Zaległości z roku pańskiego 2011

Jak zwykle rok jest za krótki by napisać o tym wszystkim co bym chciał. Wiele płyt nie zdążyłem zrecenzować, wiele nie poznałem a niektóre były za słabe by o nich pisać (Nie chce mi się już znęcać nad płyciznami). Tak więc by zamknąć tą kwestię postaram się w paru zdaniach napisać o paru albumach z poprzedniego roku, które należałoby poznać zanim przejdziemy do zasłuchiwania się w nowościach.

The Horrors – Skying. Zespół straszydeł ubrany w zbyt ciasne spodnie po raz kolejny wydał dobry, równy album. Wydaje mi się nawet, że najlepszy jak do tej pory. Podoba mi się droga, którą obrali. Jest bardziej mrocznie, duszno i psychodelicznie . Warstwa muzyczna jest bogata, gitary, klawisze i perkusja zostały wzbogacone o rożne dźwięki trąbek itd. Droga rozwoju jest zdecydowanie lepszym wyborem niż zejście na manowce w poszukiwaniu mamony i poklasku. A pomyśleć, że kiedyś myślałem, że to kolejny angielski indie band z doczepionym The i ‚s  w nazwie. Dodatkowo image zespołu nie jednego zdemobilizował do przesłuchania ich twórczości. Każdy popełnia błędy, jednak nie popełnijcie go Wy. The Horrors to porządny, klimatyczny zespół nagrywający intrygująca muzykę. Warto wsłuchać się w Skying i wyłapywać te wszystkie inspiracje psychodelicznymi zespołami z lat 70. Ocena: 7/10. Posłuchaj.

Wilco – The Whole Love. Niemal legendarne Wilco wróciło w poprzednim roku z dość fajnym, miłym w odbiorze albumem. Już sam opener The Whole Love udowadnia, że będzie dobrze. Początek niczym jak z In Rainbows, później wchodzi nieco popu by wyjść z tego niezłe, ostre, punkowe zakończenie. Po świetnym początku przechodzimy jednak to chleba razowego w wydaniu Wilco. Dalej jest ładnie, przyjemnie, momentami cukierkowo, momentami kwaśnie. Generalnie dobrze się tego słucha. Jednak od zespołów wydających płyty dziejowe zawsze wymaga się troszkę więcej. A to przecież Wilco stoi za „Yankee Foxtrot Hotel”. Na „The Whole Love” nie brakuje spokojnych, akustycznych gitarowych ballad („Black Moon”, „Rising Red Lung”) oraz bardziej energicznych utworów („Born Alone”). Całość wieńczy 12-minutowy „One Sunday Morning (Song For Jane Smiley’s Boyfriend)”. Mimo, że zespół prochu już raczej nie wymyśli to realizuje swój sprawdzony sposób na nagrywanie, równych, dobrych płyt. Ocena: 6/10. Posłuchaj.

James Blake – James Blake. Młody Anglik, który w świecie muzyki debiutował dwa lata temu przy okazji wypuszczenia singla „Air & Lack Thereof” dopiero na początku lutego 2011 zaprezentował się pełnym albumem. Płyta nazwana po prostu „James Blake” łączy w sobie elementy popu wymieszane z elektroniką i dubstepem. Dość minimalistyczne podejście do muzyki oraz pójście śladami Junior Boys w kierunku smutnego popu opłaciło się. Eksperyment o nazwie James Blake wypalił. Blake odrobił lekcje z dyskografii Radiohead, Bon Iver (udzielał się wokalnie na płycie) czy Destroyer bo elementy twórczości tych artystów słychać wyraźnie na tym trwającym 38 minut krążku. Mimo, że nie lubię dręczyć umysłu zbyt depresyjnymi nutami to Jamesa Blake’a słuchałem dość często w ciszy, spokoju, w samotności. Inaczej z tym artystą nie można obcować, tylko podczas późnych pór i gęstej mgły, którą czuć w każdym utworze. Polecam. Ocena: 7/10. Posłuchaj.

