Muzyczne podsumowanie roku 2011: listy gości

Moje podsumowanie już za nami, przedstawiłem Wam listę teledysków, wydarzeń, singli oraz płyt. Jednak czym by były suche, dziennikarskie rankingi bez oceny poprzedniego roku dokonanej przez samych muzyków? Oto listy podsumowujące polskich artystów.

Michał Stambulski – wokalista i gitarzysta zespołu Microexpressions.

Z mojej perspektywy ubiegły rok upłynął pod znakiem przewagi popu, syntezatorów i brokatowego mainstreamu nad gitarami, folkiem i „niezależnością”. Poniżej lista moich ulubionych płyt z 2011.

Miejsce I, II i III:
J*DaVeY – New Designer Drug
Wyróżnienia (kolejność niezobowiązująca):
Beyonce – 4
Taprikk Sweezee – Poly EP
Oneohtrix Point Never – Replica
Rustie – Glass Swords
James Blake – James Blake
Internet – Purple Naked Ladies
Towa Tei – Sunny
Toro y Moi – Underneath The Pine
SBTRKT – SBTRKT
Perfume – JPN
Kanye West & Jay-Z – Watch The Throne

Iza Lach – wokalistka, autorka płyt „Już Czas” oraz „Krzyk”.

Top 5 singli 2011 (POP):

5. Keri Hilson – Loose Control.
4. Nicola Roberts – Beat of my drum.
3. Rihanna – You Da One.
2. Beyonce – Love on Top.
1. Robyn – Call your girlfriend.


The Kurws – jeden z najciekawszych debiutów poprzedniego roku.

Hubert:

Iceage „New brigade” (What’s Your Rupture?)
Pamiętam jak parę lat temu znajoma bywająca często w Kopenhadze opowiadała mi o świetnym zespole dwunastolatków. Żeby zagrać koncert musieli pytać o zgodę rodziców.  Do tej pory nie jestem pewien czy chodziło akurat o Iceage, bo takich grup jest tam co najmniej kilka, ale  słuchając „New Brigade” widzę te tłumy podchmielonych dzieciaków kotłujących się w przestrzeniach legendarnego Ungdomshuset. Budynek istniejącego ponad dwadzieścia lat centrum wiecznie młodej kontrkultury został wyburzony przez polskich robotników, bo duńskie i szwedzkie centrale związkowe solidarnie odmówiły udziału w rozbiórce. W kilku tysięcznych demonstracjach w obronie miejsca szły także wkurwione nastolatki. Jest bardzo prawdopodobne, że były tam także chłopaki z Iceage, bo mieszkając w Kopenhadze, a już szczególnie grając taką muzykę po prostu nie sposób było nie otrzeć się o to miejsce. „New Brigade” to album, który wszedł mi z opóźnieniem. Żeby wprowadzić człowieka w stan hipnozy też potrzebna jest chwila, a dla mnie ta płyta to właśnie hipnoza. Mimo, że kompozycje często są dzikie i nerwowe, to wokal i zimna produkcja nagrań powoduje, że słuchając jej mam wrażenie, że doświadczam czegoś w rodzaju narkoleptycznego zwolnienia. Iceage nie wymyślają prochu, bo to muzyka, a nie wyścig zbrojeń. Ich nawiązania wypadają świeżo i autentycznie. Zresztą wydaje mi się, że fenomen tego zespołu polega na tym, że fundując podróż wehikułem czasu zostawiają nas z wrażeniem, że to nie może dziać się naprawdę. Albo, że jesteśmy świadkami powstawania legendy, która – jak to często z legendami bywa – będzie miała dramatyczny finał.
posłuchaj

