Wavves – Berlin, 24.02.2026

Pewnie wiecie z moich wpisów na tym blogu jak wielkim fanem jestem twórczości Nathana Williamsa i spółki. Od dawna wyczekiwałem na koncert grupy z San Diego w naszym kraju. Niestety, bezowocnie. Od odwołania występu Wavves na OFF Festivalu w 2009 roku zespół nigdy nie pojawił się na żadnym wydarzeniu w Polsce. W zeszłym roku wziąłem sprawy we własne ręce, i stwierdziłem, że „Mahomet pójdzie do góry”. Oczywiście nie wpadłem na szalony (acz ciekawy i pozostający w sferze marzeń) pomysł by wybrać się do Stanów Zjednoczonych, ale kupiłem bilety na ich trasę europejską do najbliższego miasta, którą okazała się stolica Niemiec.

Plan wydawał się idealny, gdyż koncert połączyłem z krótkim urlopem podczas ferii zimowych w mieście, które zawsze chciałem odwiedzić ze względu na jego historię i wpływ na kulturę. Generalnie Berlin w lutowo-roztopowej aurze nie skradł mojego serca, jednak koncert Wavves już tak. Całkiem możliwe, że nie będę obiektywny w swojej ocenie, ale co tam. Ten koncert zapamiętam jako niezapomniane wydarzenie obok takich występów jak chociażby Radiohead w Poznaniu czy też Muse w Łodzi. Ale po kolei, od początku.

Wydarzenie odbywało się w Urban Spree we wschodnim Berlinie. Jest to połączenie galerii sztuki (takiej bardziej ulicznej) ze miejscem spotkań i niewielkiej wielkości salą koncertową i barem. Wavves na trasie grali bez supportu, a wcześniejsze występy w Wielkiej Brytanii czy takich miastach jak Stambuł czy Amsterdam pokazywały, że grają zawsze ten sam zestaw 18 piosenek dający około godzinny koncert. Tak też było i w Berlinie. Koncert przesunął się o dobre półgodziny, a w tym czasie miałem okazję zapoznać się z niemieckim post-punkiem (całkiem dobrym!). Gdy tylko weszli na scenę i rozpoczęły się pierwsze dźwięki „Way Too Much” zrozumiałem dlaczego pod samą sceną było więcej miejsc wolnych niż na samym końcu klubu. W dosłownie kilka sekund rozpoczęło się pogo i noszenie na rękach wyskakujących ze sceny ludzi. Wydaje mi się, że nie byli to fani Wavves a stali bywalcy, którzy przychodzą tutaj się wyszaleć. Nie mniej doświadczony o polskie koncerty, wiem, że na taką dziką zabawę trzeba poczekać przynajmniej jeden-dwa utwory. Tutaj nie trzeba było czekać wcale. No, ale to Wavves i tutaj musi być dziko i tak też było!

@paweuu.alternativ

koncert grupy Wavves w Berlinie, w klubie Urban Spree 24.02.2026 #wavves #berlin #urbanspree #indierock

♬ My Head Hurts – Wavves

Wspominałem, że setlista była stała i z jednej strony to dobrze, bo była idealna. Z drugiej strony szkoda, gdyż brakowało elementu zaskoczenia. Pomimo, że był to koncert promujący ich najnowszy album „Spun” to nie grali za wiele utworów z tego wydawnictwa. Wybrali trzy najlepsze: „So Long„, „Goner” oraz „Busy Sleeping„. Reszta utworów to ich najlepsze hity z ich najlepszych płyt. Zabrakło jakiekolwiek utworu z „Hideaway” z 2021 roku, a najwięcej reprezentantów miał oczywiście „King of The Beach”. Cieszy także fakt, że grupa chętnie gra utwory z płyty „V„, bo jest tam wiele perełek, które idealnie sprawdzają się na żywo. Podobnie ma się sytuacja z płytą „Afraid of Heights„. Znalazło się miejsce także dla „So Bored” z debiutanckiego „Wavves„, „Nine is God„, które znalazło się w soundtracku gry GTA V oraz jeden premierowo nowy utwór „Bozo„.

