Muzyczne podsumowanie roku 2019

Tradycyjnie, o tej porze roku pora pożegnać się z rokiem 2019 i przywitać nowy rok. Jak zwykle miałem wiele zaległości recenzenckich, których postanowiłem nie nadrabiać (krejzol ze mnie). Jak zwykle nie przesłuchałem też tyle muzyki, ile chciałem i nie zobaczyłem tylu filmów ile mógłbym. I jak zwykle chciałbym by nowy rok był powrotem do formy pisarskiej. Przede wszystkim bym częściej pisał i częściej odpisywał na e-maile… Z tym, że tym razem postanowiłem potraktować to postanowienie poważnie. Zamykam więc rok podsumowaniem. Oto 10 płyt, które najbardziej przypadły mi do gustu w zeszłym roku.

10. Chance The Rapper – The Big Day. Trochę się bałem tej płyty, ale nie było źle. Ba nawet spoko, skoro się tutaj załapał.

9. James Blake – Assume Form. Pan Blake jest zawsze OK, i niech tak pozostanie.

8. Spielbergs – This Is Not the End. Miły i sympatyczny zespolik z Norwegii odkryty przez Pitchforka. Grają fajnie, ale póki co nie zapuszczają się dalej niż Wyspy i Niemcy.

7. Future – Future Hndrxx Presents: The WIZRD. Future jak to Future, trochę robi się jak Drake. Wydaje często i gęsto, jednak z poziomu póki co jeszcze nie schodzi.

6. FKA twigs: MAGDALENE. Nie zdążyłem napisać o tej płycie na blogu, ale nie tylko o tej!  Nie zmienia to jednak faktu, że ją jak najbardziej propsuje.

5. Kanye West – Jesus is King. Nie wiem na ile te nowe chrześcijańskie oblicze Kanye jest prawdziwe, ale podoba mi się. Dobra mieszanka rapu z muzyką gospel. Często słuchałem w kotłowni podczas palenia w piecu.

4. Kwiaty – Kwiaty. Co tu dużo gadać, najlepszy polski debiut zeszłego roku. Powiecie pewnie Enszałot Huntellaaar, a ja powiem Wam gówno, słuchajcie Kwiatów. Piękna muzyka gitarowa.

3. These New Puritans – Inside The Rose. Bracia Barnett nie nagrywają rzeczy słabych i pokazali to ponownie. Jest klimatycznie, mrocznie i w ich stylu. Warto znać.

2. Tyler, The Creator – Igor. Kolejna kapitalna płyta Pana Okonmy. W ogóle ziomek jest w wyśmienitej formie wydawniczej. Było blisko pierwszego miejsca, ale…

1. Lana Del Rey – Norman Fucking Rockwell! …to jednak bardziej Lana Banana mnie oczarowała. Może dlatego, że się tego wcale nie spodziewałem, że stać ją na to by nagrać tak perfekcyjny, urzekający i piękny album? Wygranie LM przez Porto czy tam inne Ajaxy Amsterdamy zawsze wzbudzi więcej pozytywnych odczuć niż piąty z rzędu tytuł dla Realu Madryt. Zapamiętajcie te słowa – Lana już pewnie nigdy nie nagra takiego albumu, ale póki co to miniony rok należał do niej.

 

Indie Rock prosto z Norwegii – recenzja „This Is Not the End” Spielbergs

Gdy pierwszy raz usłyszałem Spielbergs – pomyślałem, że to musi być kolejny indie rockowy band z Stanów, a dokładniej zachodniego wybrzeża. To chyba jacyś koledzy Nathana Williamsa albo Dylana Baldiego? Zaskoczyło mnie gdy w Pitchforkowej recenzji wyszło, że to trio szaleńców jest z Oslo, czyli stolicy Norwegii.

Skandynawskie muzyczne klimaty bardziej przywołują na myśl gotycki metal. No, ale nie kategoryzujmy – bo Polska w oczach Świata to pewnie „Papaja„, Behemoth i zespół Mazowsze. „This Is Not the End” to ich debiutancki album, jednak rok wcześniej wydali już EP-kę „Distant Star„. Pomimo, że dopiero teraz wydali swój krążek, to jednak ze norweską sceną indie rockową są związani już od dłuższego czasu. Członkowie Spielbergs grywali w różnych zespołach, które miały mniejsze i większe sukcesy. W końcu jednak postanowili nagrywać razem, i to wypaliło!

Ich debiutancki krążek zaczyna się od ostrego garage rocka. „Five On It” z jazgotami gitar w tle przypomina brudniejszą wersję Cloud Nothings. Kolejny „Distant Star” oraz „NFL” spokojnie mogliby zagrać Wavves i nikt by się nie zorientował. Jednak im dłużej słuchamy bandu to słyszymy, że ich inspiracje sięgają post-rocka i zespołów pokroju Japandroids czy też The Replacements. Przy „Familiar” oraz „You All Look Like Giants” zespół nieco zwalnia tempa. Jednak nie na długo bo już następny w kolejce, punkowy „Bad Friend” daje nam wycisk. Cenię ich poczucie humoru za nazwanie piosenki „McDonald’s (Please Don’t Fuck up My Order)” a sam utwór to 7 minutowy, instrumentalny hołd dla takich zespołów jak Mogwai, GY!BE czy też Swans. Jest też kołysanka „Sleeper” a całość kończy patetyczny „Forevermore„.

Słychać, że norweskie trio na swoim debiutanckim długograju odrobiło lekcje z klasyki post-rocka i indie rocka. Z miłą chęcią wyłapywałem te wszystkie nawiązania do amerykańskiej i brytyjskiej sceny gitarowej na „This Is Not the End„. Jednak najważniejsze, że Spielbergs nie są tylko kalką, ale dodają sporo świeżości tej muzyce. Norwedzy mają świetne pomysły, oryginalną (aczkolwiek kiepsko googlującą się) nazwę zespołu, mnóstwo energii oraz biorą przykład z najlepszych. Dlaczego by ich nie polubić? Sprawdźcie koniecznie „This Is Not the End„. Mam nadzieję, że to faktycznie nie koniec i usłyszymy jeszcze coś tak wyśmienitego spod ich ręki. Ocena: 8/10.