Na przestrzeni minionych dwóch miesięcy pojawiło się sporo interesującej muzyki. Sprawdźmy co było w tym czasie słuchane. Kolejność całkowicie przypadkowa.
Les Savy Fav – Oui, LSF. Przyznam szczerze, że zwątpiłem, że kiedykolwiek Tim Harrington i spółka nagrają coś nowego. W końcu ich ostatni krążek „Root For Ruin” został wydany w 2010 roku. 14 lat w muzyce to wieczność. Jednak za ich zasługi dla punkującego indie rocka nie należy o nich zapominać. W końcu takie albumy jak „Inches” czy też „Go Forth” to już klasyka gatunku. Tegoroczny „Oui, LSF” takim klasykiem niestety się nie stanie. Jednak warto dać szansę tej płycie, zwłaszcza jak się jest takim milenialnym boomerem jak JA i lubi wrócić do starych, dobrych czasów z dekady 00. Bo dla Les Savy Fav na tym albumie czas stanął w miejscu. Wciąż jest rok 2007 a indie rock to gitarowe granie, a nie kolejny stworzony na komputerze cover. Takie utwory jak „Guzzle Blood„, „Racing Bees” czy też „What We Don’t Don’t Want” tylko to potwierdzają. A momentami jak w „Oi! Division” zespół brzmi jak z najlepszych czasów na „Inches„. Spoko jest ballada „Don’t Mind Me” i szacunek za nawiązanie do utworu „Dreaming” Blondie w „Barbs„. Ocena: 7/10
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 3.5 na 5.
Taylor Swift – The Tortured Poets Department. Moja rówieśniczka zza oceanu wydała właśnie swój jedenasty studyjny albumu. Pomysłów na piosenki Taylor nie brakuje bo to ponad godzinny materiał… Co więcej został wydany także krążek „The Tortured Poets Department: The Antachalogy„, który trwa dwa razy dłużej i zawiera 31 utworów. Na początku wydawało mi się, że przy takiej ilości piosenek nie uda się jej zachować równego poziomu. Otóż udało się. Płyta mimo, że jest nagrana nieco na jedno kopyto i zbytnio rozciągnięta to zachowuje równy, wysoki poziom. Swojej sympatii do Taylor Swift nigdy nie ukrywałem, i dalej jej kibicuje, bo po prostu warto. To wszystko dzięki muzyce i takim albumom jak ten, bo cała ta disneyowo-ploteczkowa otoczka supergwiazdy totalnie mnie nie obchodzi. Ocena: 7/10
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 3.5 na 5.
Dua Lipa – Radical Optimism. Niestety Brytyjka o kosowsko-albańskich korzeniach spadła z bardzo wysokiego konia o nazwie „Future Nostalgia„. Co prawda upadek był dość łagodny, bo na materac z napisem „Houdini” i poduszkę o nazwie „Training Season„, jednak z kronikarskiego obowiązku należy go odnotować. No niestety nie jest to godny naśladowca wspaniałego, wypełnionego świetnymi melodiami albumu „Future Nostalgia„. Utwory na „Radical Optimism” generalnie nie są złe, ale mają jedną wadę – nie wpadają od razu. Dobrze to pokazują single „Training Season” czy też „Illusion„, które nie zachwyciły od premiery, jednak po czasie śmigają w radiu aż miło. Niestety reszta materiału to zwykłe zapychacze, do których człowiek nie wróci po czasie… Trochę Lipa Pani Lipa. Ocena: 6/10
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
Young Jesus – The Fool. Co prawda Young Jesus to już od jakiegoś czasu solowy projekt Johna Rossitera, jednak ponownie mnie ten młodziutki Jezusek zaskoczył. I to pozytywnie. Wszyscy Pamiętamy album „The Whole Thing Is Just There„, który był indie rockowym odkryciem 2019 roku. Po nim nastąpił „Shepherd Head„, gdzie zaskoczeni zostaliśmy składem projektu. Tym razem muzyk stojący za tym projektem zaskoczył swoimi wokalnymi umiejętnościami. Ta płyta to jakiś pierdolony wokalny popis Johna Rossitera, który w tle zapodaje nam indie folk i momentami zamienia się w Boba Dylana czy też innego Neila Younga. Warto tej płycie przyjrzeć się uważniej. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Cloud Nothings – Final Summer. Swego czasu zespół z Cleveland w stanie Ohio był obok Wavves najczęściej przeze mnie wałkowaną kapelą. Albumy takiej jak „Attack on Memory” czy też „Here and Nowhere Else” to gatunkowe perełki, dlatego też sentyment pozostał. 8 płyta Cloud Nothings jest ponownie sentymentalną przeprawą przez dyskografię grupy. Dylan Baldi i ekipa nawet nie próbują eksperymentować, trzymają się sprawdzonej formuły. Piosenki na „FS” brzmią identycznie jak te na poprzednich siedmiu płytach. Może to dobrze, może źle. Nie wiem. Ja zawsze posłucham i docenię. Zwłaszcza, że to niespełna półgodziny materiału. Ocena: 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
