Muzyczne podsumowanie roku – 20 najlepszych płyt 2020 roku

Miniony rok jaki był, taki był. Każdy wie jak to było. A na blogu? Dość intensywnie…. Po raz pierwszy od X lat byłem na bieżąco z większością wydawnictw, dlatego też nie spodziewałbym się uzupełniającego wpisu z pominiętymi wydawnictwami. Z resztą zobaczcie kiedy ukazuje się moje podsumowanie… Tego jeszcze tutaj nie było! Na przyszły rok postaram się utrzymać ten poziom + dodać więcej autorskich tekstów, bo tego chyba najwięcej brakuje na blogu. Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do 2020. Przed wami lista 20 płyt, które w minionym roku najbardziej mnie urzekły.

20. Everything Everything – Re-Animator. Brytyjski band spisałem już dawno na straty. Okazało się jednak, że za wcześnie. Dlatego też ta nazwa pasuje do tego krążka, jak żadna inna. Dawny support Muse pokazuje tutaj dobrą mieszankę indie rocka z gitarowym popem, który słucha się lekko i przyjemnie.

19. Coals – docusoap. Przyznam, że czekałem na tą płytę z sporymi nadziejami. W końcu poprzedzające single „Pearls” oraz „Sleepwalker” były dosłownie muzycznymi perełkami. I być może te oczekiwania zaburzyły mi prawidłową ocenę całości, gdyż okazało się, że nie otrzymałem takiej petardy jakiej oczekiwałem. Nie mniej to produkcyjna czołówka na naszym rodzimym rynku muzycznym i nie bez powodu Coals zachwycają się na zachodzie.

18. Dua Lipa – Future Nostalgia. Podobno królowa jest tylko jedna, a w tym roku była nią 25-letnia Brytyjka o korzeniach kosowsko-albańskich. Tegoroczny album od Pani Lipy to popowy majstersztyk, który zachwyca na każdym poziomie. Dobra muzyka dla każdego, którą można puszczać bez obciachu. A że w radiu non-stop grają? W tym przypadku totalnie mi to nie przeszkadza!

17. PRO8L3M – Art Brut 2. Duet Oskar – Steez postanowili powrócić do sprawdzonego patentu zastosowanego już wcześniej na „Art Brut” z 2014 roku. Ponownie poszły w ruch stare kasety i płyty ze starymi przebojami oraz stare nagrania VHS z rodzącego się w Polsce kapitalizmu. A do tego wspominki z dzieciństwa Oskara. Retromania trwa w najlepsze, ale skoro to jest tak dobre i potrafią to świetnie robić? To czemu nie? Chwilo trwaj, bo kiedyś to kurła było.

16. Caribou – Suddenly. Z jednej strony mglisty i ponury, z drugiej melodyjny i taneczny. Taki jest właśnie najnowszy muzyczny pocisk od Daniela Victora Snaitha. Ostatni raz Caribou mnie tak urzekło równo dekadę temu za sprawą „Swim„. Dobrze wiedzieć, że dalej jest w formie w odróżnieniu od innych moich indie rockowych ulubieńców. Szkoda tylko, że nie odbył się OFF Festival bo ten występ mógł być koncertem całej imprezy!

15. Fleet Foxes – Shore. Grupę Robina Pecknolda wielbię od momentu ukazania się ich pierwszej płyty w 2008 roku. I o ile pamiętam jak pozytywne emocje mi towarzyszyły przy słuchaniu debiutu „Fleet Foxes„, tak zapamiętam pozytywne wibracje z minionego roku za sprawą „Shore„. Trzeba przyznać, że 2020 to był wyjątkowo CHUJOWY rok. Jednak dzięki niesamowitej passie punktowej AC Milan i właśnie tej płycie było troszkę cieplej i milej.

14. Tame Impala – The Slow Rush. Płyta od Australijczyków była pierwszą głośną premierą tego roku. Co prawda daleko jej do „Lonerism” czy też „Currents„, ale to wciąż na tyle dobry materiał by o nim pamiętać. Kevin Parker wyrobił swój rozpoznawalny styl na którym bazuje, i to dobrze mu to wychodzi. Na najnowszej płycie Tame Impala znalazło się więcej miejsca na inne instrumenty niżeli gitary a brzmienie zespołu zbliżyło się do bardziej dream-popowego.

