10 Najlepszych Piosenek Arcade Fire

Dawno nie było na blogu żadnej porządnej listy i TOPKI. Postanowiłem wziąć na warsztat kanadyjską grupę Arcade Fire. Co prawda od pewnego czasu niebezpiecznie filtrują z muzyką POP niczym Coldplay czy też U2, nie mniej dalej ich lubimy! Oto 10 najlepszych utworów od Wina Butlera, jego żony i kolegów.

Deep Blue (2010, The Suburbs). Są pewne utwory, które z niewyjaśnionych przyczyn wpisują się w moją estetykę piękna. Czym one się wyróżniają albo co je cechuje? Trudno opisać, bo za każdym razem te utwory są inne. Pozostają tylko te same odczucia. To właśnie odczuwam odsłuchując „Deep Blue„, który na pozór jest tylko którymś tam utworem na płycie „The Suburbs„.

Posłuchaj

Put Your Money On Me (2017, Everything Now). W  2017 roku Arcade Fire postanowił zabawić się w Abbę. Nie wyszło to do końca udanie, ale „Put Your Money On Me” to całkiem przyjemny utwór. Fakt, jest gorszy niż każdy track z dwóch pierwszych płyt grupy. Jednak chcąc zachować różnorodność, musiałem postawić na jakąś kartę z „Everything Now„. Padło na ten utwór.

Posłuchaj

Ready To Start (2010, The Suburbs). Ten utwór to idealny opener. Już nawet nie liczę ile moich składanek i playlist otwierał. Nie dość, że w nazwie magiczne słowo START to i sporo w nim energii dającej kopa na rozruch. Poza tym czy wy też słyszycie w tym utworze Interpol z najlepszych lat? Bo ja tak i to szczególnie w brzmieniu gitary.

Posłuchaj

Rebellion (Lies) (2004, Funeral). Generalnie ciężko było wybrać tylko trzy utwory z debiutanckiej płyty. Przecież tam jest tyle sztos utworów… Jednak „Rebellion” musiał się znaleźć z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze to idealny przykład-wzór ich sposobu na udany utwór. Prosty klawisz, rytmiczne bicie w werbel, szczypta smyczków i transowy Butler. To zawsze działa. Po drugie ten utwór jest dla mnie do tej pory jednym z hymnów indie rocka. I niech tak zostanie.

Posłuchaj

Reflektor (2013, Reflektor).Reflektor” to moim zdaniem najgorsza płyta Arcade Fire. Dlaczego? Najmniej do niej wracam. Jest jednak jeden utwór do którego wracam dość często. To tytułowy „Reflektor„. Na tym etapie grupa już nie ukrywa swojej słabości do komercyjnego grania przy jednoczesnym szacunku dla klasyki. Butler bawi się tutaj w jakieś prog rockowe odloty niczym Muse – serwując nam 7 i pół minuty zabawy z syntezatorami i gitarami. Tania sztuczka, ale skuteczna.

Posłuchaj

Neighborhood #3 (Power Out) (2004, Funeral). W zasadzie każda z „dzielnicowych piosenek” mogłaby się tutaj znaleźć. Ba, nawet jakbym wrzucił tutaj cały „Funeral” to chyba nikt by się nie obraził? W „Power Out” mamy wszystko. Emocje, Energię, rozpaczliwe jęki Butlera, genialną linię basową, charakterystyczne smyczki i prostą perkusję. Szczerze powiedziawszy to obecnie wolę inne utwory, troszkę spokojniejsze. Jednak od tego zaczęła się moja przygoda z Arcade Fire. I tak już pozostało.

Posłuchaj

No Cars Go (2003, Arcade Fire EP). W sumie dziwna sprawa z tym utworem. Pierwszy raz ukazał się na debiutanckiej EP-ce, jednak nigdy nie wylądował na debiutanckim albumie a dopiero na „Neon Bible„. Wielu wtedy śmieszkowało, że to najlepszy utwór na drugiej płycie Butlera. Co być może było i prawdą, jednak na tej płycie znalazło się wiele innych wyśmienitych utworów. Takich chociażby jak…

Posłuchaj

My Body Is A Cage (2007, Neon Bible). W mojej ocenie „Neon Bible” to mocno niedoceniona płyta. Być może to kwestia tego, że przyszło jej się mierzyć z „Funeral„, czyli muzycznym goliatem. Nie mniej to porządny materiał, czego przykładem jest ten epicki utwór kończący tą płytę. Niezmiennie od trzynastu lat wciąż mam ciary przy słuchaniu tego organowego majstersztyku.

