Arcade Fire – Reflektor

arcadefire2013Z Arcade Fire jest ten sam problem co z zespołami takimi jak U2 czy też Coldplay. W każdym z tych przypadków są te same lub podobne objawy. Wpierw kochamy zespół za fantastyczną debiutancką płytę, która w jakiś sposób zmienia nasze życie na jakiś czas. Odnośnie Arcade Fire jest to „Funeral” – miód na uszy fanów muzyki niezależnej, nowy poziom alternatywy. Następnie z wypiekami czekamy na kolejny krążek, który nas zawodzi. Jednak potrafimy jakoś przymknąć oko na fakt, że nie jest tak dobrze jakbyśmy chcieli. Trzeci album dzieli opinie. Niby jest dobrze, niby ssie. Następnie zespół niebezpiecznie wchodzi w świat mainstreamu, wywołuje w nas zażenowanie. Już nawet tu nie chodzi o pajacowanie na gali YouTube o której pisał Kuba Ambrożewski, ale sam sposób autokreacji. Zauważcie jak z zespołu składającego się z 7 osób wyłania nam się na pierwszy plan małżeństwo Butlerów. Dawny obraz zgranego monolitu znika. Ta nafaszerowana podniosłością atmosfera na tym poziomie kariery wywołuje co najwyżej politowanie

Arcade-Fire-Reflektor-Album-ReviewI w takich oto warunkach Kanadyjczycy wydają swój czwarty album. „Reflektor” dla jednych jest genialny, dla innych bardzo słaby. Ja sam nie mam tak jednoznacznego zdania. Są tu momenty mocniejsze takie jak przypominające stare czasy opener „Reflektor” czy też „Here Comes The Night Time” a także końcówka „Porno„. Zdarzają się jednak dłużyzny, zwłaszcza w drugiej części płyty. Mam wrażenie, że gdyby Win Butler z żonką nie przekombinował z dzieleniem albumu na dwa cd i skrócił materiał to otrzymałby całkiem zgrabny Longplay. Na którym co prawda niewiele się dzieje jednak nie oszczędziłby nam częstego ziewania. Trzeba zmierzyć się z prawdą, która jest następująca. To nie jest już ten sam zespół. Wrażliwość, którą można było uświadczyć na „Funeral” i momentami na „Non Bible” zastąpiono stadionową widowiskowością. Nie jest ona oczywiście zła i tak koszmarna jak w przypadku U2. Jednak plany wobec Arcade Fire były inne a tak zespół każe nam ubierać się w garnitury i suknie na koncerty. Chyba troszkę tego za dużo. Ocena: 6/10.

Arcade Fire – The Suburbs

Dobrze znane małżeństwa Wina Butlera i Régine Chassagne oraz reszta gromadki pod szyldem Arcade fire wydaje trzeci długogrający album o tytule The Suburbs.

Data wydania płyty (2 sierpnia), okładka z palmą i pierwszy tytułowy kawałek The Suburbs skłaniały mnie do refleksji, że moje wspaniałe Arcade Fire wydaje płytę z typowo letnim, miłym dla ucha graniem. Takim bezrefleksyjnym. A jednak nie bo już drugi utwór na płycie Ready To Start wzbudził moje skojarzenia z starym dobrym Arcade Fire z okresu Funeral a piosenką Power Out. Utwory, które zawiera najnowszy album grupy jest mieszaniną na prawdę różnych piosenek, ale łączy je temat wspomnień o życiu na przedmieściu. Na co już wskazuje sam tytuł krążka. Daje nam wyraźny znak, że mamy do czynienia z typowym koncept-albumem. In the suburbs /I learned to drive /And you told me we’d never survive /Grab your mother’s keys we’re leavin'”.