The Libertines – All Quiet on the Eastern Esplanade. Patrzcie Państwo, kolejny powrót o który w zasadzie nikt nie prosił. The Libertines to klasyk brytyjskiego indie rocka, który najlepsze lata ma już dawno za sobą. Ich okres świetności zakończył się w 2004 roku wraz z rozpadem zespołu. Wydali wówczas dwie płyty: „Up The Bracket” w 2002 roku oraz „The Libertines” dwa lata później. W 2010 roku zespół na chwilę się reaktywował, jednak na nową płytę trzeba było czekać do 2015 roku, kiedy to ukazał się „Anthems for Doomed Youth„. Pamięta jeszcze ktoś tą płytę? No właśnie… Podobne mam odczucia do tegorocznej „All Quiet on the Eastern Esplanade„. Sprawdziłem, posłuchałem, raczej nie wrócę. Jak już to do dwóch pierwszych płyt, aczkolwiek do nich też nie wracam jakoś wybitnie często. The Libertines nigdy nie należeli do moich ulubionych przedstawicieli brytyjskiego indie rocka dekady 00, i pewnie tak pozostanie. Ocena: 5/10.
Jesień zawitała już na dobre. Sprawdźmy co tam było słuchane w czasie, gdy za oknem było czerwono-żółto.
Alvvays – Blue Rev. Trzeci już album w dorobku zespołu z Toronto to miła i energiczna dla ucha rzecz. Niby to zwykły power-pop, ale ile tutaj inspiracji muzycznych można wyłapać. Zaczynając od wszelkiej maści shoegazowych wpływów, po indie rock lat 90. Słuchać, że takie zespoły jak The New Pornographers czy też The Raspberries są dobrze znane Kanadyjczykom. Sam „Blue Rev” to solidny zestaw gitarowej muzyki okraszonej damskim wokalem. Płyta może świata nie zmienia, nie sprawia, że węgiel jest tańszy i lepiej się pali, ale jak się tego słucha to tak trochę cieplej się robi. Sprawdźcie w zimne, jesienne wieczory. Ocena: 7/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 3.5 na 5.
Brodka – Sadza. Rozpisywanie się o metamorfozie Moniki Brodki od gwiazdki pop do gwiazdki indie w zasadzie nie ma już sensu bo artystka już od ponad dekady idzie pod prąd względem mainstreamowego popu. Od momentu wydania „Grandy” każdy jej album czy też utwór to zupełnie inna, nieprzewidywalna estetyka i styl. To samo jest na „Sadzy”, który wydaje się być krążkiem najmniej przystępnym dla randomowego słuchacza. Z drugiej jednak strony jest to album na, którym dzieje się bardzo wiele. Sun Kill Moon, Steve Reich i Skalpel? Też lubię posłuchać, lecz to nie jedyne inspiracje. Czego tu w zasadzie nie ma? Jakieś techno r’n’b w „Utrata” czy też techno folk w „Sadzy„. Sporo smaczków, a wszystko krąży wokół elektroniki i muzyki klubowej. Już widzę Brodkę na Tauronie czy też Carbonie w Zabrzu! W „Hydroterapii” pojawia się Zdechły Osa, ale jego występ raczej nie wnosi za wiele do całości a stanowi wyłącznie ciekawostkę. Z kolei ostatnie „Outro” to zniekształcony kawałek Brodki z popowych czasów artystki „Miał Być Ślub„. Bardzo fajna, acz krótka płyta. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Dream Unending – Songs of Salavation. Generalnie nie słucham za wiele metalu, ale jak już go włączam to staram się by były to rzeczy dobre. I taki też jest album Dream Unending. Aczkolwiek inaczej sobie wyobrażam muzykę „zbawienia”. Z tym, że ta płyta też pasuje. Generalnie, jest tu dużo spokoju. Jak na metal oczywiście. Piosenki mają nieśpieszny rytm i bardziej przypominają gitarowy soundtrack do Władcy Pierścieni. Momentami jest melancholijnie (czyli tak jak lubię o tej porze roku) a momentami mrocznie (to też lubię w jesieni). Twardy wokal przeplata się tutaj z żeńskim śpiewem a perkusista chyba ani razu nas nie uraczył podwójną stopą, co może być dla niektórych minusem. Dla mnie jest bardziej niuansem, a całość odbieram dość pozytywnie. Można puścić przy babci. Ocena: 7/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 3.5 na 5.
