które ostatecznie się nie wybrałem i teraz żałuje.

Sufjan Stevens (5.05.2011 / Warszawa). No cóż, zacznę chyba od mojego największego bólu… Mija prawie 10 lat od ostatniej wizyty Sufjana Stevensa w Polsce. Muzyk zagrał „podobno” kapitalny występ w Teatrze Polskim w Warszawie. Nie będę ukrywał, że jestem ogromnym fanem Stevensa i wielbię jego twórczość od początku. Swego czasu to jego twarz zdobiła blogowe logo (a to już coś znaczy!). Dlaczego nie pojechałem jednak do Warszawy? Trochę zniechęcająca była odległość 315 km, miejsce koncertu (wtedy nie zachwycała mnie wizja występu w Teatrze…) i cena biletów, która (o ile się nie mylę) wahała się w granicach 150 zł. W tamtym czasie za tą kwotę mogłem nabyć 3-dniowy karnet na OFF Festival (albo całkiem pokaźny zapas alkoholu…). Do tej pory pluje sobie w brodę, gdyż Stevens już nigdy potem nie przyjechał do Polski. Co więcej usłyszeć nowe utwory z „Age of Adz” i stare hity z „Illinois” czy też „Seven Swans” w otoczeniu desek teatru to musiało być coś pięknego…

Cut Copy (22.04.2014 / Warszawa). O moim statusie uwielbienia dla australijskiego bandu pisałem już w ostatnim wpisie podczas recenzji ich ostatniej płyty. Co więcej to zespół, który także lubi moja żona. W tamtym czasie planowałem zaręczyny z moją obecną żoną i koncert Cut Copy był jedną z opcji. Ostatecznie postawiłem na wycieczkę do Wiednia, niemniej żałuje, że nie wybrałem się jednak na ten koncert do warszawskiego Basenu. Tak jak w przypadku Stevensa, Australijczycy już nigdy nie wrócili do naszego kraju i chyba nie prędką wrócą…

Fleet Foxes (13.11.2011 / Chorzów). Ulubiony zespół indie-folkowy? I to w dodatku w mieście gdzie się urodziłem? Co poszło nie tak, że nie pojawiłem się na tym występie? Do tej pory nie rozumiem tego… Fleet Foxes zagrali w Teatrze Rozrywki w Chorzowie w ramach Ars Cameralis. Nie dość, że sam śląski festiwal spuścił z tonu i już nie zaprasza tak głośnych nazw to i sam Fleet Foxes dwa lata później zawiesił działalność… Co prawda grupa Robina Pecknolda wróciła do grania, ale do Polski już nigdy potem nie wrócili…

Uffie (10.02.2012 / Szczyrk). Na początku lutego 2012 roku miała miejsce impreza Burn in Snow w Szczyrku. W związku z zmaganiami na snowboardzie zaplanowana była także impreza muzyczno-taneczna. Wystąpiła m.in. Uffie, chłopaki z Hot Chip oraz Kamp! Line-up ciekawy i to wszystko w położnym 60 km od mojego domu Szczyrku. By dodać dramaturgii dodam, że wstęp był bezpłatny. Tylko ostatni dzban mógł się tam nie wybrać… i w sumie ja… Na swoją obronę dodam tylko, że 8 lat temu były surowsze zimy niż obecnie. Było dużo śniegu, temperatura spadała do -20 a ja dysponowałem wtedy samochodem marki Fiat Uno, który przy takich warunkach odpuszczał jazdę. Nie raz się zdarzało, że musiałem wchodzić do auta przez bagażnik, gdyż wszystkie zamki były zamrożone… To był w sumie ostatni moment by zobaczyć Annę Katarzynę w dobrej muzycznej formie zanim zajęła się rodzeniem dzieci.

Animal Collective (13.10.2008 / Katowice). Zacznę od tego, że w momencie koncertu nie byłem takim fanem muzyki Animal Collective jak obecnie. Co więcej cena 60 złotych za bilet była w tamtym momencie dla mnie zaporowa. Jednak żałuje, że nie udałem się jednak do katowickiej Hipnozy na ten występ. Z całą pewnością miałbym więcej do opowiadania wnukom na starość. Zwłaszcza, że Panda Bear i spółka spóścili obecnie z tonu i już nie wydają tyle nowej muzyku co kiedyś. Ich ponowna wizyta w Polsce, a zwłaszcza na Śląsku może nie prędko nastąpić. O ile nastąpi… ŻAL.