13. The Soft Pink Truth – Shall We Go On Sinning So That Grace May Increase? Projekt za którym stoi Drew Daniel, członek zespołu Matmos to mroczna, ambientowa propozycja, która najbardziej mi przypadła do gustu z tego typu klimatów. Przyznam, że wkręciłem się dość mocno w tą płytę w minione lato i gdy przypomniałem ją sobie parę dni temu to odzew był równie pozytywny.

12. Charli XCX – how i’m feeling now. Gdy w 2013 roku pisałem o Charli XCX to nie sądziłem, że Brytyjka zrobi taką karierę w świecie muzyki. Lubię takie zaskoczenia, gdyż w jakimś sensie dołożyłem swoją małą cegiełkę do promocji tej artystki. Charlotte Emma Aitchison radzi sobie doskonale, czego przykładem jest jej ostatni album. Świetne, nowoczesne i melodyjne kompozycje idealnie układają się z puszczonym przez autotune wokalem artystki. „how i’m feeling now” to pop najwyższych lotów, który warto znać.

11. Destroyer – Have We Met. Wspominając tą płytę na blogu w lutym zeszłego roku, zastanawiałem się czy będę ją pamiętał w momencie robienia listy podsumowującej. PAMIETAM! I Oto tego efekt, o włos a weszłaby do TOP 10. Chociaż w przypadku moich list (zawsze to wspominam) to różnica między miejscem 17 a 12, czy też 9 a 11 jest znikoma. Jednak trzeba przyznać, że Daniel Bajer wciąż potrafi tworzyć dobre kompozycje i jego umiejętności nie zakończyły się na pamiętnym „Kaputt„.

10. Taylor Swift – Folklore. Pandemia Covid-19 (Nie wierzę, że pisze o tym GÓWNIE nawet tutaj) zmusiła wielu artystów do pozostania w domu. Efekty tego były różne. Od bawienia się w łańcuszki typu Hot16Chellange po nagrywanie nowej muzy w zaciszu swego domu. Pozytywnym efektem kwarantanny z pewnością jest album „Folklore” od Taylor Swift. Gwiazda POP postanowiła nagrać indie folkowy album przy pomocy speca w tej materii Bon Ivera. Efekt? Dzieło zbliżone mocą i emocjami do „For Emma, Forever Ago„.

9. Grimes – Miss Anthropocene. Najbardziej kosmiczna płyta minionego roku. W sumie czego się spodziewać od żony Elona Muska? Grimes potwierdza formę na najnowszym albumie, który zachwyca zarówno od strony wokalnej jak i dźwiękowej. Osobiście przypadł mi najbardziej do gustu singiel „Violence„, który jest pewnego rodzaju wisienką na torcie. Oczywiście album broni się jako całość równie świetnie, gdyż dostajemy tutaj Grimes pod różnymi postaciami. Jednak, gdyby miał wskazać drogę Kanadyjce to kazałbym jej nagrywać takie utwory jak wspomniane „Violence„.

8. The Flaming Lips – American Head. Czasami najprostsze rozwiązanie bywa najlepsze. Udowadnia to hiper grupa z Oklahomy, która postanowiła powrócić do starego stylu. Po długiej podroży pełnej muzycznych eksperymentów i wielu dziwności Wayne Coyne stwierdził, że powróci do tego co grali na pamiętnym „The Soft Bulletin„. I był to strzał w dziesiątkę, bo na takie Flamig Lips wszyscy czekali!

7. Nothing – The Great Dismal. Wałkowałem ten album praktycznie cały grudzień. Nie rezygnowałem z niego nawet dla świątecznych piosenek, które gdzieś tam zawsze towarzyszą przy ubieraniu choinki czy też myciu auta. Za sprawą Nothing ponownie zatęskniłem za brzmieniem ciężkich i przesterowanych gitar. W końcu „The Great Dismal” to potwierdzenie, że shoegaze ma dalej sens. Generalnie grupa Domenica Palermo dobrze idzie w post-rockowych brzmieniach, czego doskonałym jest przykładem ich tegoroczna płyta.