Fucked Up – David Comes to Life. Nie tylko David, ale cała ekipa Fucked Up wraca do życia wydając świetny, energiczny album. Co do energii zawartej na płycie to  nie powinno być żadnych zastrzeżeń. Jest to kontynuacja tego co usłyszeliśmy na The „Chemistry of Common Life”. Charyzmatyczny Pink-Eye wydziera się przy dźwiękach indie-punkowych brzmień gitar i niestrudzonej perkusji. Tradycje rozpoczęte przez legendy hardkoru zostały przy życiu w troszkę zmienionej formie. Co odróżnia to granie od innego demonicznego rocka? Fucked Up to nie jest zespół gdzie gra się wszystko na jedno kopyto, to nie jest zwykłe walenie w talerze i szarpanie strun. W tym całym anarchicznym chaosie słychać to „coś”. Mimo, że momentami pojawiają się dłużyzny i 18 piosenek to o dwie za dużo to polecam ten album. Konsekwencja to najważniejsza cecha Kanadyjskiego zespołu. Ocena: 7/10. Posłuchaj.

Łona i Webber – Cztery i Pół. Raper ze Szczecina to ten typ kolesia, który nie nagrywa po prostu rzeczy słabych. Na polskim rynku zdołał się już wyróżnić stabilnością poziomu swoich wydawnictw. Cztery i Pół to również dobry, równy album. Mimo, że daleko mu do wcześniejszych płyt Łony to warto wsłuchać się w nawijkę Zielińskiego do dość topornych bitów Webbera. Tradycyjnie Łona krytykuje różnorakie aspekty życia społecznego a historie, które opowiada nie nudzą a wciągają. Mimo, że wszystko raczej powinno być na półserio to Łona wydaje się być całkiem poważny udzielając uwagę babci by założyła konto bankowe online. Natomiast promujący całość „To Nic Nie Znaczy” jest ciut dla mnie przekombinowany. Na uwagę zasługuje klimatyczny „Nocny Ekspres” oraz „Kaloryfer”. „Nie Ma Nas” brzmi jak tribute dla zeszłorocznego Mesa a „Kończ Te Rozmowę” pokazuje, że mimo tego całego kryzysu jest dalej z czego się pośmiać. Co więcej? Pamiętajcie o urodzinach swojego dziesięć. Ocena: 6/10. Posłuchaj.

Toro Y Moi – Underneath The Pine. Chaz Bundick nie odpuścił i w roku 2011 również wypuścił, świetną płytę. Nie traci pędu a rozpędził sie chłopak dość szybko. Wszyscy trzymają za niego kciuki, słuchacze, redaktorzy niezalowych serwisów itd. Kto się nie zachwycał debiutanckim „Causers Of This”? Chyba wszyscy ogarnięci w temacie. No a chillwave stał się już nie tylko ulubionym gatunkiem muzycznym każdego szanującego się hipstera i entuzjasty muzyki, ale i pewnego rodzaju stanem umysłu. Wracając jednak do Toro Y Moi i drugiego albumu. Lepszy? Gorszy? Ciężko powiedzieć. Na pewno na tym samym, równym poziomie. Bundick nie dał się syndromowi drugiej płyty i poszedł za ciosem. „Underneath The Pine” to fajny, luzacki album. Hipnotyzujące melodię tutaj łączą się z prostotą brzmienia. Tak dobrych motywów nie usłyszymy na żadnej innej płycie, Chaz wydaje się być genialnym umysłem układania układanek. Z kilkunastu elementów potrafi ułożyć rewelacyjny, kolorowy obraz, który potrafi zadziwić. Ocena: 8/10. Posłuchaj.

Paweuu Playlist Sierpień

Podsumowanie trzech sierpniowych kawałków gdzieś tam zasłyszanych.