Posłuchaj

My Heart Is An Apple (2003, Arcade Fire EP). Już na debiutanckiej EP-ce Arcade Fire udowodnili, że potrafią grać pięknie i wzruszająco. Win Butler swoim głosem łapie za serducho, które podczas słuchania tych niezwykłych, onirycznych  4 minut i 25 sekund zamienia się w jabłko. Niezwykła zwłaszcza jest końcówka. Szkoda, że już niegrają takich utworów…

Posłuchaj

Wake Up (2004, Funeral). To niezwykłe jak ten utwór dojrzewa ze mną. Od licealnych fascynacji po czas, kiedy jestem ponad 30 letnim dziadem i dalej czuję potrzebę słuchania tego utworu. Teraz zaczynam rozumieć o co chodziło Butlerowi, kiedy radził dzieciom nie dorastać i śpiewał „ But now that I’m older / My heart’s colder„.

Posłuchaj

Muzyczne Podsumowanie Roku 2010: Płyty

Nadeszliśmy do finałowej części mojego podsumowania muzycznego. Oto lista 10 płyt, które najchętniej słuchałem w poprzednim roku:

10. Menomena – Mines. Menomena, Menomena, Menomena. Niestety już powoli się rozlatuje, Brent Knopf odszedł ostatnio z ekipy. Ciężko teraz stwierdzić co dalej, czy ich albumy wciąż będą dobre? Możliwe, że będą jeszcze lepsze. Z Mines na początku miałem problemy, owszem album okazał się ciut gorszy od poprzedników, ale po upływie czasu stwierdzam, że nie ma co narzekać. Wciąż zachowują swój rozpoznawalny styl a ich piosenki potrafią wciągnąć. Zabrało ich na mojej liście singli, ale prawda jest taka, że ciężko wyróżnić poszczególne utwory z płyty, gdyż każdy prezentuje zbliżony poziom. Czas pokaże co dalej z jedną z moich ulubionych kapel.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

9. These New Puritans – Hidden. These New Purtitans to jeden z ciekawszych, młodszych zespołów, który w poprzednim roku wydał drugi album. I wcale nie czuć na nim syndromu drugiej płyty, gdyż zachowując jednocześnie swój stary styl potrafili stworzyć interesujący krążek, pełen groźnych melodii idealnie pasujących do jakiegoś filmu akcji. Zajebistość perkusji na albumie to nie wszystko. W podsumowaniu singlowym wyróżniłem już White Chords, ale nie należy zapominać o takim majstersztyku jakim jest We Want War czy też Attack Music. Z pewnością to nie ostatni ich dobry album, trzymamy kciuki.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

8. Deerhunter – Halcyon Digest. Jedyna płyta w zestawieniu, której nie zdążyłem zrecenzować. Nie oznacza to jednak, że nie słuchałem. Bo słuchałem i doceniłem, co można zauważyć właśnie teraz zamieszczając Halcyon Digest w moim top 10. Ok, Bradford Cox znany również z Atlas Sound poraz kolejny potrafił w sposób już ograny chwycić nas za serca i uszy. Mimo wielu sprzeczności na tym albumie jest to dobra muzyka, momentami wręcz świetna. Cox nie schodzi poniżej określonego poziomu. Plus także za oryginalną okładkę.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

7. Arcade Fire – The Suburbs. Po zachwytach nad Funeral, konsternacji przy Neon Bible nadszedł trend na Arcade Fire = siara, oszukali nas itd. A według mnie ekipa z Kanady wciąż ma wiele do powiedzenia. The Suburbs nie jest przejawem słabości, dowodem na nudy w indie i przykładem pomyłki. Nie pomyliliśmy się. Ubóstwianie Funeral nie było chwilowym zaćmieniem, bo ten album wciąż potrafi wzruszyć. Najnowszy album jest przykładem dojrzałości jaka się wkrada w życie członków zespoły. Win Butler już tworzy albumy koncepcyjne, zaczyna od swojej opowieści o życiu na przedmieściu. Robią swoje i w dobie trendu na chillwave i elektronikę potrafię się jeszcze odnaleźć ze swoimi skrzypcami, gitarami i cymbałkami.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