Tyler, The Creator (20.08.2015 / Katowice). Tauron Nowa Muzyka to festiwal, który uwielbiam. Od paru, dobrych lat bywam na tej imprezie w ramach dziennikarskiej akredytacji, której w 2015 roku niestety nie otrzymałem…. Oczywiście nie przyszło mi do głowy by kupić bilet chodź na jeden dzień by zobaczyć mojego ulubionego rapera z ameryki. No waśnie, bo Tyler, The Creator to obecnie jeden z najlepszych graczy w dziedzinie rapu. Co prawda w 2015 roku dopiero się rozkręcał, ale już wtedy jego „Cherry Bomb” mocno mi się podobało. Wiem, że festiwalowy występ pewnie nie byłby doskonały, ale to zawsze lepsze niż nic…

Opener Festival 2013 (03-06.2013 / Gdynia). W ramach wyjątku dodaje tutaj cały festiwal. Dlaczego akurat ten? Po pierwsze uważam, że na papierze to była najlepsza edycja Openera EVER. Po drugie z mojego miasta wyjechała ekipa na ten festiwal, także było z kim jechać. A co przegapiłem? M.in. These New Puritans świeżo po wydaniu „Field of Reeds„, pierwszy występ w Polsce Blur, zawsze genialne Queens of The Stone Age z Joshem Hommem, Arctic Monkeys grające „AM„, genialnego Kendricka Lamara oraz legendarnego Nicka Cave’a. Poza tym wystąpili tam też Kings of Leon, Animal Collective, Miguel, Johnny Greenwodd, Tame Impala, Violets, The National… Jednym słowem było grubo.

Ścianka (28.10.2006 / Mikołów). Ostatnio pisałem o swoim rozczarowaniu związanym z niedawnym występem Ścianki w Katowicach. Okazuje się, że w chwili gdy jeszcze grali piosenki, których nie usłyszałem na żywo w Królestwie zespół występował w moim mieście. Co więcej bilet kosztował tylko dyszkę, odbywał się w barze gdzie regularnie zalewam „mordę” a na drugie danie serwowano Tymona Tymańskiego z zespołem Transistors. Żal tym większy, gdyż przekonałem się niedawno, że tamta Ścianka już nie wróci… No, ale co zrobić gdy było się w tym czasie tępym licealistą….

…And You Will Know Us by the Trail of Dead (04.08.2018 / Katowice). …Trail of Dead powinien w sumie pojawić się na tej liście jeszcze w ramach koncertu z 11 kwietnia 2013 roku, gdy występowali w wrocławskim Firleju. Postawiłem jednak na występ z Off Festiwalu z dwóch powodów. Po pierwsze grali rzut beretem od mojego domu, a po drugie mieli zagrać całą, legendarną już płytę „Source Tags & Codes„. Występ marzenie, dlatego tym bardziej mi przykro.

Wavves (06-09.08.2009 / Mysłowice). Na koniec mały bonus w postaci odwróconej sytuacji. W pierwszy weekend sierpnia 2009 roku byłem w Mysłowicach, jednak nie było tam Nathana Williamsa i spółki! Wavves odwalili wtedy niezłą szopkę podczas festiwalu Primavera i odwołali resztę występów. Na szczęście zespół się pozbierał i zaczął nagrywać o wiele lepszą muzykę . Mimo to wciąż czekam na ich pierwszy występ w Polsce. Przyrzekłem sobie nawet, że jeżeli kiedykolwiek zapowiedzą się w Polsce to pojadę, choćby nie wiem co. Także, Panie Williams teraz twój ruch!

Muzyka na długie jesienne wieczory – przegląd płyt z września i października

Everything Everything – Re-Animator. Co prawda „Re-Animatora” to miałem zamiar obejrzeć ponownie (Nawiązuje do klasycznego horroru Stuarta Gordona) a nie słuchać. Wyszło inaczej, i dobrze! Bo to w zasadzie bardzo dobra płyta brytyjskiego art rockowego bandu. Everything Everything byli dla mnie zawsze bardziej ciekawostką aniżeli pasją. Fajnym supportem, a nie występem dnia. Nie śledziłem ich twórczości w ostatnim czasie a tutaj się okazuje, że na wysokości piątego albumu potrafili bardzo pozytywnie zaskoczyć. Słyszalne wzorce od Radiohead po Talking Heads. Dużo dobrych melodii, ładnie zbudowane kompozycje i ciekawa mieszanka syntezatorów i gitar. Jest trochę tanecznie i do posiedzenia przy kubku czegoś mocniejszego. Ocena: 7/10.