Deerhoof „Deerhoof vs. Evil” (Polyvinyl)
Ten zespół od zawsze sam nagrywa i produkuje swoje płyty nie zdając się na etatowych macherów od szołbizu. I bardzo dobrze, bo chyba nie ma dla mnie nic gorszego niż desperackie ciśnienie na sukces. Deerhoof się nie podkłada. Działa po swojemu, szuka świadomie i  znajduje własne rozwiązania. Niektórzy obwieścili, że tą płytą spuścili z tonu. Ta racja opiera się tylko na pozorach. „Deerhoof vs. Evil” to album popowy, którego świetnie słucha się już za pierwszym razem, ale trzeba posłuchać więcej żeby w pełni ujawnił się kunszt z jakim został skomponowany.  Dopiero wtedy pojawia się ta właściwa  przyjemność obcowania z całą masą kompozycyjnych i produkcyjnych zabiegów kryjących się pod powierzchnią infantylnych piosenek. Zespół jest konsekwentny, ale pod żadnym pozorem nie jest to betonowa konsekwencja polegająca na powielaniu wypracowanych przez siebie sztuczek. Zresztą – przecież tu nie o sztuczki chodzi, bo to kojarzy mi się raczej z popychaniem mniej lub bardziej wyrafinowanych banałów. Deerhoof na swoich płytach proponują artrockowe konkrety. To muzyka XXI wieku, która kompulsywnie próbuje przekroczyć samą siebie.
posłuchaj

The Dreams „Morbido”  (Kill Saman Records)
Album zdobył mnie od razu i z całym dobrodziejstwem inwentarza. Francuski duet o wyjątkowo oczywistej nazwie (że ktoś jeszcze na takie wpada?!) dobitnie nawiązuje do dokonań Siouxie and the Banchees, PIL czy wczesnego Tuxedomoon (echa genialnego No Tears z „Desire”) łącząc to w jakiś dziwny i nie do końca zrozumiały dla mnie sposób z surfowymi gitarami, wampirycznymi melodiami, afrykańskimi rytmami prosto z automatu perkusyjnego i karkołomnymi dubowymi wycieczkami. „Morbido” ma analogowe, zdezelowane brzmienie, które wygenerowane zostało za pomocą minimalistycznego instrumentarium i prostych zabiegów. To właśnie prostota decyduje o sile tej płyty. Co znamienne, mam nieodparte poczucie, że w Polsce zespół inspirujący się podobnymi historiami zapodałby co najwyżej kiczowatą i sterylną bułę. Nie napiszę więcej. Nie chcę być zapamiętany jako zdrajca narodowego interesu.
posłuchaj

Kuba:

Na wstępie muszę się przyznać do swojej kompletnej ignorancji jeśli idzie o muzykę tu i teraz. Zwyczajnie zakopałem się w starociach, nie śledzę, być może przeoczam i nie doceniam. Przykłady które podam pod nos podsunęły się same.

Najlepszym koncertem jakiego miałem przyjemność doświadczyć w zeszłym roku, był występ grupy SchnAAk w CRK – kolejny przykład na to, że myśl rocka progresywnego – o ile przepuszczona przez gości z otwartymi głowami – żyje i ma się dobrze.
Pozytywnym zapoznaniem w dziedzinie muzyki krajowej było zobaczenie Oli Rzepki, perkusistki zespołu Dre Koty w akcji. Nie widziałem żeby ktoś w Polsce tak grał! Choć muzyka dziewczyn nie ma z post-punkiem za dużo do czynienia, właśnie tak bym sprecyzował jej styl gry. Odnalazłem w nim swoje ukochane Liliput, the Slits, a z zeszłorocznych porównań już nie tak ukochane Wetdog.  Kolega z zespołu podrzucił skojarzenie z Katrin z the Ex.