Junior Boys – Waiting Games. Przesłuchałem najnowsza płytę duetu z Hamilton w Stanie Ohio. i cóż by tu rzec? Wolałem wrócić do ich starszych nagrań. Nie jest źle, ale brakuje mi tego „czegoś”. Kompozycje są zbyt rozciągnięte, brakuje energii a chłopaki wydają się być znudzeni. Co prawda to wciąż solidny poziom, ale po takich albumach jak: „Last Exit” czy też „It’s All True” należałoby się spodziewać czegoś więcej. Może z czasem się jeszcze przekonam, póki co jest tylko 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
Dawid Podsiadło – Lata Dwudzieste. Przyznam, że nie przepadałem za Panem Podsiadło na początkach jego muzycznej przygody. Z biegiem czasu moje nastawienie do typa z wąsem się zmieniło. Nie mogę nazwać się wielkim fanem, ale toleruje jego muzykę. Uważam, że idealnie wpasował się w polską scenę popową. Tak też i oceniam „Lata Dwudzieste„. Ani to album wielki, ani też przesadnie denerwujący. Ot, przyjemna płytka, którą można przesłuchać i zapomnieć. Są tu utwory lepsze jak „Halo„, „Wirus” – który momentami brzmi jak „Everybody” Backstreet Boys czy też „Tazosy” (W sumie to nie przypadek, że są na początku płyty). Są i momenty słabsze jak pretensjonalny „Post” czy też zwykle nudny „awejniak” z doczepioną Nosowską. Pojawia się także sanah, ale tu też bez większy fajerwerków. Można sprawdzić, ale bez spiny. Usłyszycie w radiu. Ocena: 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
Taylor Swift – Midnights. Ale to zleciało. To już 10 album w dorobku Taylor Swift. Oczywiście nie będziemy wypominać wokalistce z Nashville pierwszych czterech krążków. Dopiero przy wydaniu „1989″ można było Taylor traktować poważnie. I trzeba przyznać, że fajnie sobie radzi. Przede wszystkim potrafi połączyć mainstreamowy pop z tym niezależnym. Choć, brzmi to nieco kuriozalnie. Mnie najbardziej urzekła przy okazji wydania „Folklore” w 2020. Aczkolwiek na każdym jej wydawnictwie po 2014 roku potrafię znaleźć coś dla siebie. I tak też jest z „Midnights”. Całościowo album wypada tak sobie, ale jak posłucham poszczególnych utworów takich jak: „Snow On The Beach” nagrany wspólnie z Laną Del Rey, „Karmę” czy też „Maroon” to już jest lepiej. Poszperajcie w tej płycie, może też znajdziecie coś dla siebie. Ocena: 6/10.
Kwiaty – Kwiaty (2019). Jedna z lepszych gitarowych pozycji w ostatnim czasie. Grupa Kwiaty idealnie miesza shoegaze, dream-pop, post-rock z elementami punk rocka. Ich kompozycje stoją na wyjątkowo wysokim poziomie i bardzo ładnie odkrywają przed nami brzmienia z lat 80 i 90. Jednak wisienką na torcie jest postać wokalistki grupy – Maii Andrzejewskiej, której hipnotyczny i energiczny wokal uwodzi nasze uszy. Z całą pewnością warto znać.