The Horrors – Mirrors Image. Po Offie ciężko się dziwić by było inaczej, ale już przed samym festiwalem podczas malowania pokoju zasłuchiwałem Primary Colours. Przedstawiciele „dark music” (hie hie) może nie przeskakują tych kogo chcą naśladować w jakimś sensie (mowa o Joy Division) ale zostali wrzuceni do jednego worka z Interpolem i Editors. Mimo, że na żywo wypadli blado (całkiem możliwe, że gdyby to był koncert klubowy to byłoby lepiej) to na płycie brzmią całkiem, całkiem a opener czyli Mirrors Image w pełni zachęca do przesłuchania. Otwarcie albumu jest świetne, basowe momenty i to wejście perkusyjne wraz z przesterowaną gitarą. Brzmi to w pełni mrocznie.

Posłuchajcie

The Flaming Lips – She Don’t Use Jelly. Po koncercie w Katowicach wielu mogło sobie przypomnieć jak zajebistym zespołem jest The Flaming Lips. Teraz mogący pozwolić sobie na eksperymenty, nagrywanie Dark Side of The Moon po swojemu a kiedyś obok Nirvany i Dinosaur Jr reprezentowali grungowy punkt widzenia MTV kawałkiem She Don’t Use Jelly. Nawet wystąpili u dzieciaków z Beverly Hills 90210. Piosenka generalnie bazuje na nieskomplikowanym, ale za to chwytliwym riffie gitarowym. Dodając do tego tekst o dziewczynie robiącej kanapki bez masła mamy hit. Od tego momentu było o nich głośno a swoją klasę potwierdzali jeszcze wielokrotnie dobrymi albumami i paroma równie mocnymi hitami. She Don’t Use Jelly ma w sobie nutkę sielankowości i pewnej naiwności. Dobrze się słucha tego kawałka w chwila zupełnie nic nie znaczących. Myślę, że w tej prostocie jest tak skomplikowana finezja pana Wayne’a Coyne’a.

Posłuchajcie

Eagles – Hotel California. Oglądając teledysk z ojcem na… uwaga… TV Silesia, gdzie można posłuchać mocarnych śląskich szlagierów pan domu zaskoczył mnie rzuconym hasłem „Led Zeppelin?”. Hardkor. A sam Hotel California jest z okresu świetności Eagles i pachnie nutką smogu, palmy i gorących wakacji oraz przywołuje skojarzenia z ciepłym wieczorem gdzieś na oświetlonej ulicy pełnej ludzi szwendających się to tu, to tam. I nie jest to typowy rockowy wyjadać a raczej fajna, miła ballada, która sobie zasłuchiwałem przed zaśnięciem ostatnimi czasami. Poza tym piosenka idealnie także spasowała z czasem kiedy spoglądałem na bujającego się Davida Duchovnego po ulicach Los Angeles.

posłuchaj

Off Festival 2010

Jubileuszowa bo piąta edycja najbardziej alternatywnego festiwalu w Polsce odbyła się tym razem w Katowicach. Było więcej ludzi, więcej kiełbasy i więcej dobrej muzyki. Artur Rojek zadbał o to by każdy entuzjasta muzyki znalazł coś dla siebie każdego dnia podczas pobytu w Dolinie Trzech Stawów. Czas na podsumowanie muzycznego wydarzenia o którym trąbiłem na stronie od czerwca.

