Podsumowanie dekady. Najlepsze płyty z lat 2011-2020 część 2

Kwiaty – Kwiaty (2019). Jedna z lepszych gitarowych pozycji w ostatnim czasie. Grupa Kwiaty idealnie miesza shoegaze, dream-pop, post-rock z elementami punk rocka. Ich kompozycje stoją na wyjątkowo wysokim poziomie i bardzo ładnie odkrywają przed nami brzmienia z lat 80 i 90. Jednak wisienką na torcie jest postać wokalistki grupy – Maii Andrzejewskiej, której hipnotyczny i energiczny wokal uwodzi nasze uszy. Z całą pewnością warto znać.

Lana Del Rey – Norman Fucking Rockwell! (2019). Ostatnia płyta amerykańskiej wokalistki była moim ulubionym muzycznym wydawnictwem 2019 roku. Świetne melodie łączą się tutaj z dobrze napisanymi kompozycjami. Rozsądnie wymieszane gatunki muzyczne ponownie dały dobry efekt. A sama pani Del Rey zaskoczyła mocno, bo nie spodziewałem się po niej już niczego wielkiego. Jak dobrze się mylić! Zwłaszcza, że to jej zdecydowanie najlepsze dzieło. Popowa melodyjność i dojrzałość wokalistki to w tym przypadku czynniki decydujące. O takich płytach pamięta się długo.

Mac DeMarco – Salad Days (2014). Pepperoni playboy (Tak go ochrzcił Pitchfrok) miał mocno udaną minioną dekadę. Od momentu debiutu w 2012 roku, każde jego nowe wydawnictwo przykuwało uwagę słuchaczy i krytyków muzycznych. Aparycja dobrego kumpla, namiętne palenie viceroy’ów oraz fajne poczucie humoru Vernora to dodatek do jego muzyki. A ta jest kapitalna. „Salad Days” to mój ulubiony krążek Amerykanina. Nieśpieszne, leniwe acz klimatyczne melodie to idealny podkład w zasadzie do wszystkiego. W zasadzie do samego chilloutu wystarczy ten longplay, dlatego śmiało możecie odstawiać używki. Czuć tutaj nawet dym viceroyów.

Miguel – Wildheart (2015). Co prawda Miguel Jontel Pimentel debiutował już w 2010 roku albumem „All I Want Is You„, jednak szerszą uwagę przykuł (w tym moją) dzięki „Kaleidoscope Dream„. Melodyjne, wciągające z nowoczesnym podejściem R’n’B miało w tym momencie sens dzięki tej płycie. Ja jednak postanowiłem wyróżnić „Wildheart„, które ukazało się trzy lata później. Następca kalejdoskopowego snu nie dość, że miał wszystkie pozytywne cechy krążka z 2012 roku to jeszcze dodatkowo wyróżniał się dojrzałością w tworzeniu oraz aż kipiał seksem. Być może wokalista z San Pedro bo zdobyciu sławy miał bujne stosunki z kobietami, stąd ta dzikość serca. Poza tym zobaczcie sobie jego występy live, chłopak lubi ten sport. Albo po prostu odpalcie sobie jego albumy – to bardzo dobra muzyka.

Mitski – Be The Cowboy (2018). Pół amerykanka, pół japonka na rynku muzycznym funkcjonuje od 2012 roku, jednak większy rozgłos zyskała za sprawą „Puberty 2” z 2016 roku. Gdy zagłębimy się w twórczość artystki to zauważymy, że nieustanie, od początku się rozwija. Efektem tego jest „Be The Cowboy” z 2018 roku, które jest jej najdoskonalszym dziełem. Wspaniałe kompozycje mieszają gatunki i style, a sama Mitski Miyawaki w porosty sposób śpiewa o samotności. Tytuł może być mylący, gdyż nie znajdziemy tutaj za wiele muzyki country. Dokopiemy się za to do wielu fajnych pomysłów i momentów.