Lana Del Rey – Norman Fucking Rockwell! (2019). Ostatnia płyta amerykańskiej wokalistki była moim ulubionym muzycznym wydawnictwem 2019 roku. Świetne melodie łączą się tutaj z dobrze napisanymi kompozycjami. Rozsądnie wymieszane gatunki muzyczne ponownie dały dobry efekt. A sama pani Del Rey zaskoczyła mocno, bo nie spodziewałem się po niej już niczego wielkiego. Jak dobrze się mylić! Zwłaszcza, że to jej zdecydowanie najlepsze dzieło. Popowa melodyjność i dojrzałość wokalistki to w tym przypadku czynniki decydujące. O takich płytach pamięta się długo.
Mac DeMarco – Salad Days (2014). Pepperoni playboy (Tak go ochrzcił Pitchfrok) miał mocno udaną minioną dekadę. Od momentu debiutu w 2012 roku, każde jego nowe wydawnictwo przykuwało uwagę słuchaczy i krytyków muzycznych. Aparycja dobrego kumpla, namiętne palenie viceroy’ów oraz fajne poczucie humoru Vernora to dodatek do jego muzyki. A ta jest kapitalna. „Salad Days” to mój ulubiony krążek Amerykanina. Nieśpieszne, leniwe acz klimatyczne melodie to idealny podkład w zasadzie do wszystkiego. W zasadzie do samego chilloutu wystarczy ten longplay, dlatego śmiało możecie odstawiać używki. Czuć tutaj nawet dym viceroyów.
Miguel – Wildheart(2015). Co prawda Miguel Jontel Pimentel debiutował już w 2010 roku albumem „All I Want Is You„, jednak szerszą uwagę przykuł (w tym moją) dzięki „Kaleidoscope Dream„. Melodyjne, wciągające z nowoczesnym podejściem R’n’B miało w tym momencie sens dzięki tej płycie. Ja jednak postanowiłem wyróżnić „Wildheart„, które ukazało się trzy lata później. Następca kalejdoskopowego snu nie dość, że miał wszystkie pozytywne cechy krążka z 2012 roku to jeszcze dodatkowo wyróżniał się dojrzałością w tworzeniu oraz aż kipiał seksem. Być może wokalista z San Pedro bo zdobyciu sławy miał bujne stosunki z kobietami, stąd ta dzikość serca. Poza tym zobaczcie sobie jego występy live, chłopak lubi ten sport. Albo po prostu odpalcie sobie jego albumy – to bardzo dobra muzyka.
Mitski – Be The Cowboy(2018). Pół amerykanka, pół japonka na rynku muzycznym funkcjonuje od 2012 roku, jednak większy rozgłos zyskała za sprawą „Puberty 2” z 2016 roku. Gdy zagłębimy się w twórczość artystki to zauważymy, że nieustanie, od początku się rozwija. Efektem tego jest „Be The Cowboy” z 2018 roku, które jest jej najdoskonalszym dziełem. Wspaniałe kompozycje mieszają gatunki i style, a sama Mitski Miyawaki w porosty sposób śpiewa o samotności. Tytuł może być mylący, gdyż nie znajdziemy tutaj za wiele muzyki country. Dokopiemy się za to do wielu fajnych pomysłów i momentów.
Moses Sumney – Græ(2020). Drugi w kolekcji album artysty z Asheville w Północnej Karolinie dowodzi, że mamy do czynienia z nietuzinkową postacią w alternatywnej muzyce. „Græ” to zbiór eksperymentalnych 20 utworów rozłożonych na dwa krążki. Sumney przeprowadza nas przez dźwięki art popu, awangardy, jazzu, folku czy też soulu i r’n’b. Co więcej swój udział przy krążku mieli James Blake i Thundercat, a to chyba już spora rekomendacja.
My Bloody Valentine – m b v(2013). To jedna z tych płyt o której mówiło się od lat. Ba, od dekad. Po wydaniu w 1991 roku opus magnum dla całego gatunku shoegaze „Loveless” zespół z Irlandii zapadł w śpiączkę wydawniczą. Dlatego też wydanie kontynuacji po 22 latach przerwy było ogromnym wydarzeniem. Osobiście uważam, że MBV nie przebili poprzedniczki, ale sprostali oczekiwaniom fanów i krytyków muzycznych. „m b v” to najważniejszy album z tamtego czasu i nie ma możliwości, by lista podsumowująca dekadę mogłaby nie zawierać tego longplaya. Irlandczycy udowodnili, że dalej potrafią w te klocki, mimo, że Kevin Shields i reszta paki to ludzi już po 50.
Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately(2020). Nie mogło zabraknąć w zestawieniu mojego numeru jedne z minionego roku! Perfume Genius był w ostatnim czasie nieco przeze mnie zapomniany, jednak gdy tylko usłyszałem „Set My Heart On Fire Immediately” to wiedziałem, że ta historia potrwa dłużej. Piękne, chwytające za serce piosenki to zestaw intymnych historii Michaela Aldena Hadreasa, który potrafi zachwycić, ale i wzruszyć. Szorstkość gitar ładnie się tutaj komponuj z łagodniejszymi melodiami klawiszowo-smyczkowymi. Natomiast sam wokalista jest tutaj w centrum uwagi, i słusznie. Wyrosła nam kolejna wspaniała gwiazda alternatywnego grania.
PRO8L3M – Art Brut(2014). Recepta sukcesu tej płyty była bardzo prosta. Mixtape PRO8L3MU to mieszanka starych polskich hitów takich jak chociażby „Zaopiekuj się mną„, „Małe Jeziora” czy też „Aleja Gwiazd„, wstawek dialogów z starych polskich filmów („Wielki Szu„, „Va Banque„) oraz ulicznych historii rapowanych przez Oskara. Prawdopodobnie najlepsza polska rap płyta minionej dekady, ale trzeba głównie docenić produkcje Steeza, który fenomenalnie zgrał te polskie klasyki z nowoczesnym rapem. Koncepcja ta była na tyle słuszna, że hip-hopowy duet postanowił do niej wrócić wydając album „Art Brut 2„.
Pusha T – Daytona(2018). Raper z Nowego Jorku, który zaskarbił moją sympatię nie tylko dlatego, że zdarza mu się występować w czerwono-czarnym trykocie Milanu nagrał płytę prawie idealną. „Daytona” to niby tylko siedem utworów, ale ile w tym siły! 21 minut czystego złota. Świetne beaty, zwłaszcza w otwierającym całość „If You Know You Know” łączą się tutaj z dobrą nawijką rapera, który udowadnia, że dobrze odnajduje się nie tylko na featuringach. Mam nadzieję, że płytę przesłuchał Drake i uświadomił, że czasami lepiej iść w jakość, niż ilość.
Queens of The Stone Age – …Like Clockwork(2013). Wydawać by się mogło, że QOTSA to już tylko echo przeszłości. Ostatnie płyty nie dawały nadziei na zmianę odczuć i w zasadzie z nostalgią wspominało się „Rated R” czy też „Songs For The Deaf”. Na szczęście ukazało się „…Like Clockwork”, które dało drugie życie Joshowi Homme’owi i ekipie. Świetne rockowe kompozycje cechowała nabrana dojrzałość twórców oraz dawno zapomnianą energię. To gitarowa perełka, która na stałe się wpisała do kanonu.
Radiohead – A Moon Shaped Pool(2016). Co prawda ostatni longplay radiogłowych zawiera całkiem sporo piosenek, które są znane fanom zespołu już od dawna. Jednak odświeżenie „True Love Waits” czy też „Burn The Witch” ładnie skomponowało się tutaj z nowymi utworami. Thom Yorke i spółka to klasa sama w sobie, jednak w minionej dekadzie nie rozpieszczali słuchaczy swoją muzyką. Dlatego też tym bardziej cieszy sukces i jakość „A Moon Shaped Pool„. Prawda jest, że krążek ten w żaden sposób nie może konkurować z najlepszymi płytami grupy. Mimo to dobrze jest słyszeć, że wciąż potrafią stworzyć dobrą muzykę, pomimo tego, że robią to coraz rzadziej…
Raime – Quarter Turns Over A Living Line (2012). Ambient i techno nie były przeze mnie zbytnio ekspandowane w minionej dekadzie. A szkoda. Nie zmienia to jednak faktu, że dokopałem się do paru perełek w tym gatunku i jedną z nich jest album „Quarter Turns Over A Living Line” wypuszczony przez brytyjski duet Raime. Krążek jest mocno mroczny i klimatyczny. Dziwne, że nie użyto go jako soundtracku do jakiegoś horroru czy też serialu spod znaku Davida Lyncha. Jeżeli lubicie w samotności wsłuchiwać się w szmery z piwnicy, to ta płyta powinna się Wam spodobać.