The Horrors

Off rozpoczął się już w czwartek, jednak nie posiadałem karnetu czterodniowego by zobaczyć klubowy występ ludzików z Matmos. Dla mnie festiwal zaczął się w piątek od występu Cieślaka z księżniczkami. Maciej Cieślak jest już żyjącą legendą polskiej muzyki offowej. Lider Ścianki, członek Lenny Valentino, poza tym takie muzyczne projekty jak Kings of Carmel, Wyjebani w Dobrej Wierze i teraz Cieśłak i Księżniczki. Muszę przyznać, że początek brzmiał bardzo uroczo. Trzy panie wspomagające Cieślaka grały lekko i nie nudziły a sam boss, który na Offie zbierał pokłony był w dobrej formie wokalnej. Troszkę przeszkadzał upał w namiocie i jęki Waglewskich w tle, które zagłuszały ekipę Cieślaka. Warto odnotować, że podczas tego koncertu miała premiera debiutanckiej płyty, której piosenki mieliśmy okazję usłyszeć na żywo. Następny występ to jedyna okazja by zobaczyć po raz pierwszy w Polsce człowieka o którym mówi się w kategorii zbawcy alternatywy. o 17:50 swoje 5 minut miał Toro y Moi. Chaz Bundick, który w ponad 40 minutowym gigu zmieścił najlepsze kawałki z Causers of This zachwycił Katowicką publikę. Przy akompaniamencie perkusji i basu brzmiał bardzo fajnie i tanecznie. Troszkę wokal gdzieś funkcjonował za muzyką, ale jak na debiutanta, który nagrywa niemal dziesiątkowe płyty było bardzo wesoło. Ludziom się podobało. W końcu pierwszy koncert na powietrzu pod gołym niebem. Na Scenie głównej mBank grał angielski zespół The Horrors. Wiązałem duże nadzieje z ich występem, gdyż spodobali mi się na płycie Primary Colours. I co by tu powiedzieć? Zawiedli troszkę. Początek mieli bardzo obiecujący, Mirror’s Image czy też Who Can Say zabrzmiało tak jakbym tego chciał, ale im dalej koncert trwał tym było nudniej. Kolesie straszyli jak na horrorsów wypada swoimi mega fujfuj obcisłymi gaciami a gitarzystwa wymachiwał nóżką jak nastoletnia fanka Green Day. Muszą się wiele jeszcze nauczyć.

Lenny Valentino

Następnie próbowałem obejrzeć występ Fennesza, który miał być jednym z tych występów które były zainspirowane twórczością Chopina. Wiadomo, rok Chopinowski. Niestety pomimo chęci i fajnych brzmień zachęcających nie udało mi się nawet wejść pod scenę eksperymentalną. Udałem się zatem sprawdzić Art Brut na Scenie Leśnej. Słuchałem ich wcześniej i przyznaje, że Anglicy to nie moja drużyna. Koncert mimo to był żywiołowy i śmiało można było poskakać. Rozrywkowo było jednak nie dla mnie, przerwa na piwo. O 21:40 miał rozpocząć się koncert dnia czyli powrót po 4 latach Lenny Valentino. Jednak opóźniający się występ i padający deszcz skierował mnie do namiotu by zobaczyć Duńczyków z Efterklang. Nie żałuję, koncert był na wysokim poziomie. Bardzo fajna setlista składająca się z samych hitów grupy. Wspomagał ich w paru utworach Czesław Mozil na akordeonie. Widać, że członkom Efterklang się podobało. Publiczności również. Z pewnością wrócą jeszcze kiedyś do Polski. Zdążyłem jeszcze usłyszeć ostatnią piosenkę Lenny’ego, który się spóźnił i nie zagrał bisu, mimo, że publika się domagała.

Raekwon

Wpadłem również na koncert legendy The Fall. Jednak Mark E Smith był mocno zmęczony życiem, zawiódł mnie ten występ. Troszkę czegoś innego oczekiwałem. Miało być jak to mówił Rojek „Niegrzecznie” a było mętnie i nijako. Sam zespół dobrze grał aczkolwiek poczciwy Mark E Smith snuł się po scenie nie wiedząc co robić. Równo o północy rozpoczął się występ Tindersticks. Słuchając ich płyt nie trafili zbytnio do mnie. Na koncercie jednak fajnie brzmieli jako tło muzyczne do rozmów gdzieś zdala od  tłumów pod sceną. Trzeba było oszczędzać siły na Raekwona, który w 100% miał dać czadu. Członek legendarnej grupy Wu Tang Clan spóżnił się o 10 minut, jednak w tym czasie urozmaiceniem było słuchanie krzyków wypitego „obrońcy krzyżów”, który krzyczał „precz z islamem”. W końcu pojawił się nasz czarny ziomek z swoim dj. Rapował nieźle, podoba mi się jego muzyka. Pomimo częstego nawijania „so yo” „ohhh shit” „for America” „What’s up Poland, make some noise” „I’m so fuckin drunk” i przerwy na… hmmm przyznał, że rzygał w tym momencie, ale my i tak wiemy, że robił kupkę „Good shit” to było całkiem fajnie. Można było się pobujać i pomachać ręką. No i przecież „Wu Tang Clan ain’t nuthin to fuck with”. Raekwon to stara szkoła rapu, warto było zobaczyć jak to się robi w NYC. Na koniec nasz fałdkowany murzynek zaprosił wszystkich do Nowego Jorku. Może jeszcze wróci do Polski. Zachwycał się naszymi górami jak i naszą polską vodką. Publika też nie była sztywna, wielu znało teksty MC z Nowego Jorku. The Chief mimo, że momentami oderwany od rzeczywistości „Don’t fuck with the policja” to dawał radę pobudzić widownie, która nie była jednak w spuści portach. Na tym zakończyłem pierwszy dzień OFF Festivalu.