Moses Sumney – Græ (2020). Drugi w kolekcji album artysty z Asheville w Północnej Karolinie dowodzi, że mamy do czynienia z nietuzinkową postacią w alternatywnej muzyce. „Græ” to zbiór eksperymentalnych 20 utworów rozłożonych na dwa krążki. Sumney przeprowadza nas przez dźwięki art popu, awangardy, jazzu, folku czy też soulu i r’n’b. Co więcej swój udział przy krążku mieli James Blake i Thundercat, a to chyba już spora rekomendacja.

My Bloody Valentine – m b v (2013). To jedna z tych płyt o której mówiło się od lat. Ba, od dekad. Po wydaniu w 1991 roku opus magnum dla całego gatunku shoegaze „Loveless” zespół z Irlandii zapadł w śpiączkę wydawniczą. Dlatego też wydanie kontynuacji po 22 latach przerwy było ogromnym wydarzeniem. Osobiście uważam, że MBV nie przebili poprzedniczki, ale sprostali oczekiwaniom fanów i krytyków muzycznych. „m b v” to najważniejszy album z tamtego czasu i nie ma możliwości, by lista podsumowująca dekadę mogłaby nie zawierać tego longplaya. Irlandczycy udowodnili, że dalej potrafią w te klocki, mimo, że Kevin Shields i reszta paki to ludzi już po 50.

Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately (2020). Nie mogło zabraknąć w zestawieniu mojego numeru jedne z minionego roku! Perfume Genius był w ostatnim czasie nieco przeze mnie zapomniany, jednak gdy tylko usłyszałem „Set My Heart On Fire Immediately” to wiedziałem, że ta historia potrwa dłużej. Piękne, chwytające za serce piosenki to zestaw intymnych historii Michaela Aldena Hadreasa, który potrafi zachwycić, ale i wzruszyć. Szorstkość gitar ładnie się tutaj komponuj z łagodniejszymi melodiami klawiszowo-smyczkowymi. Natomiast sam wokalista jest tutaj w centrum uwagi, i słusznie. Wyrosła nam kolejna wspaniała gwiazda alternatywnego grania.

PRO8L3M – Art Brut (2014). Recepta sukcesu tej płyty była bardzo prosta. Mixtape PRO8L3MU to mieszanka starych polskich hitów takich jak chociażby „Zaopiekuj się mną„, „Małe Jeziora” czy też „Aleja Gwiazd„, wstawek dialogów z starych polskich filmów („Wielki Szu„, „Va Banque„) oraz ulicznych historii rapowanych przez Oskara. Prawdopodobnie najlepsza polska rap płyta minionej dekady, ale trzeba głównie docenić produkcje Steeza, który fenomenalnie zgrał te polskie klasyki z nowoczesnym rapem. Koncepcja ta była na tyle słuszna, że hip-hopowy duet postanowił do niej wrócić wydając album „Art Brut 2„.

Pusha T – Daytona (2018). Raper z Nowego Jorku, który zaskarbił moją sympatię nie tylko dlatego, że zdarza mu się występować w czerwono-czarnym trykocie Milanu nagrał płytę prawie idealną. „Daytona” to niby tylko siedem utworów, ale ile w tym siły! 21 minut czystego złota. Świetne beaty, zwłaszcza w otwierającym całość  „If You Know You Know” łączą się tutaj z dobrą nawijką rapera, który udowadnia, że dobrze odnajduje się nie tylko na featuringach. Mam nadzieję, że płytę przesłuchał Drake i uświadomił, że czasami lepiej iść w jakość, niż ilość.

Queens of The Stone Age – …Like Clockwork (2013). Wydawać by się mogło, że QOTSA to już tylko echo przeszłości. Ostatnie płyty nie dawały nadziei na zmianę odczuć i w zasadzie z nostalgią wspominało się „Rated R” czy też „Songs For The Deaf”. Na szczęście ukazało się „…Like Clockwork”, które dało drugie życie Joshowi Homme’owi i ekipie. Świetne rockowe kompozycje cechowała nabrana dojrzałość twórców oraz dawno zapomnianą energię. To gitarowa perełka, która na stałe się wpisała do kanonu.