Gówno „spowiedź umarłego”
„Jak oni to robią? Przecież to jest ekspresja nie z tej epoki!” – powiedział kolega z zespołu puszczając mi nowy teledysk zespołu Gówno. Po udanej podróbce szlachetnego punko-polo „Telewizor” z odjazdowym teledyskiem jakiego mógłby im pozazdrościć nie jedna lżąca z generała Jaruzelskiego banda aspołecznych popaprańców, przyszła pora na zmianę. Nadal w konwencji retro, nadal w duchu punkowym, ale już innym – zimno-falowym. „Spowiedź umarłego” ma „to coś” co wyróżniało słowiańską zimną falę. Wszystko jest na swoim miejscu: nie jest przesadnie mechanicznie – zapewne dzięki „gówniarskiemu” wokalowi Maćka Salomona przywołującym skojarzenie z wokalistą Nowo Mowy (kawałek „Dekoder” z tonpressowskiej składanki „Jeszcze młodsza generacja”), a jeszcze bardziej ze śp. Skandalem z Dezertera. Z drugiej strony nie jest też zbyt frywolnie, co jest zasługą nostalgicznego, dwuakordowego podkładu (niby automat perkusyjny + gitara + klawisze). Nie za bardzo wiem co sobie odpowiedzieć na pytanie o celowość projektów tak mocno stylizowanych na przebrzmiałe konwencje, ale w przypadku Gówna jest to zrobione na tyle przekonująco, że nie ciamkam tylko słucham.
posłuchaj

Taulard
Mieliśmy zaszczyt zagrać z nimi jeden z paru najlepszych koncertów na naszej przedostatniej trasie. Kwartet Taulard z francuskiego Grenoble to grupka młodych ludzi związanych z działającym tam od niedawna niezależnym miejscem La B.A.F. Teksty ich piosenek – z pozoru wesołych – traktują o podróżach, o uczuciach, o kolegach którzy wyjeżdżają do większych miast zostawiając protagonistów samych z beznadzieją małych miasteczek. Najdramatyczniejszy jest tekst utworu „31/12/00” – wspomnienie wypadku samochodowego, w którym samochód złamał się w pół („jak bagietka”).

Sercem zespołu jest wokalista, kompozytor wszystkich utworów, (trzeba wam wiedzieć że wszystkie kawałki są rozpisane na nuty, i to w ten sposób chłopaki się ich uczyli) jego rówieśnikiem jest klawiszowiec, a dalej średnia wieku już się znacznie zaniża. Najmłodsze w zespole (14-15 lat) jest rodzeństwo. Dwóch muzykujących bez opamiętania braci – basista i perkusista – jest kształconych muzycznie, co słychać. Punk-rock i szkoła muzyczna to bardzo odległe bieguny, kiedy już się stykają, zazwyczaj mieszanka jest karkołomna. Ja osobiście bardzo tą karkołomność lubię (stąd też cieszy mnie nowe wydawnictwo Oficyny Biedota, the Leszczers). Lubię obserwować w których miejscach, który biegun ustępuje. W tym wypadku ustąpiła punkowa ekspresja, na rzecz precyzji, lekkości. Co prawda takie definiowanie punk-rocka to rzecz dyskusyjna, bo we frankofońskim undergroundzie odnaleźć możemy więcej projektów o takiej ekspresji, a jednak w punk-rock się wpisujących, jak Rene Biname (z niepunkowych przykładów przychodzą mi do głowy artyści z kręgu R.I.O.: Debile Menthol, Etron Fou Leloublan, Ferdinand, Albert Marcoeur…), ale wydaje mi się że zarówno dla punkowych towarzyszy ze wschodu jak i dobrych ludzi zza oceanu – że się posłużę takim retro podziałem – jest to ekspresja z trudem akceptowalna. Przynajmniej z początku. W zasadzie ciężko mi odnaleźć argumenty za tym, co miało by – poza obiektywnymi kwestiami środowiskowymi – łączyć muzykę Taulard z punk-rockiem. A może argumenty nie są konieczne, może wystarczy popatrzeć na ich występy na żywo. Jest w nich pewna – i tutaj pewnie pozostanę już kompletnie niezrozumiany – punkowa skromność. Coś bardziej do poczucia, mniej do zrozumienia. Ale rock’n’roll to to nie jest.
posłuchaj

11 „gettokosmos” (Oficyna Biedota)
To musiało nastąpić. Potencjał Marcina Pryta jako tekściarza i oratora prosił się o rozwinięcie od lat. Prośby te zostały wysłuchane na zeszłorocznej, mojej ulubionej od czasów splitu ze Starymi Singers płycie rodzimej formacji Marcina 19 Wiosen pt. „Pożegnanie ze Światem”. Projekt 11 zdaje się, że z tej ostatniej płyty „dziewiętnastek” pośrednio wyprądkował. Oczywiście po drodze był jeszcze TRYP – w końcu w obu projektach prócz Marcina w składzie znalazł się Paweł Cieślak.

