W dniach 21-24 lipca 2022 w Katowicach odbędzie się kolejna edycja festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Do line-upu wydarzenia dołączyli nowi artyści, którymi są: The Cinematic Orchestra, Scream oraz Tymek/Urbański. Co więcej w Katowickiej Strefie Kultury pojawią się także: Moderat, Anna Calvi, Ralph Kaminski, Fisz Emade Tworzywo, Rad Axes, Donatto Dozzy, Trupa Trupa, Wczasy, Hoda, Zdechły Osa, Andy Scott, Szczyl, Shards, The Bug feat Flowden i wielu innych.
Miałem okazję do tej pory brać udział w czterech edycjach festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice i za każdym razem było to wspaniałe muzyczne wydarzenie. Jeżeli poszukujecie zabawy na wysokim poziomie w industrialnym klimacie to jest to festiwal dla Was.
Prawdę powiedziawszy nie słuchałem w minionym roku za wiele nowej muzyki. Pewien wewnętrzny obowiązek i wieloletnia tradycja nakazuje mi rozpocząć nowy rok klasycznym muzycznym podsumowaniem. Dlatego też zestawienie to będzie mocno subiektywnym zlepkiem płyt, które po prostu najwięcej mi towarzyszyły w minionych 12 miesiącach. A postanowienie na nowy rok? Takie jak zawsze. Więcej słuchać dobrej muzyki i więcej nią się dzielić na blogu. Mam nadzieję, że w 2022 roku spotkamy się tutaj jeszcze wiele razy.
10. Rysy – 4 Get. Rysy zachwycały mnie już w 2015 roku, jednak kolejny ich krążek ukazał się dopiero 6 lat po debiucie. Warto było czekać bo to porządna dawka muzyki elektronicznej. W tym roku sporo słuchałem techno, jednak to Rysy najbardziej mnie urzekły. Producencki duet z Warszawy ma talent to mieszania gatunków, gdyż za sprawą występów gościnnych otrzymujemy ciekawą mieszankę z pogranicza techno, popu i alternatywy.
9. Dry Cleaning: New Long Leg. Jeden z ciekawszych debiutów tego roku. Brytyjski band zabiera nas w podróż po historii post-punku, dodając wiele od siebie. Myślę, że warto dodać do ulubionych.
8. Playboi Carti – Whole Lotta Red. Tego typu rapsy coraz mniej mnie porywają. Ogólnie rap nie stał u mnie wysoko w tym roku, jako gatunek. Nie mniej propsuje. Bo to esencja, która zahacza o coraz szersze kręgi. A sam Playboi Carti może z czasem wyrosnąć na ciekawą postać na zachodniej scenie muzycznej.
7. Lana Del Rey – Chemtrails Over The Country Club. Del Rey Lana musiała się zmierzyć z legendą swojej ostatniej płyty. Wciąż wracam do „Norman Fucking Rockwell!” bo to absolutny już klasyk Pop. Jej następczyni niestety nie przebija NFR, ale nie ma co się łudzić. To było zadanie nie do wykonania. Nie mniej wokalistka wciąż ma to coś.
6. Lost Girls – Menneskekollektivet. O norweskim duecie Jenny Hval – Håvard Volden nie było okazji wspomnieć na blogu. Mimo, że „Menneskekollektivet” to debiutancki krążek to słuchając go ma się wrażenie, że z Lost Girls znamy się już od lat. Niby tylko 5 utworów, ale całość trwa tyle co połowa piłkarskiego meczu. Jest psychodelicznie, nieco transowo, mrocznie, czasami dziwnie. Jak to na Skandynawii. Ja nie byłem, ale znam kogoś kto był i opowiedział to i owo. Dobra opcja na długie wieczory, dopasuje się, ale nie poprawi zimowej chandry.
5. The War on Drugs – I Don’t Live Here Anymore. Wydawało mi się, że zespól z Filadelfii pozostanie bandem jednej płyty. Szumu wokół „Lost in The Dream” było sporo, ale w końcu ustał. Zespołowi jednak udało się powrócić. I wiecie co? Ten nowy album wydaje mi się nawet lepszy niż, ten mocno hajpowany z 2014 roku…
4. Tyler, The Creator – Call Me If You Get Lost. Wydaje mi się, że Gregory Okonma nieco spuścił z tonu w tym roku. Jednak może mi się tylko wydawać, gdyż jego ostatnie albumy „Igor” czy też „Flower Boy” to zajebiście wysoko postawiona poprzeczka. Nie można wiecznie nagrywać najlepszych płyt, ale to, że wciąż jest w czołówce wiele o nim mówi.