Radiohead – A Moon Shaped Pool (2016). Co prawda ostatni longplay radiogłowych zawiera całkiem sporo piosenek, które są znane fanom zespołu już od dawna. Jednak odświeżenie „True Love Waits” czy też „Burn The Witch” ładnie skomponowało się tutaj z nowymi utworami. Thom Yorke i spółka to klasa sama w sobie, jednak w minionej dekadzie nie rozpieszczali słuchaczy swoją muzyką. Dlatego też tym bardziej cieszy sukces i jakość „A Moon Shaped Pool„. Prawda jest, że krążek ten w żaden sposób nie może konkurować z najlepszymi płytami grupy. Mimo to dobrze jest słyszeć, że wciąż potrafią stworzyć dobrą muzykę, pomimo tego, że robią to coraz rzadziej…

Raime – Quarter Turns Over A Living Line (2012). Ambient i techno nie były przeze mnie zbytnio ekspandowane w minionej dekadzie. A szkoda. Nie zmienia to jednak faktu, że dokopałem się do paru perełek w tym gatunku i jedną z nich jest album „Quarter Turns Over A Living Line” wypuszczony przez brytyjski duet Raime. Krążek jest mocno mroczny i klimatyczny. Dziwne, że nie użyto go jako soundtracku do jakiegoś horroru czy też serialu spod znaku Davida Lyncha. Jeżeli lubicie w samotności wsłuchiwać się w szmery z piwnicy, to ta płyta powinna się Wam spodobać.

Run The Jewels – Run The Jewels (2013). Jeden z najgłośniejszych rapowych „debiutów” minionych 10 lat. Debiut w cudzysłowie, gdyż osoby odpowiedzialne za ten projekt były już dobrze znane na scenie hiphopowej. Killer Mike to przecież niemal żywa legenda prosto z Atlanty, a El-P nagrywa płyty już od blisko 20 lat. Nie mniej wieść, że panowie łączą siły pobudziły apetyty u słuchaczy i krytyków. Co tu dużo mówić. Chłopaki idealnie się dobrali, czego efektem była seria płyt spod znaku RTJ (Udana, oczywiście). Odpowiedzialny za beaty El-P stworzył idealne elektroniczne podkłady pod szorstką nawijkę Killer Mike’a. Czy można nagrać coś lepszego? Odpowiedź poniżej.

Run The Jewels – Run The Jewels 2 (2014). Rzadką sytuacją jest by sequel przewyższył poziom poprzednika. Oczywiście można wymieniać „Ojca Chrzestnego II„, „Obcy – Decydujące Starcie” czy też „Terminatora II„. A muzyczne sequele? Do tego nielicznego konta na pewno zaliczyć drugą część „Run The Jewels„. Nie wiele rok po debiucie RTJ, debiut El-P – Killer Mike udowodnili, że ich album to nie jednorazowy wyskok a całkiem porządna seria dobrej muzyki. Zgodnie z zasadą sequelu jest tutaj wszystkiego więcej i o dziwo to zadziałało!

Solange – A Seat At The Table (2016). Nie wielu wie, że Beyonce Knowles ma siostrę. I to w dodatku taką, którą śpiewa i nagrywa dobrą muzykę! Niestety Solange jest w cieniu siostry, która stała się gwiazdą POP. Przynajmniej w ujęciu mainstremowym, bo w świecie muzycznego niezalu cieszy się ogromnym szacunkiem słuchaczy i recenzentów. Głównie dzięki albumowi „A Seat At The Table” z 2016 roku, który śmiało mogę określić jej opus magnum. Wspaniałe melodie, wpadające w ucho kompozycje i ten wokal Solange… Takiego popu można słuchać godzinami.