TRYP odebrałem jako ostateczne oderwanie od big-beatowej tradycji 19 Wiosen. To, co odświeżyło formułę zespołu na „Pożegnaniu ze Światem”, już w ramach projektu TRYP wyemancypowało się od niej kompletnie. Przyklasnąłem temu co odebrałem jako świadomy wybór, choć bez przekonania. Akurat tak rozumiana syntetyczność i niejaka „taneczność” rzeczonego projektu do mnie akurat nie trafia (wyjątek: teledyskowa wersja „Jedynej Symfonii”, z – jak to ujął kolega – „bachowskimi” pochodami w finale). Ale 11 to już kolejny stopień wyrafinowania. Mocne kwadratowe bity ustąpiły miejsca co najwyżej ironicznym rytmom syntetycznych podkładów perkusyjnych z banku pamięci keyboardu CASIO; dalej, w miejscu arbitralnych, stricte industrialnych zabiegów mamy abstrakcję szumów, w miejscu przyporządkowanych tyranii praw dynamiki pętli – raczej linearne, bliższe muzyce współczesnej myślenie o kompozycji.

Rockowy mimo wszystko sznyt TRYPa i nowego wcielenia „dzięwiętnastek” nie zdołał zdezynfekować ogarniętej postępującą gangreną nie-komercjalizacji muzyki „gettokosmosu” (brzmi szumnie więc zapraszam do polemiki, chciałbym się mylić). Jeśli od powyższych właściwości zdarzają się ustępstwa, to zawsze świadomie. Tak jak w opartym na techniarskim bicie hymnie „Państwo umarło” lub w naiwnym hicie disco lo-fi „Lala Lala” (jeśli ktoś pamięta split Dezertera z radzieckimi kapelami, na potrzeby wydawnictwa wrzuconymi pod wspólny szyld CCCP, być może podzieli moje skojarzenie). Kiedy słucham „gettokosmosu” przed oczami mam „Na srebrnym globie” Żuławskiego, „O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji” Szulkina (Krystyna Janda w roli Lala Lali), i masę niezidentyfikowanych scen z filmów o holocauście. O skojarzeniu z historiami Kafki nie będę się rozpisywał, bo i tak ktoś to zrobi za mnie. Proza, również ta science-fiction, nie jest moją dziedziną. Poprzestanę więc na ocenie, że połączenie futurystycznych tekstów Pryta (pesymistycznych acz nie pozbawionych całkiem słusznie zarzucanej mu ironicznej humorystyki a la Janiszewski z Bielizny) oraz kolaży dźwiękowych Cieślaka jest połączeniem spójnym – a więc udanym. Duetowi udało się obszczać całkiem spore terytorium wokół siebie, dzięki czemu ta pozornie klaustrofobiczna forma może być wylęgarnią jeszcze co najmniej kolejnych jedenastu proroczych historii, wykrzyczanych w twarz zbyt rozsiadłego w rzeczywistości III RP towarzysza dreptaka.

Oczywiście, trzeba się będzie jeszcze rozsmakować się w zapachu moczu. Trzeba zaakceptować trud przedostania się przez smród życia, którego obecności projekty w duchu 11 całe szczęście nie ignorują.
posłuchaj

Werner Cee
Nie było mi dane odwiedzić Kina Dźwiękowego w ramach Kongresu Kultury we Wrocławiu a szkoda, bo chcąc wspomnieć o Wernerze Cee posiłkuję się samym Soundcloudem. Artysta ten ma w sobie urzekający luz – co w kręgach akademickiej elektroakustyki jest dla mnie nowością. Jest jak Cpt. Beefheart z laptopem. W swoich słuchowiskach i kompozycjach poza dźwiękami przechwyconymi skądinąd wykorzystuje gitarę basową i głos. Zdarzają mu się nieco alergicznie przyjmowane przeze mnie romanse z rockiem, ale w tym co przesłuchałem dominuje muzyka ocierająca się o field recording. I w taki sposób chce myśleć o Wernerze Cee. Jest akademikiem z otwartą głową i dystansem, a nie pretensjonalnym, prog-rockowym safandułą.
posłuchaj