Muchy

Drugi dzień rozpoczął się dla mnie nieco później. Sobotni dzień nie zapowiadał biegania od sceny do sceny, jednak perełki trzeba było zobaczyć. Muchy grające pod słońce niestety zaczęły trochę później przez rozmowy z przedstawicielami miasta Katowice. Poza tym nastąpiły problemy w trakcie drogi do Katowic. Cóż, występ sprzed dwóch lat na Offie bardziej mi się podobał. Trochę gwiazdy się z nich zrobiły, doszedł kolejny do grania. Nie wiem czy taka podwójna perkusja przełożyła się na jakość. Utwory brzmiały inaczej, zwłaszcza perkusja. Wcześniej bardziej mi się podobało. Rozumiem jednak chęć eksperymentowania. Skórka trochę irytował swoim gwiazdorzeniem, Wiraszko wyglądał wczorajszo, ale fajnie zmieniał tekst by było ciekawiej. Nie zabrakło jednak Zapachu Wrzątku, Przesilenia i Najważniejszego dnia także nie ma co narzekać. Kolejny event to Scena Leśna i angielska formacja folkowa Tunng. Przyznaje się, że nie słysząłem ich wcześniej przed koncertem. Zachęcony dobrymi opiniami postanowiłem sprawdzić i nie zawiodłem się. Zespół Tunng to moje odkrycie tego festiwalu. Na żywo zabrzmieli bardzo przyjemnie, sama radość dla ucha. Bez jakiegokolwiek hałasu. Grali głównie utwory z swojej najnowszej płyty …And Then We Saw Land, która wyszła w tym roku.

Mew

Po raz pierwszy Hey widziałem na Offie dwa lata temu, szczerze powiedziawszy to nie zachwycił mnie wtedy ten koncert. W tym roku było stanowczo lepiej. Nie słuchałem ich najnowszej płyty, ale podczas koncertu chyba zagrali całą, albo większość kawałków. Musze przyznać, że pomimo piskliwego głosu zawstydzonej Nosowskiej, która to dziękowała lub przepraszała, że nie jest wodzirejem to Hey brzmiał momentami ciekawie. Nie grali hitów, tylko swój nowy materiał. Na żywo brzmiało to fajnie, przez moment nawet chciałem sprawdzić na płycie, ale póki co to mi się nie chce. Duński Mew natomiast zagrali świetny koncert. Przyjemnie się słuchało najlepszych kawałków grupy i obserwowało murzynka na scenie, który tańczył w rytm muzyki Mew. Wyglądało to bardzo efektownie. Koleś miał lepsze ruchy od samego świętej pamięci Michaela Jacksona. Widać a przede wszystkim słychać, że zespół z Danii jest zarówno dobry na koncertach jak  i na płycie. Podobało mi się brzmienie, wokalista brzmiał idealnie tak jak na krążkach grupy. W tle śmigały różne wizualizacje, które idealnie komponowały się z muzyką i popieprzającym tańcerzem na scenie. Z pewnością jeden z lepszych występów Off, które udało mi się zobaczyć. Bo jak wiecie, nie idzie wszystkiego zobaczyć.