Sufjan Stevens – Carrie And Lowell (2015). Prawdopodobnie najbardziej osobista płyta w tym zestawieniu. „Carrie And Lowell” to efekt śmierci mamy od Sufjana Stevensa. Jednak nie jest to zwykła laurka dla rodzicielki, jakich wiele. Stosunki artysty z matką ciężko nazwać idealnymi, gdyż odeszła ona od niego, gdy ten miał zaledwie jeden rok. Znamienne jest jest jednak, że Stevens wybacza matce a jej śmierć znosi bardzo ciężko, co usłyszymy na tej płycie. A muzycznie? Jest pięknie, jak to u Sufjana zwykle bywa. Wspaniała płyta.

Tame Impala – Lonerism (2012). Po co brać narkotyki, jeśli można odpalić sobie „Lonerism” od australijskiej grupy Tame Impala? Odczucia są podobne. Kevin Parker wraz z ekipą w piękny sposób eksplorują w psychodelicznym rocku wydobywając z niego to co najlepsze. Usłyszymy tutaj mnóstwo nawiązań do klasyki gatunku zaczynając od sierżanta pieprza Beatlesów, poprzez Pink Floyd, Franka Zappę a kończąc na nowych przedstawicielach spod znaku MGMT, Flaming Lips czy też Spiritualized. W 2012 roku był niezły hype wokół tej płyty, ale wiecie co? Chyba zbyt mały bo to wiekopomne dzieło!

Taylor Swift – Folklore (2020). Oh, jak ja uwielbiam tego typu przemiany. Fajnie jest usłyszeć jak gwiazda POP potrafi nagrać muzykę ambitną, piękną i pełną emocji. Taki właśnie jest wydany w minionym roku „Folklore„. Przy pomocy okrojonego zestawu muzycznego oraz zawsze świetnego Justina Vernona, amerykańska wokalistka nagrała wzruszający krążek, którego brzmienie jest oparte na indie-folku. Jednak nie myślcie, że to był jednorazowy wypad. Taylor Swift tego samego roku postanowiła powrócić na wieś i nagrać kolejny album w podobnym klimacie. „evermore” o  którym mowa, okazał się równie udanym albumem. Przyznam, że lubię popową Taylor, jednak nie obraziłbym się gdyby pozostała w towarzystwie Bon Iver i The National na dłużej.

These New Puritans – Field of Reeds (2013). Po latach poszukiwań swojego brzmienia i swojego miejsca na rynku muzycznym These New Puritans odnaleźli je na albumie „Field of Reed„. Piękne, klimatyczne i wciągające melodie zawarte na tej płycie to efekt wielu prób i eksperymentów. Zaczęło się od matematycznego indie rocka na „Beat Pyramid” z 2008 roku. Dwa lata później „Hidden” momentami udowadniało, że to jest to. Jednak te prawdziwe „TO” przyszło dopiero w 2013 roku. Bracia Barnett sprawiają wrażenie, że na płycie nie wiele się dzieje. To jakaś trąbka zatrąbi, to jakiś klawisz uderzy w ton, to wokal coś zamrucze, to chwila przerwy. Nic bardziej mylnego! Na tej płycie dzieje się mnóstwo rzeczy a nieśpieszny sposób ich przedstawienia dodaje im tylko siły. Moją listę mógłbym zawęzić do 10 płyt, a „Field of Reeds” i tak by się na niej znalazło. Aha, wydane sześć lat później „Inside The Rose” jest również epickie.

Trupa Trupa – Headache (2015). Mimo, że zespół z Trójmiasta większą sławę zyskał za sprawą „Jolly New Songs” m.in. dzięki recenzji na Pitchforku (Chciałbym zobaczyć wtedy miny blogerów, którzy zjechali zespół za debiut), to i tak uważam, że „Headache” to ich najdoskonalsze dzieło. Grzegorz Kwiatkowski wraz z resztą chłopaków nagrał zwarty, klimatyczny i dobrze słuchający się krążek oparty na mrocznych, nieco psychodelicznych gitarowych riffach. Śnieżna i mroźna zima w 2015 roku już zawsze będzie mi się kojarzyć z tym longplayem.