Od Autora: To koniec podsumowań roku 2011. Chciałbym z tego miejsca serdecznie podziękować Izie Lach, Michałowi Stambulskiemu oraz Hubertowi i Kubie z The Kurws za swoje autorskie podsumowania. Za rok znowu się odezwę 😉

Polish Power – rok 2011 w polskiej muzyce

Rok 2011 to był naprawdę dobry rok dla polskiej muzyki. W poprzednich dwunastu miesiącach można było usłyszeć sporo dobrej, fajnej i ciekawej muzyki. Mimo, że przeważnie opisuje zagraniczne dokonania to zawsze kibicuje naszym rodowitym muzykom. Oto jak wyglądał poprzedni rok w wykonaniu naszych orzełków .

Zacznijmy od  muzyki gitarowej. Rok 2011 to przede wszystkim dobre powroty paru, dobrze znanych nam zespołów. Przeze mnie najbardziej wyczekiwana była nowa płyta zespołu Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. „Karmelki i Gruz” okazały się jednym z najlepszych płyt jakie dane było mi usłyszeć poprzedniej jesieni. Marcin Zagański i reszta ekipy z Nowego Dworku pokazała się z bardzo dobrej strony, nagrywając album wciągający i przede wszystkim bardzo dobry. KDZKPW to jeden z tych zespołów, który jeszcze nigdy nie zawiódł moich oczekiwań. Na jesień powrócił również Cool Kids of Death. „Plan Ewakuacji” traktowałem raczej jako ciekawostkę i byłem po prostu tylko ciekaw co zaprezentuje zespól tym razem, jaki kierunek obierze? Okazało się, że bardziej popowa twarz pasuje do Krzyśka Ostrowskiego i reszty łódzkiego bandu.

Całkiem przyjemnie słuchało mi się również drugiego albumu zespołu Renton.Warszawski zespół tym razem w języku polskim udowadniał na „Niech wszystko stanie sie lepsze”, że granie indie dalej jest cool. Poza tym Muchy wypuściły na koniec roku fajny singiel „Nie przeszkadzaj mi bo tańczę”, który promuje nowo nadchodzącą płytę. Singlowo zaprezentowały się również Ścianka i The Car is On Fire, będziemy czekać z pewnością w 2012 na płyty tych wykonawców. Dobry powrót zaliczył również Psychocukier a ich „Królestwo” zostało dobrze przyjęte przez media zajmujące się muzyka niezależną. Rok 2011 to także powrót po pięciu latach grupy Myslovitz. Dla mnie osobiście Artur Rojek nie jest już muzykiem a głównie organizatorem OFF Festivalu. Poza tym mysłowicka grupa już mnie tak nie „jara” jak to było jakieś 6 lat temu. Mimo to „Nie ważne jak wysoko jesteśmy…” wydaje się być lepszą płytą niż poprzednie „Happiness is Easy”. „Lie In Wait (EP)”  to kolejny powód by kibicować i trzymać kciuki za zespół Microexpressions. Panowie, czekamy na długogrający album.

Pora na debiutantów. Z pewnością na wyróżnienie zasługują dwa projekty. Po pierwsze Nerwowe Wakacje, które są braterskim paktem muzyków The Car is On Fire, Afrokolektywu  oraz Kolorofon a po drugie The Kurws. Pierwszy z nich nagrał rewelacyjny „Polish Rock” natomiast drugi wywołał u mnie dużo pozytywnych reakcji albumem „Dziura w Getcie”.