6. Moses Sumney – Græ. Artysta o ghańskich korzeniach daje popis swojej wielostronności. Czego tutaj nie ma? Soul, art-pop, jazz, folk, r’n’b, szczypta awangardy. Porównania do D’Angleo nie bezzasadne, ale też nie ma co przesadzać. Czuć na tym krążku, jak i na poprzednich, że facet ma dryg to muzyki i dobrze mu te kombinowanie wychodzi. „Græ” to sporo materiału to nadrobienia jeżeli nie słyszeliście, ale warto bo wciąga.

5. King Krule – Man Alive! To co zrobił młody Brytyjczyk na pamiętnym z 2017 roku „The Ooz” było sporym sukcesem. Tegoroczny album nie przebija tego sukcesu, ale też nie zniża poziomu. Rudzielec, który powiedział „NIE” Kanye Westowi ponownie penetruje mroczne i mgliste tereny Londynu tworząc klimat tak gęsty, że można kroić go nożem. Archy Ivan Marshall ponownie miesza gatunki, raz śpiewa, raz rapuje, bawi się stylami i formami. Tego typu eksperymenty wychodzą mu dobrze i co najważniejsze stały się jego znakiem rozpoznawalnym.

4. Run The Jewels – RTJ4. Czwartą część RTJ, El-P zapowiadał już od dłuższego czasu. Płyta w końcu pojawiła się wraz z zamieszkami spowodowanymi śmiercią George’a Floyda. I był to bardzo dobry moment, gdyż zwrotki Killer Mike’a nabrały głębszego i większego wydźwięku niż zwykle. Nie od dziś wiadomo, ze raper z Atlanty udziela się na co dzień politycznie i komentuje sprawy bieżące Ameryki, zwłaszcza segregacji rasowej i problemu przemocy wobec Afroamerykanów. Jednak i bez tej głośnej otoczki album sam w sobie jest wyśmienity. Run The Jewels to gwarancja jakości, która nigdy nie zawodzi. Czwarta płyta z rzędu (co prawda po dłuższej przerwie) a oni wciąż potrafią człowieka wciągnąć.

3. U.S. Girls – Heavy Light. Meghan Remy nie zwalnia tempa. Po wyśmienitym „In A Poem Unlimited” artystka z Toronto wydaje równie świetne „Heavy Light„. Kanadyjka lawiruje pomiędzy gatunkami muzycznym, cieszy ucho melodyjnością a rozum bogactwem nawiązań i inspiracji, które jest w stanie wyłapać każdy. Mi ta propozycja wyjątkowo przypasowała, gdyż lubię tego typu podejście do muzyki pop. Z jednej strony prosto, melodyjnie i zwyczajnie – każdy tego posłucha. Z drugiej jednak strony nieszablonowo, inaczej i z bogatym wachlarzem inspiracji. Istotne jest także to, że by odkryć tego typu płytę to trzeba jednak siedzieć w niezalu, bo w radiu tego nie zagrają.

2. Jessie Ware – What’s Your Pleasure? W 2020 nie było lepszego popu niż ten zaprezentowany przez Brytyjską wokalistkę. Jessie Ware postanowiła zanurzyć się w latach 70 i wyciągnąć to co najlepsze z muzyki DISCO, soulu i electro-popu. „What’s Your Pleasure” to wyjątkowo taneczny krążek, który nadaje się zarówno na parkiet, imprezę jak i do zwykłego codziennego odsłuchu. Omawiany longplay urzeka tutaj zarówno wspaniałym głosem Ware jak i samą produkcją. Pulsujące dźwięki „Spotlight” czy też tytułowego „What’s Your Pleasure” wprowadzają nas w klimat płyty, który przywołuje namyśl najlepsze pozycje z dyskografii Kylie Minouge czy też Madonny.

1. Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately. O najnowszej płycie Perfum Geniusa pisałem w maju opisując muzyczne premiery miesiąca. Przyznam, że trochę mam wyrzuty sumienia, że najlepszy album minionego roku opisałem trochę po macoszemu. Dlatego to dobry moment by królowi oddać to co królewskie. Michael Alden Hadreas nagrał najlepszy krążek w 2020 moim zdaniem z kliku powodów. Po pierwsze to najbardziej emocjonalna pozycja zarówno w jego całej dyskografii, jak i w ogóle całego poprzedniego roku. Amerykański wokalista łapie za serce i ściska za sprawą swoich osobistych i intymnych tekstów. Po drugie to jego najbardziej dojrzałe dzieło. Słychać jak wokalista się rozwija, zwłaszcza kiedy odpalimy sobie debiut „Learning” z 2010 roku i porównamy z tegorocznym longplayem. W końcu od tego momentu minęła już dekada! „Set My Heart On Fire Immediately” zachwyca słuchacza także muzycznie. Hadreas nie zamyka się w jednym gatunku, rozbudowując swoje brzmienie. Znajdziemy tutaj zarówno garażowe gitary, jak i smyczki i instrumenty klawiszowe prowadzące nas w stronę muzyki klasycznej. Najnowsza płyta od Perfume Genius to emocjonalna bomba, która została zabarwiona mnogością instrumentów, brzmień i sposobów śpiewania. To jedna z tych płyt o której pamięta się latami.

Indie-folkowa propozycja od Taylor Swift – recenzja „Folklore”

Koronaświrusowy lockdown z początku roku wielu artystów spędziło w bardzo płodny sposób. Charli XCX dopracowała kolejny album w zaciszu swoich czterech ścian, Wczasy napisali parę nowych piosenek, które w wersji live brzmiały fajnie a Cut Copy nagrali nowy album poruszający temat zmian klimatu. Ogólnoświatowa przerwa przysłużyła się samej Taylor Swift, która przy pomocy braci Dessnerów z The National, Justina Vernonan (znanego szerzej jako Bon Iver) oraz Jacka Antonoffa nagrała jeden z najbardziej poruszających albumów w swojej szerokiej dyskografii.

Zawiedzeni mogą się poczuć na pewno wszyscy fani Miss Americany, którzy oczekiwali kolejnego popowego hitu spod znaku „Lover”, „Reputation” czy też „1989″. Artystka wraz z pomocą uznanych specjalistów od indie rocka i folku nagrała płytę spokojną, wyciszającą, osobistą i delikatną w brzmieniu. Tegoroczny longplay ukazał się dość niespodziewanie, gdyż czas od ogłoszenia premiery do wydania „Folklore” był stosunkowo krótki. Jednak reakcja na album była jednakowa – zachwyt. I to całkiem słuszny, gdyż jest to dzieło poruszające i piękne.

Najbardziej za serce chwyta „exile” nagrane wspólnie z panem Vernonem. Taki rezultat nie był dla mnie taki oczywisty, gdyż twórca „For Emma, Forever Ago” nie zawsze był wartością dodatnią na płytach, gdzie śpiewał gościnnie. Tutaj jednak udało im się stworzyć świetny duet, który zachwyca od pierwszych brzmień utworu. Już od pierwszych taktów „the 1„, wiemy, że mamy do czynienia z czymś wybitnym. Utwór ten idealnie wprowadza nas w nastrój płyty. Kolejne „cardigan” tylko utwierdza nas w przekonaniu, że dokonaliśmy dobrego wyboru stawiając na Taylor Swift. Dalej jest równie pięknie. „mirrorball” to oniryczna dream-popowa ballada, którą idealnie słucha się późnym wieczorem. Sporo emocji odnajdziemy także w „august” czy też „this is me trying„. Czy wy też uważacie, że „mad woman” to piosenka w stylu Lany Del Rey? Jeżeli tak, to jesteśmy w tej samej drużynie!