6. Uffie – Sex Dreams and Denim Jeans. Album, który towarzyszył mi w ubiegłe wakacje, dobra muza na imprezy. Grillowanie w mnichu, podróże samochodowe, częstotliwość odtworzeń na słuchawkach. W okresie letnim idealnie się sprawdza, można rozluźnić swój umysł od poważnych sytuacji i przynajmniej na chwile zająć się czymś pierdołowatym, zobaczyć różowe barwy tego świata. Uffie pod tym względem jest zarąbista. I może nie umie śpiewać, ale urok jej głosu przyciąga ucho spragnione fajnych wrażeń. Aczkolwiek jedna piosenka z albumu drażni mój mózg, gdyż ustawiłem sobie ja na budzik i jak ją słyszę to kojarzy mi się z czymś nie spotykanie mało fajnym. Reasumując, od czasu do czasu trzeba wyluzować, polecam do tego Sex Dreams and Denim Jeans.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

5. Wavves – King Of The Beach. Po wyczynach w 2009 roku wszyscy skazywali ich na porażkę, koniec. Tym czasem wrócili w 2010 roku z zajebistą płytą, gdzie hook goni hook. Świetne gitarowe riffy, utwory pełne słońca, plaży i zimnego piwa. Z resztą mieszkając w Kalifornii ciężko się dziwić by miało być inaczej. Z pewnością jest to ich najlepszy krążek w dyskografii, czy jedyny? Tego nie wiem, jednak King of The Beach trzeba było wyróżnić bo jest pełen energii i po prostu dobrych melodii opartych na dzikich gitarach. Słuchając takich hiciorów jak Post Acid czy Green czas upływa przyjemnie.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

4. Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Before Today. Ten koleś się znalazł chyba na każdym podsumowaniu zeszłorocznym. Na Porcysie jeszcze nie ma, ale obstawiam swój szwajcarski zegarek, kradziony z Niemiec, że on tam będzie. Bo faktycznie Before Today to album oryginalny, nietypowy a przy tym wyluzowany, i tak jakby zrobiony dla jaj. Ariel Pink potrafi tworzyć ciekawe melodie, których tutaj jest pełno. I ten albm to nie tylko Round and Round, przecież jest też równie fajny Beverly Kills czy też niemal metalowy Butt House Blondies. To może teraz jakaś trasa koncertowa z Polską?

przeczytaj recenzje / posłuchaj

3. Kanye West – My Beautiful Dark Twisted Fantasy. Chyba najgłośniejszy album ostatniego roku. Może dla niektórych przereklamowana, ale mimo wszystko słychać, że Kanye dał z siebie 100% i z pewnością jest to jeden z jego lepszych krążków, jeśli nie najlepszy. Tego od niego oczekiwaliśmy. Do 10/10 dla mnie jeszcze tutaj trochę brakuje, momentami jest zbyt pompatycznie. Co nie zmienia faktu, że spędziłem z tym albumem wiele jesiennych wieczorów składając meble z bodzia. Poza tym udziela się tutaj tak szeroki zakres wykonawców, że momentami nie ogarniam. Kid Cudi i Raekwon? Bon Iver i Jay Z? I ta fenomenalna Nicki Minaj. Szacun jakby to powiedział Durczok. Kanye moje życzenia na 2011 dla Ciebie: Więcej muzy, mniej filmów.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

2. Sufjan Stevens – The Age Of Adz. Sufjan w poprzednim roku był częstym gościem w moim domu i na słuchawkach. The Age of Adz to album, pełen różnych dźwięków, elektronicznych w znacznej przewadze. Multum okrzyków, trąbek, syntezatorów. Tego jest taki natłok, że nie idzie momentami tego opanować. I ktoś powie, że przesadzone. Może, ale w tym tkwi urok nowego Sufjana, który dalej jest tym samym litewskim chłopaczkiem w czapeczce z skrzydełkami, który potrafi oczarować. I to właśnie tutaj robi, zachwyca. Mówiłem o tych wszystkich dźwiękach, ale i nie brakuje momentów spokojniejszych takich jak świetny Vesuvius. Bardzo udany album w wykonaniu Stevensa, co nie jest wcale niespodzianką. Od niego oczekujemy tylko udanych rzeczy takich jak Seven Swans czy Illinois.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