Dinosaur Jr

I właśnie o północy nastąpił taki problem. Grały dwie grupy, które chciałem sprawdzić. Wybór był jednak oczywisty. Dinosaur Jr mimo, że mieli problemy z sprzętem to zagrali dobry koncert. Grupa No Age użyczyła im gitar, gdyż ich sprzęt nie dotarł na czas do Katowic. Podczas strojenia instrumentów przed występem basista żalił się, że to nie jego bas. J Macis jednak powiedział, że postara się wyciągnąć z gitary na tyle ile się da. Widać, że chłopki są profesjonalistami. Pomimo wielu wiosen na koncie to potrafili odegrać świetnie najlepsze kawałki grupy zarówno z nowych płyt jak i tych klasycznych. I tak nie zabrakło Over It jak i Little Fury Things. Trójka indie legend przez godzinny występ dała czadu takiego jak wszyscy się spodziewali. Nie był to show, kontakt z publiką był wręcz zerowy. Dinosaur zagrał po prostu dobrą muzę przy której spora grupa ludzi skakała. Było rockowo. Perkusista walił ostro bębny, czego nie zdradza jego tatusiowaty wygląd. Grupa z Massachusetts była pewniakiem i z pewnością nikt nie czuł się zawiedziony ich występem. Zaraz po koncercie tłum ludzi rzucił się na koszulki z wielką krową i napisem Dinosaur. W tym czasie występował Radio Dept. Podobno jednak występ był średni, także nie żałowałem swojego wyboru. Zdążyłem jeszcze zobaczyć początek Lali Puny. I gdyby nie to, że noce w Katowicach nie są ciepłe jak w Los Angeles i zmęczenie to chętnie bym został zobaczyć do końca. Bo niemiecki zespół grał na prawdę ślicznie. Było słodko. William Basinski o 2:50 to już tylko dla hardkorów. Rok temu jeszcze bym wytrwał, tym razem chciałem jak najszybciej pod kołderkę.

O.S.T.R.

Dzień trzeci rozpocząłem od wizyty Sceny Eksperymentalnej. Znowu niestety nie udało mi się wejść, ale nie tylko mi. Spora rzesza ludzi czatowała przed namiotem. W środku występował The Tallest Man On Earth. Na płycie nie podobał mi się za bardzo najwyższy człowiek świata jednak live brzmiał o niebo lepiej. Koleś supportował Bon Iver i teraz wiem dlaczego. Było fajnie, żartował o dużej ilości gitar, które jeszcze ma w zanadrzu. Gdyby nie fakt, że scena główna zagłuszała mi ten akustyczny występ Szweda to zostałbym do końca. W sumie przed namiotem ludzie narzekali, że takie fajne koncert muszą się odbywać na takich małych scenach. A Ludzi były masy. Na scenie głównej występował O.S.T.R. po raz drugi na Offie. Nasz najbardziej indie raper rapował z żywym zespołem. Nie znam jego dyskografii, ale poleciały kawałki z najnowszej płyty ostrego Tylko dla Dorosłych. Zatem nie zabrakło np Spij Spokojnie. Nie jest on złym raperem. Rapuje na poziomie, czasem nie zrozumiale, ale koleś podobno jest najlepszy w freestylu. Trochę czasami już irytował swoimi gadkami między utworami, trochę za dużo nawijał o swoim synu. Ogólnie było spoko, fajnie się siedziało na trawce w słońcu, słuchało ostrego i obserwowało samoloty na niebie.

