Nudziarze z The National nagrywają płytę życia – recenzja „First Two Pages of Frankenstein”

Nigdy nie przeczytałem „Frankensteina” Mary Shelley, dlatego nie powiem wam o czym są dwie pierwsze strony tej książki. Co prawda kusi mnie katalog wydawnictwa Vesper by dołączyć tą książkę do mojej kolekcji, jednak gdy zerkam na tytuły za które nie potrafię się zabrać, to odpuszczam temat (Przynajmniej na razie!). Niemniej pozostając w temacie ożywiania martwych zwłok przez Frankenstaina to sprzedam Wam przy okazji dwie ciekawostki. Po pierwsze Pani Shelley wymyśliła historię powieści mając zaledwie 19 lat! Natomiast po drugie, istnieją przypuszczenie, że angielska autorka zainspirowała się miejscowością Frankenstein (dzisiejsze Ząbkowice Śląskie) i tamtejszą aferą grabarzy z 1606 roku!

Wróćmy jednak do muzyki. A konkretniej do najnowszej płyty The National, którą nazwali przewrotnie dwiema pierwszymi stronami Frankensteina. Dla Matta Berningera i ekipy jest to całkowicie nowe rozdanie w ich karierze. Płyta zbiera całkiem dobre recenzje, i w tym przypadku całkiem słusznie. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się nowojorczykach, że uda im się jeszcze zabłysnąć. Już w 2009 roku, kiedy grali na OFF Festivalu w Mysłowicach wydawali mi się nieco wypaleni. Od wydania ich opus magnum „Alligator” mijało cztery lata a po drodze mieli „Boxera„, który nie powtórzył sukcesu poprzednika. Co prawda grupa wydawała albumy dość regularnie. W 2010 roku wyszedł „High Violet„, trzy lata później „Trouble Will Find Me„, w 2017 ukazał się „Sleep Well Beast” a w 2019 roku „I Am Easy To Find„. Przesłuchałem każdy z tych krążków i z każdym mam ten sam problem. Totalnie nie pamiętam nic z tych płyt. Być może w chwili ich wydania miałem o tych krążkach dobrą opinię, ale zawsze powtarzam, przy okazji moich recenzji, że czas wszystko najlepiej weryfikuje. A te płyty zweryfikował niekorzystnie.

Odmienna sytuacja tyczy się ich najnowszej propozycji. Ich płyta będzie zapamiętana, a osiągnęli to w bardzo prosty sposób. Po pierwsze nazwą płyty, która jest chwytliwa i charakterystyczna. „First Two Pages of Frankenstein” brzmi znacznie lepiej niż „Trouble Will Find Me” czy „I Am Easy To Find„. A po drugie setlista została wzbogacona o głośne nazwiska. Taylor Swift, Phoebe Bridgers oraz Sufjan Stevens – taki zestaw robi wrażenie, zwłaszcza na płycie gitarowego zespołu a nie kolejny album Travisa Scotta. A muzycznie? Tutaj nie ma większej zmiany. Brzmi to nieco świeżej i nie ma przynudzania. Przesłuchałem ten krążek kilkukrotnie i w sumie dalej mi się podoba.

Podsumowując, Matt Berninger i ekipa prostymi środkami powrócili do stawki i udowodnili, że wciąż się liczą na muzycznym rynku. O ile wcześniej The National kojarzyli mi się z nudą i smętnym gitarowym brzdękaniem o tyle ich najnowsze dzieło dodało wiele świeżości do ich muzyki. Prochu nikt tutaj nie wymyślił, ale fajnie było usłyszeć, że Nowojorczycy mają się wciąż dobrze. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Dom samotności i nudy Matta Berningera

Z okładki najnowszego albumu The National „Sleep Well Beast” bije w nas widok, ciemnego, szarego, smętnego domu z jednym oknem. W domu są jacyś ludzie, jednak również dobrze mogłoby w nim nie być nikogo. Albo jeszcze lepiej! Niech siedzi tam samotnie Matt Berninger, lider i wokalista The National. Niech tam siedzi i chłonie tą samotność. Może przemyśli fakt, dlaczego zadręcza słuchaczy takimi nudami jak jego najnowszy album.