Nathan Williams był przeziębiony, jednak nie dało się tego odczuć. Koncert był tak samo energiczny jak poprzednie, które grali na tej trasie. Przyznam szczerze, że obawiałem się, że wokalnie i muzycznie nie będzie to ta sama energia, co na płytach. Zwłaszcza, że widziałem kilka ich występów na żywo w internecie i nie były one muzyczną ucztą. Na szczęście myliłem się i było dużo lepiej! Zespół brzmiał perfekcyjnie, a Nathan Williams na żywo (w chorobie) dawał radę. Pięknie było usłyszeć moje ukochane utwory jak „Demon To Leon On„, „My Head Hurts” czy też „Green Eyes„. Co prawda, nie było żadnego bisu a kontakt z publiką ograniczał się do krótkich wtrąceń typu: „Dawno nas tu nie było” czy też „To najnowszy utwór”. Jednak udało mi się z chłopakami zamienić słowo po koncercie, zrobić wspólne foto i zebrać podpisy na płycie. Dlatego też, wolę tego typu kluby na koncerty, ze względu na ich kameralność i bliskość z artystą. Wydaje mi się, że tylko ja przejechałem 500 km w jedną stronę do tego klubu specjalnie na koncert, ale zrobiłbym to ponownie z prostego powodu.. bo było warto! A czy pojadę jeszcze na Wavves? Gdy tylko nadarzy się okazja, bo jak kiedyś tu wspominałem jednym z moich marzeń jest napić się piwa z Nathanem Williamsem. Może będzie okazja wypróbować nasze rodzime smaki? Mam nadzieję.

Najbardziej wakacyjna płyta tego roku – recenzja albumu „Spun” Wavves

1442 dni a bardziej precyzyjnie 2 076 480 minut. Tyle czekałem na nową płytę od amerykańskiego zespołu Wavves. Ich najnowszy, ósmy krążek ukazał się paręnaście dni temu 27 czerwca tego roku. To, że jestem mega fanem ich twórczości wiecie przy okazji recenzowania ich każdej płyty. Dlatego też z utęsknieniem czekałem, aż Nathan Williams skończy głaskać psy i koty, odłoży browara w kąt i weźmie w końcu się za robotę!

No i doczekałem się albumu „Spun„, który od początku roku zapowiadał singiel „Goner„. Już po pierwszym odsłuchu wiedziałem, jakiej płyty należy się spodziewać. Zwłaszcza, że za produkcję tego utworu odpowiedzialny był Travis Barker z blink-182. Pierwszy singiel to typowy kalifornijski pop-punk oparty na prostych chwytach, który od początku wpada w ucho. Podobnie ma się prawa z drugim utworem dopieszczonym przez perkusistę blink-182 – „Way Down„. To drugi singiel z krążka, który ponownie łączy popowe melodie z punkową gitarą i perkusją. Przyznam szczerze, że najbardziej jednak przypadł mi do gustu utwór „So Long„, który najbardziej mi przypomina Wavves z okresu wydania płyty „V„. Jest tutaj mocny refren, który z miejsca działa i klimat typowego Wavves, który zawsze działa o tej porze roku.

Należy jednak zwrócić uwagę, że „Spun” to generalnie bardzo bezpieczny materiał. Założenie było proste, nagrywamy letni garażowy rock. Wystarczy wsłuchać się w takie utwory jak „Busy Sleeping” czy nawet otwierający całość „Spun” by o tym się przekonać. Co prawda, Williams śpiewa, że lato się kończy i robi się chłodniej… jednak dźwięki sugerują zupełnie coś innego. Z całą pewnością nie jest to nawet zbliżenie się do poziomu „King of the Beach” czy też „Afraid of Heights„. Nie jest to także próba znalezienia czegoś nowego jak w przypadku „Hideaway„. To album na zasadzie fanserwisu, który z całą pewnością zadowoli oddanych fanów grupy, jednak na pewno nie przyciągnie im nowych. Bo z całą moją miłością dla bandu z San Diego, to trzeba przyznać, że nie jest to płyta roku, ani nawet poziom na TOP100. Od premiery słuchałem tego krążka namiętnie i idealnie pasował do otaczającej aury. Gdy wróciłem do niego po paru dniach z powrotem, nie znalazłem niczego więcej jak przyjemnego, letniego grania. No, ale nie oczekiwałem niczego więcej. Tęskniłem po prostu za starym, dobrym Wavves i to otrzymałem, dlatego też jestem zadowolony ze świadomością, że chłopaki nie podbili rynku muzycznego tą płytą.