Tyler, The Creator – Flower Boy (2017). Tyler Gregory Okonma wykonał niesamowity skok jakościowy w swojej twórczości. Zaczynając od surowego, wulgarnego „Goblina„, gdzie rapował do wiertarki z udarem stopniowo łagodził swoje brzmienie podążając w bardziej popowe i soulowe klimaty. Ta droga doprowadziła go do wydania „Flower Boy„, gdzie nie tylko rapuje do przyjemniejszej muzyki a po prostu wyznacza nowe trendy w okolicach hip-hopu i r’n’b.

Tyler, The Creator – Igor (2019). Wydawać by się mogło, że punkt kulminacyjny przemiany Okonmy w kwiatowego chłopca miała miejsce w 2017 roku za sprawą „Flower Boy„. Nic bardziej mylnego, raper postanowił dalej drążyć temat i w ten oto sposób otrzymaliśmy „Igora„. Jeszcze bardziej przemyślane dzieło, gdzie już wyraźnie słychać, że mamy do czynienia z prawdziwym artystą a nie chłoptasiem mieszkającym z babcią w ciasnym mieszkanku.

The War On Drugs – Lost In The Dream (2014). Grupa z Filadelfii w stanie Pennsylwania nigdy wcześniej, ani też później nie nagrała tak wybitnego krążka jak „Lost In The Dream„. Dlatego należy celebrować ten sukces za każdym razem, gdy mówimy o The War On Drugs. W Blackburn do tej pory wspominają mistrzostwo Anglii z 1995 roku wywalczone przez Rovers, a w Zagrzebiu wciąż pamiętają zwycięstwo Red Star w Pucharze Mistrzów. LITD to zestaw nieco przydługich, acz zgrabnych utworów opartych na lekkich gitarkach i niezbyt natarczywych syntezatorach. Słuchając tej muzyki czujemy furgające wszędzie długie włosy chłopaków i w sumie nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale na pewno o czymś to znaczy.

Wavves – Afraid of Heights (2013). „Afraid of Heigts” to na pewno nie jest przykład na najlepszego przedstawiciela garage rocka i lo-fi. Jednak skoro „King of The Beach” nie załapał sie do rankingu ze względu na ramy czasowe a jego następcę słucham po dziś dzień, to czemu nie? Generalnie czuje sie psychofanem grupy, gdyż na koncert Wavves uderzyłbym nawet gdyby grali w Gołdapi albo Świnoujściu. Dlatego też umieszczenie tej płyty w zestawieniu jest nieco nie fair, gdyż zdaje sobie sprawę, że w tym czasie ukazało się 100 lepszych wydawnictw. No, ale w końcu to mój subiektywny wybór, także jebać to. Wavves jest spoko.

Wczasy – Zawody (2018). Mimo, że duet Wczasy odkryłem rok po wydaniu „Zawodów” to i tak udało mi się wstrzelić w hajp na ten zespół. Ba, zostałem nawet ich jakimś psychofanem…. Świetne, w retro stylu, elektroniczne melodie łączą się tutaj ze słodko-gorzkimi tekstami. Swój elaborat na temat tego krążka pisałem TUTAJ, dlatego tylko pokrótce powtórzę, że Wczasy to najlepsza rzecz jaka się przytrafiła polskiej muzyce niezależnej od lat. Co więcej zespół nie zwalania tempa i wciąż nagrywa świetne piosenki. Posłuchajcie tylko ich wersji Hot16Chellange czy też singla „Czy Wiesz Już?” nagranego z Iwoną Skwarek z Rebeki.