Podsumowując, najnowsza płyta od Talylor Swift to pozycja obowiązkowa dla wszystkich wrażliwców i romantyków, którzy lubią przy muzyce się wzruszyć, rozmarzyć czy też po prostu wyciszyć po ciężkim dniu. Amerykańska wokalistka dokonała świetnej transformacji z gwiazdy pop w wokalistkę folkową, która potrafi złapać za serce. Nie wiem czy to jej najlepsza płyta (poprzednie też lubię), ale jest to na pewno dzieło warte sprawdzenia. Ocena: 8/10.

Z grubej rury: Podsumowanie roku 2014

taylor-swift-dancing-3Rok 2014, jak każdy poprzedni rok chciałem zwieńczyć notką zawierającą krótkie recenzje płyt pominiętych acz wartych odnotowania. Jednak szkoda mi było klawiatury i palców na stukanie na temat krążków, które ponownie będę prześwietlał przy okazji podsumowania. Stąd pomysł na zręczne przejście do notki podsumowującej. Rok 2014 był dla mnie rokiem złym. Niechętnie do niego wracam, dlatego też standardowe rozwlekłe podsumowanie chce zawęzić do jednej notki. Nie będzie wydarzeń, teledysków, list gości oraz podsumowania polskiej muzyki. Pojawi się klasyczna lista płyt i singli. Wszystko to znajdziecie poniżej.

TOP 10 Płyt roku 2014:

Swans_To_Be_Kind10. Swans – To Be Kind. Szczerze powiedziawszy nowe albumy Swans podobają mi się bardziej niż te stare. A „To Be Kind” uważam za ich opus magnum. Płyta trudna, rozciągnięta i mocna. Posiada jednak to „coś” co karze mi słuchać tych rozciągniętych do granic możliwości gitarowych riffów. Dobra pozycja na surrealistyczne podróże pociągiem.

luminous9. The Horrors – Luminous. Przy okazji recenzowania tej płyty wspominałem o postępie jakim dokonała grupa The Horrors. Progres w przypadku tego krążka to słowo klucz. Czuć go zwłaszcza za sprawą zgrabnego przemycania motywów z lat 70 i 80 do współczesnego podejścia do muzyki gitarowej. Jest trans, psychodelia i melodyjność w jednym. Muzyka tego zespołu wciąż ewoluuje, a horrorsi idą w dobrym kierunku.

lp1 fka8. FKA Twigs – LP1. Najlepsza zeszłoroczna płyta z pogranicza popu i r’n’b. Osiągnięcie duże, tym bardziej, że reszta stawki nie była taka słaba (Tinashe, Liz). Pani Tahliah Debrett Barnett wyprzedziła wszystkich ze względu na emocje zawarte na swoim albumie. Intymne teksty łączą się tutaj z warstwą muzyczną cofającą nas w lata 90.

here-and-nowhere-else7. Cloud Nothings – Here And Nowhere Else. Już ich debiutanckie „Attack On Memory” mnie zachwyciło. Przed wydaniem zeszłorocznego albumu miałem lekkie obawy, gdyż myślałem, że spuszczą z tonu i dopadnie ich syndrom drugiej płyty. Na szczęście Baldi udowodnił, że nadal potrafi pisać dobre piosenki a zespół z Cleveland dalej umiejętnie łączy indie rocka z mocniejszym, punkowym brzmieniem.

spoon6. Spoon – They Want My Soul. Jeżeli chodzi o grupę Spoon to prawdziwa jest teza, że tylko co drugi album im wychodzi. Tym razem na plus wypadło zeszłoroczne „They Want My Soul„, które uraczyło mnie dobrym, przyjemnym i nieco przebojowym brzmieniem. Dobra muzyka na okres wakacyjno – jesienny.

the war on drugs lost in the dream5. The War on Drugs – Lost In The Dream. Lubię takie amerykańskie, gitarowe granie. Podczas pisania recenzji odwoływałem się do takich artystów jak Bruce Springsteen, Bob Dylan czy też Destroyer. „Lost In The Dream” podoba mi się z trzech prostych powodów. Po pierwsze ma wciągający, narkotyczny klimat. Po drugie usłyszymy na nim szeroki wachlarz inspiracji wpisujących się w moje gusta. I po trzecie nie jest to płyta na jeden raz, mimo, że momentami może się dłużyć.