Jyoti – Mama, You Can Bet! Georgia Anne Muldrow ukrywająca się od pewnego czasu pod pseudonimem Jyoti to kalifornijska artystka, która od 2006 regularnie wydaje płyty. „Mama, You Can Bet” to jej trzeci album nagrany jako Jyoti. Jeżeli lubicie jazz, który nawiązuje do południowych klimatów z Kuby i okolic to jest to pozycja dla Was. „Mama, You Can Bet!” to dość specyficzna płyta, którą ciężko określić jednym słowem. Pierwsze skojarzenia to na pewno: ciepło, południe, egzotyka. Jednak w sumie czego tutaj nie znajdziemy? Pani Muldrow potrafi rozruszać do tańca jak i zmusić do przemyśleń, a wszystko na dobrym poziomie. Z pewnością jedno z ciekawszych jezzowych pozycji tego roku. Ocena: 6/10.

Hannah Georgas – All That Emotion. O rany, to już 10 lat od mojego ostatniego spotkania z panią Georgas. Dekadę temu na łamach bloga zachwycałem się jej albumem „This is Good„. Swoją drogą album ten poznałem dzięki blogowi „Ciemny Środek Wszechświata”, gdzie było pełno świetnej muzy. ALE To był inny internet, inny świat. Tak samo jest z płytą „All That Emotion„. Słychać na nim jak wiele się zmieniło w życiu Pani Georgas w ciągu minionych 10 lat. Płyta jest dojrzalsza, bardziej przemyślana, nieco melancholijna. Nie ma już tego uroku, tego lekkiego ducha indie popu. Są ballady, fajne i miłe dla ucha, ale czy warto do nich wracać co jakiś czas? Nie wiem. Do „This is Good” czasem wracałem… Ocena: 5/10.

The Flaming Lips – American Head. Sentymentalny powrót do lat 90 wyszedł Wayne’owi Coyne’owi i spółce całkiem fajnie. Grupa z Athens być może przeżywa kryzys twórczy, gdyż zrezygnowała z dalszego nagrywania eksperymentalnych utworów (raz lepszych, raz gorszych) na rzecz wykorzystania sprawdzonych środków, które zdały egzamin przy nagrywaniu chociażby „The Soft Bulletin„. Chociaż nie można odrzucić tezy, że ten nagły powrót do korzeni to po prostu potrzeba poczucia się znowu młodym. Przyjemne gitarowe, nieco beatlesowskie melodie łączą się tutaj z narkotycznymi historiami. Już same nazwy utworów są jednoznaczne: „Mother I’ve Taken LSD„, „You N Me Sellin’ Weed” czy też „When We Die When We’re High„. Swoją drogą sporo tutaj śmierci w tekstach śpiewanych przez Coyne’a. Lubię Flaming Lips, ale nie sądziłem, że są jeszcze w stanie mnie poruszyć. Tutaj im się to udało. Ocena: 8/10.

Sufjan Stevens – The Ascension. Pomimo tego, że jestem ogromnym fanem działalności Sufjana Stevensa to często ciężko mi jest przewidzieć jego następny ruch. Jego ostatni wybitny album „Carrie and Lowell” z 2015 roku to mocno osobista rzecz. Następnie artysta zajął się nieco eksperymentalnymi rzeczami nagrywając „Plantearium„, „The Decalogue” oraz „Aporia„, które były krążkami nagranymi w kolaboracji. I w ten sposób dochodzimy do „The Ascension„, które w porównaniu do swoich poprzedniczek jest albumem mocno gorzkim i mrocznym. Nie chcę używać słowa topornym, ale materiał trwa prawie tyle samo co mecz piłkarski. Pomimo tego, że jest tu parę zjawiskowych i fajnych utworów jak np. „Video Games” to całości słucha się raczej ciężko i żmudnie. Stevens śpiewa o religii i Ameryce, a muzykę opiera głównie na elektronice. Album jest dopracowany w każdym szczególe i nie wykluczam, że to jedno z tych dzieł, których wspaniałość odkrywamy po czasie. Ale czy tak faktycznie będzie? Tego nie wiem… Czas pokaże, póki co rzucam ostrożne 6/10, bo zupełnie nie wiem jak ocenić to wydawnictwo.