3. Wczasy – To Wszystko Kiedyś Minie. Ładnie nam duet Bartłomiej Maczaluk i Jakub Żwirełło rozwinął się w minionym czasie. Już ich wczesne utwory i cała płyta „Zawody” pokazywały, że chłopaki potrafią w dobre, proste melodie. Wciąż jest śmieszno-smutnie, czyli w sumie tak jak najbardziej lubię. Bo kto mieszka w Polsce to z cyrku się nie śmieje, ale już słuchając tekst „Polska (serce rośnie)” może lekko się uśmiechnąć. Albo może uronić łzę? Sam nie wiem. W 2021 też tylko rzucałem kamyki do jeziora i nie byłem na wyprawie katamaranem, także kumam te klimaty. No, ale chłopaki obiecują, że to wszystko kiedyś minie. Pozostaje zaufać, że tak będzie.
2. Deafheaven – Infinite Granite. W minionym roku grupa z San Francisco często u mnie gościła w głośnikach. A ich rodzime miasto nadal jest w mojej czołówce miast za oceanu, które chciałbym odwiedzić. Można więc powiedzieć, że z Deafheaven mam sztamę. Pomijając jednak całą moją sympatię do chłopaków to uważa, że obrali właściwy kierunek na „Infinite Granite„. Ich blackgaze to coraz więcej shoegaze i post rock niż black metal i screamo hardcore. Co prawda lubię jak grają „ostro”, darcie ryja, podwójna stopa i te klimaty są dla mnie OK, jednak skoro mają potencjał w ładne melodie, to czemu nie?
1. Slowthai – TYRON. Pierwsze półrocze należało do angielskiego rapera. Singiel „Feel Away” wałkowałem na okrągło. Aż żona mi ciągle mówiła: „Znowu oglądasz ten teledysk, gdzie zjadają bobo z ciasta?” No, ale jak tu nie słuchać jak to taka piękna i zajebista piosenka za razem? Pozostałe też nie są gorsze, zwłaszcza te nagrane ze Skeptą i Rakimem Mayersem, znanym szerzej jako A$AP Rocky. Generalnie, za sprawą „TYRONA” doceniłem mocniej Slowthaia i zapoznałem się lepiej z jego wcześniejszą twórczością. Warto, gdyż facet ciągle się rozwija. No i mimo, że jest bardzo bezpośredni, to chyba nie da się go nie lubić.
Na temat ostatniego i zarazem debiutanckiego krążka grupy Wczasy rozpisywałem się ponad programowo TUTAJ. Tym razem stawiam na zwięzłość i prostotę, zupełnie jak duet Bartłomiej Maczaluk – Jakub Żwirełło. Dlatego poniżej w paru zdaniach dlaczego „To wszystko kiedyś minie” jest w pytkę.
Po pierwsze Wczasy ponownie wygrywają w sferze lirycznej. Inteligentnie, z przekąsem i ironią opisują widoki widziane za okna. W tym aspekcie prym wiedzie singiel „Polska (serce rośnie)” gdzie zespół śpiewa: „To Polska! Czyste rzeki i jeziora / Bo każdy sprząta po sobie / Nawet psy załatwiają się w torebkę / A ja wdycham świeże powietrze„. A to tylko fragment, bo każdy wers jest tutaj złotem ironii. Poza tym grupa ponownie wchodzi w problemy egzystencjalne i społeczne przypominając o nierównościach w piosence „Nie dla nas„. Nie zabrakło również motywu odrzucenia w piosence „Pogoda„, gdzie zespół śpiewa „Byłaś mi pisana, byłaś, byłaś / Ale to już koniec / Wykasujesz mój numer, ja nigdy nie zadzwonię„. Są również bardziej optymistyczne piosenki jak chociażby „Tak pięknie” czy też „Tyle słów„. Z tym, że kiedy Jakub Żwirełło śpiewa” „Więc nie martw się mała / To wszystko kiedyś minie” to nie czuje się spokojnie o to, że tak faktycznie będzie…
Drugi aspekt to muzyka. Przy kompozycjach pomagał Piotr Maciejewski z Much, i to słychać. Zespół ładnie porusza się w syntezatorowych brzmieniach lat 80. Siła brzmienia tkwi w gitarowych wstawkach, prostych rytmach no i elektronicznych odniesieniach do epoki new romantic. Słychać, że zespół pod tym względem się rozwinął. Imponująca jest także lista gości na płycie. Usłyszymy tutaj m.in. dziewczyny z Enchanted Hunters, Iwonę Skwarek z zespołu Rebeka (Z którą już w tym roku wydali wampiryczny singiel „Czy wiesz już?”) czy też EURODANEK.
Podsumowując Wczasy udowadniają, że wciąż mają wiele do powiedzenia. Chyba nie będzie przesadą, gdy powiem, że to najciekawszy polski zespół ostatnich lat. I nie mówię tego, dlatego, że jestem ich ogromnym fanem. Duet Bartłomiej Maczaluk – Jakub Żwirełło trafnie opisuje obecną rzeczywistość w naszym kartonowym kraju i w dodatku ma dar do przyjemnych dla ucha elektronicznych brzmieniach. Tym czasem daje ocenę 8/10 i zapraszam ponownie do Mikołowa.