Różność tego albumu dobrze nam pokazuje już sam opener, który jest milusi, cieplusi i pogodny a zaraz później powiewa nas zimny, chłodnym, arktycznym powietrzem utwór numer dwa. Modern Man i Roccoco to reprezentatywne kawałki dla kanadyjskiego zespołu. Mamy fajne chórki i wszechobecny patos. Zarówno jak na poprzednich płytach tak i na tej mamy do czynienia z podniosłym tonem i wydźwiękiem. Nie brakuje także tych szybkich i zwinnych partii skrzypiec jak w Empty Room jak i tych powolnych z Half Light. Nie zapomnijmy także o klawiszach zmiękczających nogi jak te z Deep Blue oraz trafiających w sedno tekstach: „And now I see/We’re still kids in buses longing to be free”

Płyta cieszy się jak na razie dużym zainteresowaniem i można uznać, że póki co odnosi sukcesy nie tracąc na walorach artystycznych. Fajny był pomysł z różnymi okładkami dla albumu. Poza tym oni są świetnym przykładem ostatniej panującej mody na off. Idealnie tutaj pasują. Jednak nie umniejsza im to, nie nagrali do tej pory niczego słabego. Może niektórym nie przypadła do gustu neonowa biblia, jednak trzeba docenić taki Funeral czy sam mini album Arcade Fire z 2003 gdzie słuchając piosenek mieliśmy jabłkowe serca.

A teraz mamy The Suburbus.Który co by się nie mówiło jest dobrym albumem, z pomysłem i fajnym typowym dla nich brzmieniem do którego nas przyzwyczaili. Fani nie powinni się zawieść, Ci co jeszcze nie zaznali klimatu Funeral doświadczą 63 minuty ciekawej i dobrej muzy zapakowanej estetycznie w 16 kawałkach. Może ta liczba odrzucać ale na pewno album się nie dłuży a wręcz pezeciwnie ta godzinka upływa nam bardzo szybko. Może nie tak szybko jak niektóre wspaniałe momenty życiowe ale jednak w mgnieniu oka mamy już  ostatni utwór The Suburbs (Continued). Z czystym sumieniem polecam 8/10.

Posłuchajcie Ready to start

Arcade Fire – Neon Bible

Damn. Jeszcze parę genialnych płyt i Arcade Fire wpisze się do kanonu największych, jak już tego nie zrobili. Neonowa Biblia to ich propozycja na rok 2007. Słuchając wcześniej Funeral wiesz na co możesz liczyć na tej płycie.

Zgadza się. Jest ciągle mrocznie, psychodelicznie i ciągle można się zastanawiać o co chodzi. Bo pewności nigdy nie można mieć do końca. Można Neon Bible interpretować na różnorakie sposoby i każdy będzie dobry. W tym tkwi cały sekret Win’a Butlera? Na pewno jest coś w tym. Zespół ciągle w pełni wykorzystuje swój ogromny potencjał jaki stanowi siedem osób. Nie brakuje skrzypiec, akordeon, cymbałków, klawiszy (te kościelne też) i bębnów.

Włączając Neon Bible, na początku usłyszysz Black Mirror. Czarne lustro z góry Ci mówi: „tak to ciągle ten sam, dobry Arcade Fire”. Nie zmieniła się koncepcja zespołu intrygowania dźwiękiem. Oczywiście pojawiły się głosy krytyczne (nie czytajcie porcysa) mówiące, że ta płytę podtrzymuje tylko No Cars Go, które powstało jeszcze przed płytą Funeral i pojawiło się na demie Us Kids Know. To prawda, że ten utwór jest wyjątkowy. Różni się od reszty, powstał przecież wcześniej niż debiutancki album. Był to zupełnie odmienny moment tworzenia przez grupę. W zasadzie zespól zapewne chciał umieścić go na jakiejś płycie a do Funeral zbytnio by nie pasował. Tak więc No Cars Go stał się plusem całej płyty. Jednak to nie prawda, że to jedyny hit z Neonowej Bibli. Mnie osobiście miażdży utwór Black Waves/Bad Vibrations. Szczególnie druga część utworu. Na wysokości 1:38 zaczyna się prawdziwa zła wibracja, która trafia. Poza tym jestem pod wielkim wrażeniem, gdy słucham My Body is a Cage.

„Set my spirit free, Set my body free”

Z pewnością nie jest ten sam szok, jak ten gdy doznałem po przesłuchaniu Funeral, ale różnica jest mała. Nie zgodzę się z zdaniem, że ta płyta to nie wypał. W moim przypadku wypaliła i o to chyba chodzi. Ocena 8\10.