Run The Jewels – Run The Jewels (2013). Jeden z najgłośniejszych rapowych „debiutów” minionych 10 lat. Debiut w cudzysłowie, gdyż osoby odpowiedzialne za ten projekt były już dobrze znane na scenie hiphopowej. Killer Mike to przecież niemal żywa legenda prosto z Atlanty, a El-P nagrywa płyty już od blisko 20 lat. Nie mniej wieść, że panowie łączą siły pobudziły apetyty u słuchaczy i krytyków. Co tu dużo mówić. Chłopaki idealnie się dobrali, czego efektem była seria płyt spod znaku RTJ (Udana, oczywiście). Odpowiedzialny za beaty El-P stworzył idealne elektroniczne podkłady pod szorstką nawijkę Killer Mike’a. Czy można nagrać coś lepszego? Odpowiedź poniżej.
Run The Jewels – Run The Jewels 2(2014). Rzadką sytuacją jest by sequel przewyższył poziom poprzednika. Oczywiście można wymieniać „Ojca Chrzestnego II„, „Obcy – Decydujące Starcie” czy też „Terminatora II„. A muzyczne sequele? Do tego nielicznego konta na pewno zaliczyć drugą część „Run The Jewels„. Nie wiele rok po debiucie RTJ, debiut El-P – Killer Mike udowodnili, że ich album to nie jednorazowy wyskok a całkiem porządna seria dobrej muzyki. Zgodnie z zasadą sequelu jest tutaj wszystkiego więcej i o dziwo to zadziałało!
Solange – A Seat At The Table (2016). Nie wielu wie, że Beyonce Knowles ma siostrę. I to w dodatku taką, którą śpiewa i nagrywa dobrą muzykę! Niestety Solange jest w cieniu siostry, która stała się gwiazdą POP. Przynajmniej w ujęciu mainstremowym, bo w świecie muzycznego niezalu cieszy się ogromnym szacunkiem słuchaczy i recenzentów. Głównie dzięki albumowi „A Seat At The Table” z 2016 roku, który śmiało mogę określić jej opus magnum. Wspaniałe melodie, wpadające w ucho kompozycje i ten wokal Solange… Takiego popu można słuchać godzinami.
Sufjan Stevens – Carrie And Lowell (2015). Prawdopodobnie najbardziej osobista płyta w tym zestawieniu. „Carrie And Lowell” to efekt śmierci mamy od Sufjana Stevensa. Jednak nie jest to zwykła laurka dla rodzicielki, jakich wiele. Stosunki artysty z matką ciężko nazwać idealnymi, gdyż odeszła ona od niego, gdy ten miał zaledwie jeden rok. Znamienne jest jest jednak, że Stevens wybacza matce a jej śmierć znosi bardzo ciężko, co usłyszymy na tej płycie. A muzycznie? Jest pięknie, jak to u Sufjana zwykle bywa. Wspaniała płyta.
Tame Impala – Lonerism(2012). Po co brać narkotyki, jeśli można odpalić sobie „Lonerism” od australijskiej grupy Tame Impala? Odczucia są podobne. Kevin Parker wraz z ekipą w piękny sposób eksplorują w psychodelicznym rocku wydobywając z niego to co najlepsze. Usłyszymy tutaj mnóstwo nawiązań do klasyki gatunku zaczynając od sierżanta pieprza Beatlesów, poprzez Pink Floyd, Franka Zappę a kończąc na nowych przedstawicielach spod znaku MGMT, Flaming Lips czy też Spiritualized. W 2012 roku był niezły hype wokół tej płyty, ale wiecie co? Chyba zbyt mały bo to wiekopomne dzieło!
Taylor Swift – Folklore (2020). Oh, jak ja uwielbiam tego typu przemiany. Fajnie jest usłyszeć jak gwiazda POP potrafi nagrać muzykę ambitną, piękną i pełną emocji. Taki właśnie jest wydany w minionym roku „Folklore„. Przy pomocy okrojonego zestawu muzycznego oraz zawsze świetnego Justina Vernona, amerykańska wokalistka nagrała wzruszający krążek, którego brzmienie jest oparte na indie-folku. Jednak nie myślcie, że to był jednorazowy wypad. Taylor Swift tego samego roku postanowiła powrócić na wieś i nagrać kolejny album w podobnym klimacie. „evermore” o którym mowa, okazał się równie udanym albumem. Przyznam, że lubię popową Taylor, jednak nie obraziłbym się gdyby pozostała w towarzystwie Bon Iver i The National na dłużej.