RunTheJewelsRTJ24. Run The Jewels – Run The Jewels 2. Według wielu najlepszy album roku, jednak moim zdaniem przed wcześnie ogłoszony tym mianem. „RTJ2” to album przede wszystkim równy, mocny (teksty!) i mający wiele do zaoferowania. El-P ponownie stworzył dobre beaty a Killer Mike zadbał o to by historie na płycie nie nudziły. Czekam na kocią wersję.

salad days3. Mac DeMarco – Salad Days. Nieco zabawny a przede wszystkim pretensjonalny Marc DeMarco wydał w tym roku nie dość, że najlepszy album z pogranicza lo-fi i indie rocka to najprzyjemniej słuchający się materiał. „Salad Days” mówiąc potocznie samo „wchodzi”. Utwory są lekkie, przyjemne, wpadające w ucho. Jednak nie ma w tym typowej dla muzyki letniej banalności bo wszystko jest całkiem serio. Nie jestem fanem stylówy DeMarco (nie kupiłbym na aukcji jego dziurawych butów), ale jego muzyka całkiem mnie zahipnotyzowała.

problem2. PRO8L3M – Art Brut. O PRO8L3Mie napisano już chyba wszystko. Ja swoje trzy grosze rzuciłem w październiku. Jak dla mnie jest to polski album roku. „Art Brut” to przede wszystkim fenomenalne podkłady składające się z mniej lub bardziej znanych polskich przebojów z lat 70 i 80, autentyczne, osiedlowe historie opowiedziane zachrypniętym głosem rapera Oskara oraz wstawki dialogów z klasycznych polskich filmów („Sztos„, „Wielki Szu„). Mixtape ten to materiał wciągający i łączący interesy młokosów słuchających blokerskich rap płyt z wszystkimi odmianami współczesnych hipsterów. Podobno na nowy rok ma wyjść długogrający album PRO8L3M, czekam!

"Black Messiah"1. D’Angelo and The Vanguard – Black Messiah. Michael Eugene Archer wydając swój nowy album w połowie grudnia pokazał środkowy palec wszystkim frajerom robiącym muzyczne podsumowania już w listopadzie. Ludzie, ogarnijcie się. Rok kończy się 31 grudnia, a święta Bożego Narodzenia są w grudniu a nie na przełomie października i listopada. Wróćmy jednak do płyty numer 1. Po 14 latach !!! przerwy D’Angelo udowodnił, że dalej trzyma formę. „Black Messiah” to album może nie kompletny pod każdym względem, ale najlepszy jaki miałem okazję usłyszeć w zeszłym roku. Krążek ten już w momencie swojej premiery stał się klasykiem. D’Angelo momentami przybiera maskę Prince’a, słyszymy sporo gitar, chwilami przypomina to utwory The Roots. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze, ale mająca wiele smacznych detali, które połączone w całość dają wyśmienity rezultat.

TOP 10 Singli 2014:

zastary-kes10. ZaStary – Kęs. Za sprawą tego kawałka z niecierpliwością czekam na coś więcej od Jakuby Sikory, wokalisty Crab Invasion. „Kęs” to ciekawe połączenie lo-fi z elementami chillwave’u, czyli gatunków, które zawsze będą na propsie. Czuć sporo świeżości w tym kawałku i to jest jego największą zaletą.

Posłuchaj

againstthemooniceage9. Iceage – Against The Moon. Duńczycy porzucili w pewnym sensie nihilistyczny punk rock i zaczęli grać muzykę bardziej melodyjną i łagodną. To spore wyzwanie. Z własnego muzycznego doświadczenia wiem, że łatwiej jest nagrać hałaśliwą, szybką rockową piosenkę aniżeli wolniejszy utwór oparty na melodii. Im się to udało a wisienką na „Plowing Into the Field of Love” jest omawiany indeks numer 10. „Against The Moon” swoją strukturą i brzmieniem mocno mi przypomina The Field z ich ostatniej płyty, a chyba nie muszę powtarzać, że to genialna muzyka była.