Weezer – Everything Will Be Alright In The End (2014). Gdy wydawało się, że grupa z Los Angeles najlepsze lata ma za sobą, to ukazała się właśnie ta płyta. Co tutaj dużo mówić. Rivers Cuomo z spółką znowu to zrobili. Sprawili, że tego typu radosne, gitarowe brzdąkanie cofnęło mnie w czasie do liceum. Płyta jest lekka, przyjemna, bezpretensjonalna, nieco banalna momentami (ale to dodaje tylko uroku całości). Szkoda tylko, że nie poszli za ciosem i ponownie wpadli w rutynę przeciętności. Chociaż kto wie? Może znowu wydadzą coś równie dobrego opartego na sprawdzonych schematach? Pożyjemy, zobaczymy.

WU LYF – Go Tell Fire To The Mountain (2011). Okazuje się, że blisko ponad po 9 latach od premiery niesamowitej płyty WU LYF te dźwięki nadal na mnie działają. Niestety Brytyjczycy nie nagrali nigdy więcej żadnej płyty. A szkoda bo dzięki niesamowitej energii, wyrazistemu wokalowi Ellery Jamesa Robertsa oraz wciągającym kompozycjom można było się spodziewać mocnego gracza w indie rocku. Osobiście utożsamiam band z Manchesteru jako europejską wersję Wolf Parade. Wyjące wokale, brzmienie gitary i rozpierdziel na garach to klimaty, które lubię. Podejrzewam, że dopadła ich proza życia i już nigdy nie wrócą, ale KTO WIE? Pożyjemy, zobaczymy.

U.S. Girls – Heavy Light (2020). Być może w dyskografii Meghan Remy znajdziemy dużo więcej wartościowego złota i klejnotów. Jednak to „Heavy Light” przykuł moją uwagę i to ten krążek słuchałem namiętnie podczas zeszłorocznych koronaferii. No, ale jak go nie słuchać namiętnie? Przecież artystka tutaj tworzy wybitne dzieło z pogranicza popu i alternatywy. Nawiązania zawarte w tych utworach zaczynają się od Madonny, Bowiego i Blondi a kończą na Arcade Fire czy te bat For Lashes. Nietuzinkowa płyta.

Young Jesus – The Whole Thing Is Just There (2018). Widzisz w nazwie Young i to w dodatku Jesus i myślisz sobie – o kolejne rapsy. Nic z tych rzeczy, mowa tutaj o indie rockowej kapeli z Chicago, która za sprawą „The Whole Thing Is Just There” dolała oliwy do rozgrzanego pieca na którym ktoś niezdarnie flamastrem napisał indie rock. Jest to krążek składający się co prawda tylko z 6 utworów, ale nie jest on wcale krótki. Piosenki trwają po 5-6 minut, po za ostatnią, która jest ponad 20 minutowym kombosem gitar i perkusji. Nie jest to muzyka odkrywcza, ale w udany sposób przypomina nam dlaczego lata 90 były dobre dla muzyki gitarowej.

Weezer – Everything Will Be Alright In The End

Weezer-summer-2014Wydawać by się mogło, że ostatnim wpisem zrobiłem kreskę od 2014 roku i teraz będę spoglądać tylko w przyszłość. Otóż nie. Wciąż słucham płyt z zeszłego roku, na które zabrakło czasu w minionych 12 miesiącach. I spośród tych albumów największe wrażenie zrobił na mnie zespół Weezer.

Z tym Weezerem to dość niespotykana sprawa. Amerykański zespół, którego najlepszy okres przypada na lata 90 już od dłuższego czasu był przekreślony. Gdy się jest młodym, gra piosenki o liceum i robi się to dobrze to jest się cool. Inaczej sprawa wygląda, kiedy jest się przed czterdziestką i nadal śpiewa o licealnych sprawach. Tak było z ekipą Riversa Cuomo. Nie byli cool, ani wystarczająco blisko cool by ich wciąż namiętnie słuchać. Mimo, że to jeden z tych bandów, które wzbudzają sympatię. Tendencja ta jednak odmieniła się za sprawą ich zeszłorocznego albumu „Everything Will Be Alright In The End„.