The Raveonettes

Po piwkowej przerwie wróciłem pod scenę Leśną, gdzie miał grać No Age. I co by tu rzec o tym występie? Zagrali bardzo energicznie, żywiołowo i hałaśliwie. Wokal był nieco zagłuszony przez natłok dźwięków perkusji, gitary i syntezatora. Był to chyba pierwszy mój koncert gdzie wokalistą był perkusista. Zawsze byłem ciekaw jak to wygląda na żywo. Chłopaki nagrali dobrą płytę i to właśnie z Nouns leciały głównie utwory, ale muszę jeszcze wiele razem zagrać koncertów. Mimo, że hardkorom skaczącym pod sceną z pewnością się podobało to miłośnikom muzyki stojącym z tyłu nie koniecznie. Nie do końca mi się podobało brzmienie na żywo, jednak No Age to był jeden z tych koncertów na którym trzeba było być. Zaraz po nich występował duński duet The Raveonettes. Zastanawiałem się jak będzie wyglądał ich występ. Było bardzo prosto perkusja składająca się z werbla, toma i talerza. Dwie gitary, bas. Wystarczyło na tyle by zabrzmieć bardzo przyjemnie. Nie zawiedli. Był to udany koncert, nie zabrakło utworów z legendarnego już niemal Whip It On jak i tych nowszych piosenek, które pasowały do siebie. Momentami było energicznie, momentami grali urocze gitarowe ballady. Słuchając ich obiecałem sobie przesłuchać ich całą dyskografię. Także mogę stwierdzić, że było lepiej niż dobrze.

The Flaming Lips

I ostatni występ na który czekałem z wypiekami na twarzy. Nie tylko ja. Już długo przed koncertem pod sceną zgromadziła się chmara ludzi. Mowa o The Flaming Lips. Największej gwieździe tegorocznego Offa i chyba w ogóle Offa. Już przed samym występem była świetna zabawa pod sceną gdy jedna strona odbijała balonem (mi się odbił od głowy) a druga strona skandowała „lewa strona daj balona”. Na scenie snuł już się Wayne Coyne, widać było, że też chciałby już zacząć. I zaczęło się. Musze przyznać, że to był chyba największe show na jakim byłem. Porównywalne do występów Muse, z tym, że tutaj było bardziej widowiskowo. Już od samego początku kiedy to członkowie zespołu wychodzili z wielkiego błyszczącego ekranu a lider grupy przebrnął po tłumie w wielkiej dmuchanej bańce. Następnie poleciał deszcz konfetti a wszędzie było widać kolorowe balony. The Flaming Lips już przyzwyczaili swoich fanów do takich występów. Ekipa wspomagająca ubrana w pomarańczowe dresy i tańcząca po bokach również fajnie się prezentowała. Było kolorowo. Dominował pomarańczowy i żółty kolor. Nie zabrakło wielkiego niedźwiedzia na którym siedział mistrz ceremonii. Jak i wielkiego „Grzybka z Mario” i smoka. Były również lasery z wielkich łap lidera flamingów. Jeżeli chodzi o show, spetaktl, widowisko to muszę wystawić ocenę celującą. Ale przecież to nie wszystko. A muzyka? Muzyka nie odstawała od show ani o krok. Nie zabrakło największych hitów grupy. Zagrali najlepsze piosenki z Embryonic. Nawet moje ulubione See The Leaves. Nie zapomnieli zagrać She Don’t Use Jelly czy też odśpiewane z tłumem Yoshimi Battles The Pink Robots. Na sam koniec zostawili największy przebój Do You Realize, które odegrane wraz z sypiącym się konfettim z nieba było wymarzonym zakończeniem koncertu jak i samego OFF Festivalu. Jak na gwiazdę przystało był to najlepszy gig festiwalu.

Czas na krótkie podsumowanie. OFF już raczej pozostanie w Katowicach. Przynajmniej do 2016 roku. Było z pewnością lepiej niż rok temu. Nie zabrakło gwiazd jak i dobrych, porządnych alternatywnych projektów. Sama Dolina Trzech Stawów była stanowczo za mała by pomieścić takie tłumy ludzi. Wydaje mi się, że było więcej ludzi niż w 2008 roku kiedy Rojek zaprosił Mogwai, of Montreal, CLinic itd. Sceny zagłuszały się nawzajem. Ten problem musi zostać rozwiązany jeżeli sam festiwal ma się rozrastać. Strefa gastronomiczna również nie była w stanie pomieścić tak dużej ilości ludzi, zwłaszcza godziną wieczorową. Nad takimi podstawowymi sprawami trzeba jeszcze popracować. Rozumiem, że to pierwszy raz w Katowicach. Z pewnością sytuacja się ta poprawi. Jednak na muzykę nie mogę narzekać, a ona była tam najważniejsza. Warto było być.