These New Puritans – Field of Reeds (2013). Po latach poszukiwań swojego brzmienia i swojego miejsca na rynku muzycznym These New Puritans odnaleźli je na albumie „Field of Reed„. Piękne, klimatyczne i wciągające melodie zawarte na tej płycie to efekt wielu prób i eksperymentów. Zaczęło się od matematycznego indie rocka na „Beat Pyramid” z 2008 roku. Dwa lata później „Hidden” momentami udowadniało, że to jest to. Jednak te prawdziwe „TO” przyszło dopiero w 2013 roku. Bracia Barnett sprawiają wrażenie, że na płycie nie wiele się dzieje. To jakaś trąbka zatrąbi, to jakiś klawisz uderzy w ton, to wokal coś zamrucze, to chwila przerwy. Nic bardziej mylnego! Na tej płycie dzieje się mnóstwo rzeczy a nieśpieszny sposób ich przedstawienia dodaje im tylko siły. Moją listę mógłbym zawęzić do 10 płyt, a „Field of Reeds” i tak by się na niej znalazło. Aha, wydane sześć lat później „Inside The Rose” jest również epickie.
Trupa Trupa – Headache(2015). Mimo, że zespół z Trójmiasta większą sławę zyskał za sprawą „Jolly New Songs” m.in. dzięki recenzji na Pitchforku (Chciałbym zobaczyć wtedy miny blogerów, którzy zjechali zespół za debiut), to i tak uważam, że „Headache” to ich najdoskonalsze dzieło. Grzegorz Kwiatkowski wraz z resztą chłopaków nagrał zwarty, klimatyczny i dobrze słuchający się krążek oparty na mrocznych, nieco psychodelicznych gitarowych riffach. Śnieżna i mroźna zima w 2015 roku już zawsze będzie mi się kojarzyć z tym longplayem.
Tyler, The Creator – Flower Boy(2017). Tyler Gregory Okonma wykonał niesamowity skok jakościowy w swojej twórczości. Zaczynając od surowego, wulgarnego „Goblina„, gdzie rapował do wiertarki z udarem stopniowo łagodził swoje brzmienie podążając w bardziej popowe i soulowe klimaty. Ta droga doprowadziła go do wydania „Flower Boy„, gdzie nie tylko rapuje do przyjemniejszej muzyki a po prostu wyznacza nowe trendy w okolicach hip-hopu i r’n’b.
Tyler, The Creator – Igor (2019). Wydawać by się mogło, że punkt kulminacyjny przemiany Okonmy w kwiatowego chłopca miała miejsce w 2017 roku za sprawą „Flower Boy„. Nic bardziej mylnego, raper postanowił dalej drążyć temat i w ten oto sposób otrzymaliśmy „Igora„. Jeszcze bardziej przemyślane dzieło, gdzie już wyraźnie słychać, że mamy do czynienia z prawdziwym artystą a nie chłoptasiem mieszkającym z babcią w ciasnym mieszkanku.
The War On Drugs – Lost In The Dream (2014). Grupa z Filadelfii w stanie Pennsylwania nigdy wcześniej, ani też później nie nagrała tak wybitnego krążka jak „Lost In The Dream„. Dlatego należy celebrować ten sukces za każdym razem, gdy mówimy o The War On Drugs. W Blackburn do tej pory wspominają mistrzostwo Anglii z 1995 roku wywalczone przez Rovers, a w Zagrzebiu wciąż pamiętają zwycięstwo Red Star w Pucharze Mistrzów. LITD to zestaw nieco przydługich, acz zgrabnych utworów opartych na lekkich gitarkach i niezbyt natarczywych syntezatorach. Słuchając tej muzyki czujemy furgające wszędzie długie włosy chłopaków i w sumie nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale na pewno o czymś to znaczy.