weezer everything will be alrightNowy materiał raz, że brzmi wyjątkowo dobrze to po drugie w udany sposób nawiązuje do najlepszych dzieł spod ręki Cuomo. Całość zaczyna mocno energetyczne „Ain’t Got Noboty„. Następny, singlowy „Back To The Shack” nie spuszcza z tonu. Aczkolwiek w doborze singla wybrałbym inne utwory. Do moich faworytów należy „Da Vinci” z świetnym refrenem oraz „Foolish Father„. Nieźle też zaczyna się „Cleopatra” oraz żwawe „Lonely Girl„. Ładnie komponuje się duet wokalny Cuomo – Bethany Cosentino w utworze „Go Away„. Nie należy także zapominać o klimatycznym „The British Are Coming„. Całość kończy The Futurescope Trilogy, które jest najmniej atrakcyjnym momentem albumu.

Generalnie utwory na płycie są energiczne, słoneczne, szybkie i po prostu dobre. Płyty słucha się szybko i przyjemnie, co stanowi atut. Dobrze brzmi głos wokalisty i lidera grupy, który momentami w ciekawy sposób zmienia barwę wokalną. Muzyczne tło to ciepłe, gitarowe granie prosto z Kalifornii. No i najważniejsze jest to, że Weezer brzmi jak ten dobry Weezer. Grupa gra już tyle lat i wypracowała swój styl, który słuchać również na „Everything Will Be Alright In The End„. Cieszy mnie fakt, że Amerykanie nagrali dobrą płytę. Lubię ten zespół i fajnie jest coś posłuchać od nich dobrego i jednocześnie nowego. Ocena: 8/10.

10 piosenek na upalne dni

Afrykańskie upały dają nam się ostatnio we znaki. Stąd pomysł na wakacyjną playlistę, która umili każdemu leżakowanie w cieniu i sączenie zimnych drinków.

Metronomy – The Bay. Na początek zaczniemy od jednego z letnich hitów grupy Metronomy, którą będziemy mieli okazje podziwiać na najbliższym Off Festiwalu. „The Bay” to idealny utwór dla każdego, kto spędza wakacyjny urlop nad morzem. Wakacyjnego uroku dodaje także fajnie zrealizowany teledysk. Dodatkowo luźny tekst uświadomi nam, że fajnie może być w każdej miejscowości, byle dostęp był do orzeźwiającego morza.

M83 – Midnight City. Jak głosi legenda (a raczej pewna znana reklama znanej marki piwa) to „oni się dzieją”. Wy także „się dziejcie” słuchając w tle Anthony’ego Gonzlaeza oraz łykając schłodzone piwo w zielonej butelce. Oczywiście to nie jest najlepsza piosenka M83, ale chyba najbardziej chwytliwa. Każdy ją słyszał. Także w zróżnicowanym towarzystwie spodoba się każdemu, nawet największemu bucowi uznającemu tylko i wyłącznie letnie hity De Mono. Poza tym końcowy saksofon przypomina piękne letnie dni spędzony z Cut Copy.

Brodka – Dancing Shoes (Kamp! Remix). To co łodzianie zrobili z tym nudnym kawałkiem Brodki to majstersztyk. Oczywiście piosenka sama w sobie nie jest zła, bo nawet z marnej piosenki rewelacyjny remix nie wyciągnie chociaż minimalnej dawki fajności. Tutaj były jakieś podstawy by zrobić hit lata 2012 (Jak do tej pory). Jest tanecznie, ale nie w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Ten taniec będzie tańcem szaleńczym, obłędnym. Jeżeli chodzi o muzykę elektroniczną Polska nie ma się czego wstydzić, natomiast jeżeli mowa o polskim popie to cieszę się ogromnie, że Monika Brodka godnie zastępuje nam Nosowską. To świetna piosenka, szkoda tylko, że w radiu nie śmiga. Lżej byłoby w pracy uwierzcie.

