Metronomy – Love Letters

metronomyOj hype na Metronomy w blogosferze jest ogromny. Nie będę jednak gorszy od innych i sam dorzucę kilka słów od siebie na temat „Love Letters„. Zacznę od tego, że Metronomy nigdy nie było dla mnie zespołem wybitnym. Udało im się stworzyć kilka kapitalnych utworów, jednak płyty całościowo świetnej od początku do końca nie nagrali do tej pory. Pierwszego krążka nie słyszałem, na drugim albumie „Nights Out” próbowali być jak Hot Chip a ostatnia w kolekcji „The English Rivera” miała mocne single, ale była nie równa.

Tym razem Joseph Mount ze spółką postanowili nagrać krążek bardziej spójny. „Love Letters” nie ma już takich przebojowych singli, jakie były na płycie z 2011 roku. Gatunkowo zespołów wciąż porusza się w synth-popie, jednak znajdziemy tutaj sporo wpływów rocka psychodelicznego oraz muzyki gospel. Pod względem brzmienia płyta przypadła mi do gustu. Instrumentalne „Boy Racers” brzmi jak połączenie Glass Animal i Death In Vegas a tytułowe „Love Letters” ciekawie nawiązuje do popu lat 60. Poza tym do swoich faworytów zaliczyłbym także melancholijne „Never Wanted” oraz otwierający całość „The Upsetter„. Dużą rolę na albumie pełnia instrumenty klawiszowe, w „Monstrous”   już od pierwszych sekund słyszymy pianino. Gitar jest stosunkowo mało, jednak jak się pojawiają to brzmią ciekawie jak w końcówce „Month Of Sundays„.

Metronomy-Love-LettersJeżeli chodzi o warstwę liryczną to Joseph Mount z jednej strony porusza się w tematyce miłosnej, opisując rozstanie w „Never Wanted” czy też tęsknotę do ukochanej w „The Upsetter„. Z drugiej natomiast strony lider Metronomy puszcza nam oczko takimi linijkami jak: ” Reliving 1992 here / Playing „Sleeping Satellite” / Playing Prince and Deacon Blue, yeah / Playing „I Will Always Love You”, yeah” czy też „He’s got the most immaculate haircut / But with the right dye and shampoo, maybe I could too„. Generalnie teksty zawarte na płycie mogą się podobać ze względu na swoją lekkość i pewnego rodzaju dystans.

Reasumując „Love Letters” to album bardziej równy i zróżnicowany brzmieniowo niż „The English Rivera„. Brak przebojów zespół nadrabia ciekawymi brzmieniami nawiązującymi do muzyki lat 60 oraz lekkimi tekstami. Płyta z całą pewnością godna polecenia, jednakże nie zapadająca w pamięć na dłużej. Ocena 7/10.

Cut Copy – Free Your Mind

cut copyCzwarty album w dyskografii Cut Copy nie jest ani krokiem w przód, ani wstecz. Australijczycy utrzymali pozycję electro-popowego hulaki i wymiatacza parkietowego kosztem innowacyjności. „Free Your Mind” jest po prostu albumem wtórnym na którym trudno znaleźć coś czego wcześniej nie było na „Zonoscope” czy też „In Ghost Colours„. Oczywiście nie jest to rozwiązanie złe, gdyż album słucha się bardzo dobrze. Ba, nawet lepiej niż poprzedni longplay z 2011 roku, który był fajny, ale na krótką metę. „Zonoscope” trochę momentami przynudzał a i też nigdy nie miał argumentów bym do niego wracał po czasie.

Tegoroczna propozycja jest bardziej roztańczona i czerpie większymi garściami z legendarnego już „In Ghost Colours„. O krążku z 2008 roku mógłbym mówić w samych superlatywach, ta płyta się nie starzeje. Poza tym za każdym razem gdy wychodzi coś fajnego z podobnych regionów (Kamp!, Tesla Boy) to siłą rzeczy pojawiają się skojarzenia z drugim LP Australijczyków. Dlatego też fajnie, że Cut Copy odświeża pomysły te na najnowszym cd. Brzmienie na omawianym krążku jest nieco jaśniejsze i nawiązuje do przełomu między latami 80 i 90. Znajdziemy tutaj zarówno inspiracje Pet Shop Boys jak i Primal Scream. Sam zespół także nie wychodzi poza pewną estetykę utworów, którą obrał w 2008 roku. To znaczy mamy sporo różnych sampli oraz mocnych hooków. Pojawiają się także charakterystyczne chórki  a muzykę dopełnia wokal Dana Whitforda, który jakby wydobywał się z pokoju obok.

free your mind cut copyFree Your Mind” to dobra płyta acz nie rewelacyjna jak było to w przypadku „In Ghost Colours”. Wysoko postawiona poprzeczka w 2008 roku nie została przeskoczona i najprawdopodobniej muzykom Cot Copy nigdy ten wyczyn się nie uda. Dlatego należy czerpać jak najwięcej dobrej zabawy z  tegorocznego longplaya, który jak żaden inny na sylwestrową noc nada się najbardziej. Poza tym muzyka Cut Copy znacznie lepiej brzmi na żywo, dlatego też cieszy fakt, że Australijczycy odwiedzą Polskę na wiosnę po raz trzeci. Ocena: 7/10.

Chromatics – Kill For Love

Włosi robią to lepiej?

Tak nazywa się nazwa wytwórni w której zostały wydane dwa ostatnie albumy grupy Chromatics. Słuchając ich nie mamy pewności czy ci włosi faktycznie robią to lepiej, ale na pewno robią to dobrze.

„Kill For Love” spodobał mi się od razu. Grupa z Portland w stanie Oregon wytworzyła na nim niesamowity nastrój smutku i melancholii, zawarty w niezłych, energicznych synth-popowych kawałkach. Poza typowymi elektronicznymi melodiami można się doszukiwać tutaj pewnych elementów post-punku i indie, natomiast te Italo-Disco, które znajduje się przy każdym opisie grupy odnosi się chyba tylko do wizerunku muzyków.

Album jest troszkę przydługawy i przez to nierówny. Szukając dobrych momentów na pewno trzeba zaznaczyć singlowe „Lady”, gdzie syntezatory poszły w ruch a zespół poszukuje odpowiedzi na odwieczne pytania zwracając się ku latom ’80. Ponad 8-minutowy „These Streets Will Never Look the Same” ma niezły wstęp i jeszcze lepszą końcówkę wyrwaną niczym z ostatniej płyty Junior Boys. Kolejny plus za fajną, synth-popową balladę „Candy”. Tytułowe „Kill For Love” zwraca na siebie uwagę głównie dzięki energii skupionej na tym tracku. Ah i zapomniałbym o oczywistej, oczywistość. Sam gitarowy opener, dodaje na prawdę fajnego klimatu.

Jednak idąc dalej (druga część albumu) utwory stają się coraz to bardziej rozciągnięte i instrumentalne. Stanowią zaprzeczenie dla działalności takiego Perfume Genius, gdzie aż się prosi by niektóre kawałki pociągnąć dalej. Tutaj jest na odwrót, niektóre momenty można było pominąć. Całość kończy 14-minutowy potwór „No Escape”, który spokojnie mógłby być soundtrackiem do jakiegoś filmu dokumentalnego pokazującego bezkres wszechświata. Mimo to „Kill For Love” zostawia po sobie całkiem przyjemne wrażenie. Warto posłuchać. Ocena: 7/10.