Metz – Atlas Vending. Kolejny mój powrót po latach. Z Metz miałem do czynienia w 2012 roku przy okazji ich debiutanckiego albumu „METZ„. Widzę, a raczej słyszę, że chłopaki dalej potrafią przypierdolić, także jest spoko. Warto sprawdzić. Ocena: 6/10

nath – Nathing. Nie będę ukrywał, że działalnością nath jak i samym albumem „Nathing” zainteresowałem się po usłyszeniu FENOMENALNEGO singla „nowe dni” nagranego na współkę z Kachą Kowalczyk z Coals. Jest to z pewnością najlepsza rzecz na tym krążku. Reszta jest spoko, ale odstaje poziomem. Może gdyby cała płyta była nagrana z wokalistką\raperką z Coals? Można gdybać, ale nie ma co narzekać, bo jest nieźle. nath całkiem zgrabnie łączy elementy indie-popu, dream-popu z modnym w ostatnim czasie trapem. Może i jestem starym dziadem, któremu zdarza się zasnąć przed 23 i odmawia kolegom grania w piłkę z powodu bólu kolana, ale muzyczne trendy staram się wyłapywać. Mgliste kompozycje nath brzmią dobrze zarówno w rodzimym języku Mickiewicza, jak i Szekspira. Płyty słucha się dość szybko i sprawnie, całość w końcu trwa niespełna 30 minut. Posłuchajcie by przekonać się, że nie tylko Margaret potrafi w naszym kraju rapować. Ocena: 6/10.

7 indie piosenek na Święta

Swego czasu grudniową tradycją tego bloga było tworzenie świątecznych zestawów piosenek, których nie usłyszycie w radiu pomiędzy „Last Christmas” Wham i „All I Need For Christmas Is You” Mariah Carey. Postanowiłem powrócić do tego pomysłu i stworzyć nową, krótką listę 7 indie utworów specjalnie na tegoroczne Święta Bożego Narodzenia

Sufjan Stevens – Lonely Man of Winter. Sufjan Stevens na dobrą sprawę mógłby zmienić swój pseudonim artystyczny na Mr. Christmas Indie Songs Maker. Autor „Illinois” ma na swoim koncie wiele świątecznych utworów i kompilacji a utwór „Lonely Man of Winter” to kolejny świąteczny smaczek w jego stylu. Sporo tutaj smuteczków, ale też ile uroku i klimatu. Muzyka Stevensa w Święta jest dla mnie tak samo ważna jak choinka i prezenty.

Fleet Foxes – White Winter Hymnal. Z serii „stare, ale jare”. Święta bez śniegu, to tak jak świąteczna playlista bez Fleet Foxes. Świetny utwór, który podbił moje serce już w 2008 roku. Najlepsze jest to, że wciąż mam te same skojarzenia przy słuchaniu tego utworu.

Julian Casablancas – I Wish It Christmas Today. By rozruszać towarzystwo podczas świątecznej imprezki najlepszym wyborem będzie utwór wokalisty The Strokes. Stary dobry indie rock ’00 w wydaniu świątecznym też potrafi zaczarować. Julian co prawda dalej nie umie za bardzo śpiewać, ale jemu chyba jesteśmy wybaczyć, prawda?

Phoenix – Alone On Christmas Day. Wiem, że temat samotności w Święta jest często powielany przez różnorakich artystów. Ba, rzec by można, że został wyczerpany przez filmy z serii Kevin Sam w Domu. No, ale co zrobić skoro to tak wyjątkowy czas, że nikt nie chce być sam? Francuzi z Phoenix urzekli ponownie. A tak na poważnie, to 90 % roboty robi niezniszczalny Bill Murray!

The Flaming Lips – A Change At Christmas (Say It Isn’t So). Wayne Coyne i spółka również mają na koncie parę świątecznych utworów, zatem wiedzą dobrze jak się w tą grę gra. Tym razem wokalista przybiera pozę połączenia Bono i Bowiego i przy akompaniamencie rozbudowanych syntezatorów robi nam święta już od 2011 roku.

Marika Hackman – Driving Under Stars. Dream-pop na święta? Przecież ja to kupuje w pełni. Pani Hackman urzeka swoim znudzonym głosem, jednak to te gitarowe wstawki w stylu Maca DeMarco najbardziej mnie przyciągają. Cudny utwór.

Slow Club – Christmas (Baby Please Come Home). Niezniszczalna świąteczna piosenka, która ma już wiele ciekawych wykonań (Między innymi od Death Cab For Cutie). Brytyjski duet z Sheffield też dał radę i ta interpretacja również trafiła w mój gust. Mocny głos wokalistki świetnie się tu komponuje z indie rockowym, brytyjskim pazurem.