Wavves – King of The Beach. O tym zespole już pisałem tyle razy, że… a dobra napiszę to jeszcze raz. Esencja wakacyjnej piosenki. Hook goni hook, fajny refren, istnie punkowa energia połączona z popem ozdobiona złotymi łańcuchami. To musiało się udać. Wróćmy do tej piosenki także i tego lata.

Mystery Jets – Greates Hits. Kolejne wakacje i kolejny raz do głosu dochodzi typowo wakacyjny band Mystery Jets. Uwodzili nas już wcześniej wieloma piosenkami. Najnowsza nie jest od nich lepsza, ALE ma inny ważny plusik. Chodzi mianowicie o wymiar edukacyjny i przypomnienie nam największych hitów w dziejach świata. W tekście pada spora ilość tytułów, które warto znać. Natomiast muzycznie zwrócili się bardziej w stronę klasycznego popu, zahaczając lekko o standardowe country. Dobra piosenka na wakacje, zwłaszcza dla tych, którzy wybrali ofertę agroturystyki, bądź postanowili zostać w domu.

Muse – Survival. Muse? Hej przecież lato 2012 to lato olimpijskie! Także patetyczny i momentami na prawdę dobry singiel Muse wydane specjalnie na okazję zmagań sportowych w Londynie powinien często śmigać w radioodbiornikach. „Survival” może i dupy nie urywa, bo w zasadzie nie wyróżnia się niczym czego byśmy nie usłyszeli na ich ostatniej płycie, jednak ma to „coś” by czekać na najnowszy album i koncert w Łodzi. Tak, jestem sentymentalny.

Dam-Funk – Hood Pass Instact. Nie wyobrażam sobie tej playlisty bez tego gościa. Damon G. Riddick to człowiek, który połączył soul z elektroniką. Efekt? Wiele świetnych, na prawdę świetnych piosenek. Koleś ma dar i dobry „feeling”. Polecam całą płytę „Toeachizown” na wakacje, a na próbkę wrzucam singiel. Yoo.

Pusha T feat. Tyler, the Creator – Trouble On My Mind. Dobra, wiem, że cała hipsterska zajawka Tylerem mieszkającym u babci była rok temu. Nie miałem jeszcze okazji pisać o tym kolesiu. Ten cały Tyler jest dla mnie strasznie niejednoznaczny. Już nawet nie chcę tutaj cytować jego wspomnień, ale jaki by nie był to trzeba jedno mu przyznać, że muzykę robi ciekawą. Mimo, że momentami jest dziwna i mało apetyczna. Tak, hip-hop zmierza w dziwnym kierunku, ale jedno jest pewne (potwierdza to kolejna generacja zdolnych z Asapem Rocky na czele) złote łańuchy nigdy nie wypadną z obiegu. A „Trouble on My Mind” to dobra piosenka do pobujania się. Jeszcze raz YOO.

Weezer – Beverly Hills. Weezer to jeden z tych zespołów do, których ma się pewnego rodzaju sentyment. Mimo, że nie nagrywa muzyki ambitnej i często ją kaleczy to jest jakoś tak, że patrząc na tą czwórkę (a w zasadzie słuchając jej) odczuwa się pewnego rodzaju sympatię. Może wychodzi to stąd, że nie bierze się tego zespołu na serio? A może po prostu lubimy czasem posłuchać czegoś naiwnego i melodyjnego? „Beverly Hills” nie będę nawet porównywał do pierwszych singli grupy, które cenie najbardziej. Nie ten poziom. Jednak natężenie wakacji w tej piosence spowodowało, że musiałem ją tu umieścić.

Japandroids – The House That Heaven Built. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam w gorące dni posłuchać czegoś energicznego i gitarowego. Tak, lubię w swojej własnej imaginacji robić z małego Mikołowa upalne Los Angeles. Dlaczego zatem nie spróbować i tym razem? Japandroids daje nam pod tym względem dużo możliwości, mimo, że ten kawałek nie jest jakiś SPECJALNY. Nagrali takich już wiele, ale ten jest nowy i to dalej na mnie działa.