Przejdźmy teraz do muzyki popowej. W niej również wiele się działo. Najlepszym albumem w tej materii z pewnością jest dla mnie „Krzyk” Izy Lach. Dla młodej wokalistki jest to drugi krążek w dorobku. Musze przyznać, że tą płytą urzekła mnie i wręcz oczarowała. Cukier dla uszów. Z dobrej strony zaprezentowały się debiutantki Dziun i Marina Łuczenko. Debiutancki krążek pierwszej z nich „A.M.B.A.” to lekki, bezpretensjonalny zbiór piosenek łączących w sobie osiągnięcia popu i alternatywy. Natomiast na „Hardbeat” pojawiają się zarówno motywy typowe dla teen-popu jak i electro. Dobra płyta na imprezę. Wciąż nie doczekaliśmy się nowego albumu Edyty Bartosiewicz, ale dostaliśmy w zamian fajną piosenkę „Witaj w Moim Świecie”, która promowała nowego Kubusia Puchatka. Kolejną płytę za to zaprezentowała Ramona Rey, jednak „3” wydaje się być łakomym kąskiem jedynie dla fanów twórczości artystki. Warto jeszcze tutaj wspomnieć o Ani Rusowicz i jej dziele nazwanym po prostu „Mój big-bit”. Jest to ciekawa pozycja nawiązująca do twórczości jej mamy Ady Rusowicz oraz mająca w sobie nutkę nowoczesności.

Na koniec zostawiłem sobie podsumowanie polskiego hip-hopu. Tutaj bezapelacyjnie rządził Ten Typ Mes, który wydał najlepszy album hip-hopowy. „Kandydaci na Szaleńców” zawiera w sobie świetne nawijki Mesa, który wznosi się na wyżyny. Z podkładami było różnie, jednak przy tak dobrym materiale i genialnych wersach Mesa jest to mniej istotne. „Prewersje” Fokusa również zasługują na wyróżnienie. Nie tylko dlatego, że sympatyzuje z śląskim raperem. Przede wszystkim za rewelacyjne podkłady stworzone przez Lukatricksa oraz charyzmę Fokusa. W zeszłym roku powrócił również Łona. Szczeciński raper przy pomocy Webbera wydał „Cztery i Pół”, który może nie miażdży systemu, ale wydaje się być ciekawą pozycją dla studentów i licealistów. Ciekawy materiał zaprezentował duet Sokół i Marysia Starosta na „Czysta Brudna Prawda”.

Godnych uwagi polskich płyt z pewnością jest więcej, jednak te wyżej wymienione stanowią pewną esencję roku 2011. Mam nadzieje, że nowy 2012 rok będzie równie obfity w dobre, rodzime produkcje. Tego życzę sobie i Wam.

The Kurws – Dziura w Getcie

Czas na recenzje jednej z najciekawszych polskich płyt wydanych w tym roku.

Muszę przyznać, że pomysł na zespół przypadł mi do gustu. Zabawna, ironiczna nazwa (świadome nabijanie się ze wszystkich zespołów The cośtam’s), granie muzy instrumentalnej, tytuły piosenek w stylu mogwaia („The Kurws Dzieciom”) no i na koniec energiczny, ciekawy materiał na płycie. Sam zespół o sobie pisze tak: „The Kurws powstało w maju 2008 roku, jako spontaniczna konsekwencja sesji ping-pongowej, która zeszła do podziemia, gdzie tkwi do dziś. Sięgnęli po brzmienia wyrastające z tradycji punk-rocka jak i rock’n’rolla, garage/surf, kraut-rocka, zgniłego funk, nowojorskiego no-wave czy brytyjskiej sceny post-punkowej.”

Jako były „ping-pong’owiec” naszego lokalnego klubu przybijam piątkę. Kurws to z pewnością najciekawszy debiut tego roku. Mimo, że sama płyta Dziura w Getcie powyżej siódemki nie podskoczy i generalnie dupy nie wyrywa to ja i tak bije brawo. Ciężko w naszym kraju wybić się bez takiego radiowego singla. Jednak jeszcze ciężej jest nagrać dobrą, równą płytę, która zaciekawi. A to im się z pewnością udało. Zabawa z psychodelicznymi odjazami Franka Zappy i przełożenie ich na nasze polskie, szare i brudne podwórko zdała egzamin. Mam nadzieje, że zagrają hymn Polski na Euro 2012. Ocena: 6/10.

posłuchaj