1. Toro y Moi – Causers of This. I o to nasz zwycięzca, Chaz Bundick, ten smark wraz ze swoim melodyjnym chillwavem. Causers of This mimo, że zupełnie pominięte przez Pitchfork jest najlepszym albumem, który wyszedł rok temu. Gatunek wiele zawdzięcza temu krążkowi, chodź nie zagłębiałem się dalej w temat to Toro y Moi ubóstwiałem od momentu jak tylko go usłyszałem. Punkt kulminacyjny nastąpił w sierpniu podczas OFF Festivalu, wtedy Toro y Moi przy akompaniamencie żywych instrumentów dało świetny występ. Nie jest to oczywiście album dziesiątkowy bo i są pewne uchybienia, nie jest on tak równy jakby mógł być. Nie zmienia to jednak faktu, że w 2010 lepszej płyty nie było.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

Arcade Fire – The Suburbs

Dobrze znane małżeństwa Wina Butlera i Régine Chassagne oraz reszta gromadki pod szyldem Arcade fire wydaje trzeci długogrający album o tytule The Suburbs.

Data wydania płyty (2 sierpnia), okładka z palmą i pierwszy tytułowy kawałek The Suburbs skłaniały mnie do refleksji, że moje wspaniałe Arcade Fire wydaje płytę z typowo letnim, miłym dla ucha graniem. Takim bezrefleksyjnym. A jednak nie bo już drugi utwór na płycie Ready To Start wzbudził moje skojarzenia z starym dobrym Arcade Fire z okresu Funeral a piosenką Power Out. Utwory, które zawiera najnowszy album grupy jest mieszaniną na prawdę różnych piosenek, ale łączy je temat wspomnień o życiu na przedmieściu. Na co już wskazuje sam tytuł krążka. Daje nam wyraźny znak, że mamy do czynienia z typowym koncept-albumem. In the suburbs /I learned to drive /And you told me we’d never survive /Grab your mother’s keys we’re leavin'”.

Różność tego albumu dobrze nam pokazuje już sam opener, który jest milusi, cieplusi i pogodny a zaraz później powiewa nas zimny, chłodnym, arktycznym powietrzem utwór numer dwa. Modern Man i Roccoco to reprezentatywne kawałki dla kanadyjskiego zespołu. Mamy fajne chórki i wszechobecny patos. Zarówno jak na poprzednich płytach tak i na tej mamy do czynienia z podniosłym tonem i wydźwiękiem. Nie brakuje także tych szybkich i zwinnych partii skrzypiec jak w Empty Room jak i tych powolnych z Half Light. Nie zapomnijmy także o klawiszach zmiękczających nogi jak te z Deep Blue oraz trafiających w sedno tekstach: „And now I see/We’re still kids in buses longing to be free”

Płyta cieszy się jak na razie dużym zainteresowaniem i można uznać, że póki co odnosi sukcesy nie tracąc na walorach artystycznych. Fajny był pomysł z różnymi okładkami dla albumu. Poza tym oni są świetnym przykładem ostatniej panującej mody na off. Idealnie tutaj pasują. Jednak nie umniejsza im to, nie nagrali do tej pory niczego słabego. Może niektórym nie przypadła do gustu neonowa biblia, jednak trzeba docenić taki Funeral czy sam mini album Arcade Fire z 2003 gdzie słuchając piosenek mieliśmy jabłkowe serca.

A teraz mamy The Suburbus.Który co by się nie mówiło jest dobrym albumem, z pomysłem i fajnym typowym dla nich brzmieniem do którego nas przyzwyczaili. Fani nie powinni się zawieść, Ci co jeszcze nie zaznali klimatu Funeral doświadczą 63 minuty ciekawej i dobrej muzy zapakowanej estetycznie w 16 kawałkach. Może ta liczba odrzucać ale na pewno album się nie dłuży a wręcz pezeciwnie ta godzinka upływa nam bardzo szybko. Może nie tak szybko jak niektóre wspaniałe momenty życiowe ale jednak w mgnieniu oka mamy już  ostatni utwór The Suburbs (Continued). Z czystym sumieniem polecam 8/10.

Posłuchajcie Ready to start