Na „Sleep Well Beast” nie dzieje się absolutnie nic. Nuda totalna. Nie dziwi mnie to wcale, gdyż The National już od około 2010 roku przynudzają na potęgę. Nowojorski band nigdy nie należał do jakiejś mojej czołówki indie rockowych kapel, ale ich pierwsze płyty lubiłem. No i oczywiście do dziś wspominam ich fenomenalny występ z Offa a.d. 2009. Sprawdzam za każdym razem ich najnowsze wydawnictwa i niestety muszę przyznać, że Panowie zjadają swój własny ogon.

Wyobraźmy sobie sytuacje, że zespół nie nagrywa tej nowej płyty. Co się zmienia? Absolutnie nic. Berninger coś tam próbuje jeszcze wskórać, jednak ja tego nie kupuje. Wierni fani mogą być zadowoleni, jednak czy jest ich aż tylu by wydawać płytę? Poza tym kogo oni chcą nabrać? „Day I Die” brzmi jak okrutnie podrobiony „Mr. November„, reszta albumów brzmi tak samo, że zlewa mi się to w jedną szarą papkę.

Może gdyby nie słyszał ich wcześniejszych płyt, albo w ogóle nie słyszałbym żadnej muzyki to spodobał by mi się „Sleep Well Beast„. Może… Póki co słucham tej płyty i już teraz wiem, że nigdy do niej nie wrócę. Tak jak nigdy nie wróciłem do „Trouble Will Find Me” czy też „High Violet„. Ocena: 4/10.

The National – High Violet

The National wydaje piąty studyjny album, który podbija serca fanów i redaktorów Pitchforka.

W ostatnim czasie idzie zauważyć wzrost zainteresowania tym, że skromnym zespołem Matta Berningera. Można nawet odnieść wrażenie, że jest mocno cool mieć w odtwarzaczu, którą z płyt Nowojorczyków. Całkiem możliwe, że jest to spowodowane koncertem, który grupa zagrała rok temu w Mysłowicach podczas Off Festivalu, gdzie zagrali bardzo dobry gig dodatkowo byli grupą, która nie miała godnych konkurentów w walce o najgrubszą czcionkę na plakacie reklamującym festiwal Artura Rojka. O ile kiedyś byli uznawani za taki sobie, gdzieś tam grający zespolik z Nowego Jorku to teraz są headlinerem pełną gębą. I wydana w tym roku płyta, a w zasadzie zainteresowanie nią najlepiej o tym świadczy a sam zespół wróci do Polski jeszcze w tym roku. I na pewno będzie wielu chętnych by zobaczyć ich jeszcze raz albo po raz pierwszy.

A płyta? Czy zasłużony hype? Poziomu Alligatora nie przeskoczyli ale wydaje się lepiej niż w stosunku do starszych płyt i ostatniej zatytułowanej Boxer. Nie ma niespodzianek, nagrali to czego od nich się oczekiwało, czyli 11 piosenek o charakterystycznym dla nich brzmieniu nasączone gorzkimi tekstami przy których można swobodnie wyć do księżyca. Jest tak jak zawsze melancholijnie, melodyjnie, z drugim dnem a głos Berningera nie wkurza. Perkusista Bryan Devendorf jak zwykle pokazuje, że bębnienie to jego specjalność. Nie zabraknie również różnorakich instrumentów smyczkowych i klawiszy w tle. Pod tym względem bardzo mocno są podobni do wydawnictw Arcade Fire i dzieł Final Fantasy. Tym razem nie słyszałem w tym Interpolu i to stanowczo na plus bo o ile The National notuje tendencje wzrostową to Interpol o czym pisałem już we wrześniu grzebie się w mule blisko dna.

Nie ma tutaj zbytnio wyróżniających się utworów, każdy z nich jest na równym poziomie. Z świeczką szukać hitu na miarę Mr. November. Mamy zamiast tego zlepek jedenastu fajnych piosenek. Czy to leniwy Runaway czy też pełen polotu i podniosłości Afraid of Everyone to każda z tych piosenek ma w sobie coś ciekawego. Póki co płytę dobrze mi się słucha i nie nudzi, ale jak będzie dalej? Czas oceni. Na dzień dzisiejszy daje ocenę: 6/10

Posłuchajcie Bloodbuzz Ohio