Posłuchaj

cloudnothingsimnotpartofme8. Cloud Nothings – I’m Not Part Of Me. Dylan Baldi w tym roku dorósł do miana naczelnego kompozytora indie szlagierów. „I’m Not Part Of Me” za sprawą fajnego tekstu i warstwy muzycznej z pazurem jest właśnie tego dobrym przykładem. Za sprawą Cloud Nothings dalej wierzę w muzykę gitarową.

Posłuchaj

caribou cant do without you7. Caribou – Can’t Do Without You. Dan Snaith na każdym swoim albumie udowadnia, że posiada wysokie zdolności kompozycyjne. Płyty spod jego ręki przeważnie nie są równe, ale na każdej znajdzie się perełka. Na zeszłorocznym „Our Love” taką perełką jest „Can’t Do Without You„, które uwodzi niezwykłymi synthami.

Posłuchaj

macd_pass6. Mac DeMarco – Passing Out Pieces. Piosenka ta świetnie udowadnia dziwaczność Pepperoni Playboya – zobaczcie teledysk! Pod względem lirycznym zgrabnie ułożona kompozycja. Natomiast warstwa muzyczna to K-A-P-I-T-A-L-N-Y główny motyw. Oczywiście na „Salad Days” jest więcej tego typu perełek, tą jednak wyróżniłem ze względu na to, że w pełni wyraża osobowość Kanadyjczyka.

Posłuchaj

john and mary todd terje5. Todd Terje – Johnny And Mary (feat. Bryan Ferry).Johnny And Mary” w wykonaniu duetu Todd Terje – Bryan Ferry to jeden z tych coverów, który brzmi lepiej od oryginału. Utwór jest nastrojowy, melancholijny i łapiący za serce. Trochę mało pasuje do „It’s Album Time” Szweda i też nie jest najlepszym utworem na płycie. No, ale zachwycać się Inspektorem Norsem na przełomie 2014\2015 jest bez sensowene, zwłaszcza, że utwór ten śmiga już od jakiś trzech lat.

Posłuchaj

SOHN-Artifice4. SOHN – Artifice. Christopher Taylor w poszukiwaniu spokoju zaszył się w Wiedniu, gdzie nagrywa swoje spokojne ballady. Jednak utwór „Artifice” udowadnia, że w Angliku pozostało jeszcze trochę z tanecznego, głośnego Londynu.

Posłuchaj

Tinashe-2-On-608x6083. Tinashe feat. SchoolBoy Q – 2 On. Tinashe to jedno z odkryć roku. Współpracują z nią popularni w ostatnim czasie raperzy, występuje w znanych programach telewizyjnych, podkochują się w niej recenzenci, uwielbiają fani. „Aquarius” to dobra płyta, jednak mająca parę „ale”. Co do singla „2 On” takich wątpliwości już nie mam.

Posłuchaj

Taylor-Swift-Shake-It-Off2. Taylor Swift – Shake It Off. Mówcie co chcecie, ale „Shake It Off” jest dla mnie esencją nośnego, popowego i przyjemnego w odbiorze singla. Taka Taylor Swift całkowicie mi pasuje, szkoda tylko, że całe „1989” nie jest tak dobre jak ten utwór.

Posłuchaj

Kendrick-Lamar-i1. Kendrick Lamar – I. Na początku byłem w szoku. To jest nowy Kendrick? Nie może być. Jednak z czasem (dość krótkim), odkryłem, że to jest to! Nowa odsłona rapera całkowicie zaskakuje i całkowicie jest dobra. Nagrywanie drugiej części „good kid, MAD City” czy też podobnego koncept albumu minęłoby się z celem. Lamar postanowił pójść dalej, co udowadnia radiowym, gitarowym „I„. Ciekaw jestem jak będzie wyglądał jego nowy longplay. Póki co mocny props i numer jeden na mojej liście.

Posłuchaj