Czy warto sięgnąć po „Spun„? Oczywiście tak, nawet jak nie jesteście takimi psychofanami jak ja to znajdziecie tutaj sporo przyjemności. Zwłaszcza, że jest lato i jest to idealny podkład do samochodowej wyprawy czy nawet imprezowego grilla. Poza tym każda nowa płyta, to także okazja do trasy koncertowej. Niestety Wavves ponownie omija nasz kraj, a w zasadzie cała ich europejska trasa nie jest jakoś zbytnio rozbudowana… Jednak postanowiłem wziąć sprawy we własne ręce. I jeżeli góra nie przyszła do Mahometa, to Mahomet przyszedł do góry. Nie oznacza to, że jadę do San Diego w stanie Kalifornia, ale kupiłem już bilety na ich przyszłoroczny koncert w Berlinie. Także jak to powiedział pewien polityk: „für Deutschland” i widzimy się 24 lutego w Rajchu. A „Spun” trochę z sympatii naciągam ocenę do siódemki.

Ocena: 3.5 na 5.

Popowa twarz Nathana Williamsa – recenzja „Hideaway” Wavves

Tradycyjnie nie mogło również zabraknąć na blogu recenzji najnowszej płyty Wavves. Mimo, że od premiery mija prawie pół roku to nadrabiam zaległości i śpieszę donieść o najnowszej propozycji od Kalifornijczyków.

O tym, że jestem gigantycznym fanem grupy wiadomo od dawna. Co jakiś czas daje o tym znać na blogu przy okazji premiery kolejnych płyt od Nathana Williamsa. Nie mniej w ocenie płyty nie jestem zaślepiony swoją miłością do grupy, także nie jest to laurka od szesnastoletniej groupies. Tradycyjnie także w tym miejscu zaapeluje by grupa wpadła do Polski na koncert, najlepiej tej południowej. Jakoś wciąż nie mogę przeboleć tego odwołanego występu z Off Festivalu 2009… Przejdźmy jednak do sedna tematu, czyli płyty.

Hideaway” to już siódmy album grupy. Tym razem Williams i spółka prezentują na nim bardziej popowe oblicze. Brzmienie piosenek jest złagodzone, brakuje tutaj dotychczasowego punkowego grania i psychodelicznych odlotów. Jest to muzyka do samochodu, a nie do picia alkoholu z kumplami i jeżdżenia na deskorolce. Williams odwołuje się tutaj do klasycznego, balladowego amerykańskiego rocka. Takie piosenki jak: „Caviar” czy też „Honeycomb” to potwierdzają. Co więcej Williams chyba dużo czasu spędził na pustyni pisząc te utwory, gdyż znajdziemy tutaj nawet elementy country w „The Blame„.

Co więcej, zdaje się, że Wavves zaczyna uderzać także w bardziej mainstremowe tony tworząc przyjazne radiu single w postaci tytułowego „Hideaway” czy też „Sinking Feeling„. Po zmianie kierunku przez takie grupy jak Cold War Kids czy też Arcade Fire nie zdziwiłoby by mnie zbytnio, gdyby zaczęli grać w radiu Zet Wavves. Jednak nie jest to jeszcze pełna metamorfoza, gdyż stary, dobry Wavves znajdziemy pod koniec płyty w „Planting a Garden” i „Marine Wife„.

Generalnie płyta jest OK. Jest letnio, melodyjnie i przyjemnie. Materiał trwa ledwie pół godziny, także warto się zapoznać. Nie mniej i tak w tym roku częściej słuchałem pamiętnego „King of The Beach„. Ocena: 6/10.