Wavves – Afraid of Heights (2013). „Afraid of Heigts” to na pewno nie jest przykład na najlepszego przedstawiciela garage rocka i lo-fi. Jednak skoro „King of The Beach” nie załapał sie do rankingu ze względu na ramy czasowe a jego następcę słucham po dziś dzień, to czemu nie? Generalnie czuje sie psychofanem grupy, gdyż na koncert Wavves uderzyłbym nawet gdyby grali w Gołdapi albo Świnoujściu. Dlatego też umieszczenie tej płyty w zestawieniu jest nieco nie fair, gdyż zdaje sobie sprawę, że w tym czasie ukazało się 100 lepszych wydawnictw. No, ale w końcu to mój subiektywny wybór, także jebać to. Wavves jest spoko.
Wczasy – Zawody (2018). Mimo, że duet Wczasy odkryłem rok po wydaniu „Zawodów” to i tak udało mi się wstrzelić w hajp na ten zespół. Ba, zostałem nawet ich jakimś psychofanem…. Świetne, w retro stylu, elektroniczne melodie łączą się tutaj ze słodko-gorzkimi tekstami. Swój elaborat na temat tego krążka pisałem TUTAJ, dlatego tylko pokrótce powtórzę, że Wczasy to najlepsza rzecz jaka się przytrafiła polskiej muzyce niezależnej od lat. Co więcej zespół nie zwalania tempa i wciąż nagrywa świetne piosenki. Posłuchajcie tylko ich wersji Hot16Chellange czy też singla „Czy Wiesz Już?” nagranego z Iwoną Skwarek z Rebeki.
Weezer – Everything Will Be Alright In The End (2014). Gdy wydawało się, że grupa z Los Angeles najlepsze lata ma za sobą, to ukazała się właśnie ta płyta. Co tutaj dużo mówić. Rivers Cuomo z spółką znowu to zrobili. Sprawili, że tego typu radosne, gitarowe brzdąkanie cofnęło mnie w czasie do liceum. Płyta jest lekka, przyjemna, bezpretensjonalna, nieco banalna momentami (ale to dodaje tylko uroku całości). Szkoda tylko, że nie poszli za ciosem i ponownie wpadli w rutynę przeciętności. Chociaż kto wie? Może znowu wydadzą coś równie dobrego opartego na sprawdzonych schematach? Pożyjemy, zobaczymy.
WU LYF – Go Tell Fire To The Mountain (2011). Okazuje się, że blisko ponad po 9 latach od premiery niesamowitej płyty WU LYF te dźwięki nadal na mnie działają. Niestety Brytyjczycy nie nagrali nigdy więcej żadnej płyty. A szkoda bo dzięki niesamowitej energii, wyrazistemu wokalowi Ellery Jamesa Robertsa oraz wciągającym kompozycjom można było się spodziewać mocnego gracza w indie rocku. Osobiście utożsamiam band z Manchesteru jako europejską wersję Wolf Parade. Wyjące wokale, brzmienie gitary i rozpierdziel na garach to klimaty, które lubię. Podejrzewam, że dopadła ich proza życia i już nigdy nie wrócą, ale KTO WIE? Pożyjemy, zobaczymy.
U.S. Girls – Heavy Light (2020). Być może w dyskografii Meghan Remy znajdziemy dużo więcej wartościowego złota i klejnotów. Jednak to „Heavy Light” przykuł moją uwagę i to ten krążek słuchałem namiętnie podczas zeszłorocznych koronaferii. No, ale jak go nie słuchać namiętnie? Przecież artystka tutaj tworzy wybitne dzieło z pogranicza popu i alternatywy. Nawiązania zawarte w tych utworach zaczynają się od Madonny, Bowiego i Blondi a kończą na Arcade Fire czy te bat For Lashes. Nietuzinkowa płyta.
Young Jesus – The Whole Thing Is Just There (2018). Widzisz w nazwie Young i to w dodatku Jesus i myślisz sobie – o kolejne rapsy. Nic z tych rzeczy, mowa tutaj o indie rockowej kapeli z Chicago, która za sprawą „The Whole Thing Is Just There” dolała oliwy do rozgrzanego pieca na którym ktoś niezdarnie flamastrem napisał indie rock. Jest to krążek składający się co prawda tylko z 6 utworów, ale nie jest on wcale krótki. Piosenki trwają po 5-6 minut, po za ostatnią, która jest ponad 20 minutowym kombosem gitar i perkusji. Nie jest to muzyka odkrywcza, ale w udany sposób przypomina nam dlaczego lata 90 były dobre dla muzyki gitarowej.