
Pewnie wiecie z moich wpisów na tym blogu jak wielkim fanem jestem twórczości Nathana Williamsa i spółki. Od dawna wyczekiwałem na koncert grupy z San Diego w naszym kraju. Niestety, bezowocnie. Od odwołania występu Wavves na OFF Festivalu w 2009 roku zespół nigdy nie pojawił się na żadnym wydarzeniu w Polsce. W zeszłym roku wziąłem sprawy we własne ręce, i stwierdziłem, że „Mahomet pójdzie do góry”. Oczywiście nie wpadłem na szalony (acz ciekawy i pozostający w sferze marzeń) pomysł by wybrać się do Stanów Zjednoczonych, ale kupiłem bilety na ich trasę europejską do najbliższego miasta, którą okazała się stolica Niemiec.
Plan wydawał się idealny, gdyż koncert połączyłem z krótkim urlopem podczas ferii zimowych w mieście, które zawsze chciałem odwiedzić ze względu na jego historię i wpływ na kulturę. Generalnie Berlin w lutowo-roztopowej aurze nie skradł mojego serca, jednak koncert Wavves już tak. Całkiem możliwe, że nie będę obiektywny w swojej ocenie, ale co tam. Ten koncert zapamiętam jako niezapomniane wydarzenie obok takich występów jak chociażby Radiohead w Poznaniu czy też Muse w Łodzi. Ale po kolei, od początku.
Wydarzenie odbywało się w Urban Spree we wschodnim Berlinie. Jest to połączenie galerii sztuki (takiej bardziej ulicznej) ze miejscem spotkań i niewielkiej wielkości salą koncertową i barem. Wavves na trasie grali bez supportu, a wcześniejsze występy w Wielkiej Brytanii czy takich miastach jak Stambuł czy Amsterdam pokazywały, że grają zawsze ten sam zestaw 18 piosenek dający około godzinny koncert. Tak też było i w Berlinie. Koncert przesunął się o dobre półgodziny, a w tym czasie miałem okazję zapoznać się z niemieckim post-punkiem (całkiem dobrym!). Gdy tylko weszli na scenę i rozpoczęły się pierwsze dźwięki „Way Too Much” zrozumiałem dlaczego pod samą sceną było więcej miejsc wolnych niż na samym końcu klubu. W dosłownie kilka sekund rozpoczęło się pogo i noszenie na rękach wyskakujących ze sceny ludzi. Wydaje mi się, że nie byli to fani Wavves a stali bywalcy, którzy przychodzą tutaj się wyszaleć. Nie mniej doświadczony o polskie koncerty, wiem, że na taką dziką zabawę trzeba poczekać przynajmniej jeden-dwa utwory. Tutaj nie trzeba było czekać wcale. No, ale to Wavves i tutaj musi być dziko i tak też było!
Wspominałem, że setlista była stała i z jednej strony to dobrze, bo była idealna. Z drugiej strony szkoda, gdyż brakowało elementu zaskoczenia. Pomimo, że był to koncert promujący ich najnowszy album „Spun” to nie grali za wiele utworów z tego wydawnictwa. Wybrali trzy najlepsze: „So Long„, „Goner” oraz „Busy Sleeping„. Reszta utworów to ich najlepsze hity z ich najlepszych płyt. Zabrakło jakiekolwiek utworu z „Hideaway” z 2021 roku, a najwięcej reprezentantów miał oczywiście „King of The Beach”. Cieszy także fakt, że grupa chętnie gra utwory z płyty „V„, bo jest tam wiele perełek, które idealnie sprawdzają się na żywo. Podobnie ma się sytuacja z płytą „Afraid of Heights„. Znalazło się miejsce także dla „So Bored” z debiutanckiego „Wavves„, „Nine is God„, które znalazło się w soundtracku gry GTA V oraz jeden premierowo nowy utwór „Bozo„.
Nathan Williams był przeziębiony, jednak nie dało się tego odczuć. Koncert był tak samo energiczny jak poprzednie, które grali na tej trasie. Przyznam szczerze, że obawiałem się, że wokalnie i muzycznie nie będzie to ta sama energia, co na płytach. Zwłaszcza, że widziałem kilka ich występów na żywo w internecie i nie były one muzyczną ucztą. Na szczęście myliłem się i było dużo lepiej! Zespół brzmiał perfekcyjnie, a Nathan Williams na żywo (w chorobie) dawał radę. Pięknie było usłyszeć moje ukochane utwory jak „Demon To Leon On„, „My Head Hurts” czy też „Green Eyes„. Co prawda, nie było żadnego bisu a kontakt z publiką ograniczał się do krótkich wtrąceń typu: „Dawno nas tu nie było” czy też „To najnowszy utwór”. Jednak udało mi się z chłopakami zamienić słowo po koncercie, zrobić wspólne foto i zebrać podpisy na płycie. Dlatego też, wolę tego typu kluby na koncerty, ze względu na ich kameralność i bliskość z artystą. Wydaje mi się, że tylko ja przejechałem 500 km w jedną stronę do tego klubu specjalnie na koncert, ale zrobiłbym to ponownie z prostego powodu.. bo było warto! A czy pojadę jeszcze na Wavves? Gdy tylko nadarzy się okazja, bo jak kiedyś tu wspominałem jednym z moich marzeń jest napić się piwa z Nathanem Williamsem. Może będzie okazja wypróbować nasze rodzime smaki? Mam nadzieję.



