Kilka recenzji w kilku zdaniach – styczniowe premiery

Udało mi się przesłuchać paru nowości w tym miesiącu. Postanowiłem obrać formę krótszego opisywania płyt, a dłuższe tekst zostawić na poważne wydawnictwa i teksty specjalne. Efekt poniżej.

Eminem – Music To Be Mordered By. Slim Shady chyba już nie pasuje do obecnych czasów. Bardzo ciężko mi się słuchało jego najnowszych wypocin. Raper od jakiegoś czasu próbuje nawiązać do swoich najlepszych lat, z różnym skutkiem. O ile na „The Marshall Mathers LP 2” byłem w stanie znaleźć jakieś pozytywy to już „Revival” był nie do strawienia. Trzeba chyba zdać sobie sprawę, że lata 2000 nie wrócą. Najnowszy krążek to ograne do bólu schematy rapera, ponowna próba bycia najszybszym raperem i puszczanie oczka w stronę mainstreamu. Generalnie nie polecam. Ocena: 4/10.

Mura Masa – R.Y.C. Drugi długograj Alexandra Crossana to zupełna zmiana klimatu i pójście w spokojniejsze, bardziej melodyjne regiony muzyki. Znajdziemy tutaj sporo „futurystycznego elektro-popu oraz nostalgicznych gitarowych hymnów”. Muzyka bardziej do posłuchania, niż potańczenia. A ja chyba wolałbym jednak to drugie. Mimo to doceniam spróbowania czegoś innego. Ocena: 6/10.

Mac Miller – Circles. Wiedziałem, że powstanie pośmiertnego albumu Maca to tylko kwestia czasu. W końcu MJ i Elvis wydają do tej pory. Ten kto śledzi mojego bloga, to wie, że mam na ten temat dość ostrożne zdanie. Czy żyjący Mac wydałby taki album jakim jest „Circles„? Szczerze wątpię. Nie jestem pewien czy raper na tym etapie twórczości zacząłby śpiewać nostalgiczne pieśni. Nie mniej jako pośmiertny hołd dla twórczości Millera jest to całkiem spoko propozycja. Ocena: 6/10.

Wolf Parade – Thin Mind. Cieszyłem się z powrotu kanadyjskiej indie rockowej grupy w 2017 roku. W końcu lubię wracać do już prawie legendarnego „Apologies to the Queen Mary” z 2005 roku oraz wydanego trzy lata później i niedocenionego „At Mount Zoomer”. Jednak po przesłuchaniu najnowszej propozycji od Dana Boeckera i ekipy stwierdzam, że wilkowa parada prochu już nie wymyśli. Nie mniej fajnie, że jeszcze są. Mam sentyment do indie rockowych bandów z lat 2000. Ocena: 5/10.

of Montreal – UR FUN. Kevin Barnes w końcu dotarł do popu z lat 80. I o ile zawsze gdzieś tam eksperymentował z tego typu brzmieniami, to tym razem jest to bardziej oczywiste. Nie jest to płyta wielka, ale też nikt takiej nie oczekiwał. Grupa wciąż utrzymuje się w grze i regularnie wydaje przyzwoite albumy, które za każdym razem sprawdzam. Ocena: 5/10.

Powrót Wolf Parade taki sobie, a cieszy! Recenzja „Cry Cry Cry”.

Jesień to okres powrotów. Dzieciaki wracają do szkoły, nauczyciele do pracy, dobrze znane seriale wracają na antenę, gwiazdy znowu tańczą na polu minowym, a muzyczni dygnitarze dają zielone światło na premierę nowych albumów. Na powrót Kanadyjczyków z Wolf  Parade trzeba było czekać aż 7 jesieni. Zespół, który w 2005 roku zadebiutował kapitalnym albumem „Apologies to the Queen Mary” jest dla mnie jednym z lepszych przedstawicieli indie rocka od nudniejszego sąsiada Stanów Zjednoczonych. Co prawda, drugi ich krążek „At Mount Zoomer” nie był już tak udaną produkcją jak debiut, ale i tak w moim odczuciu był całkiem niezły. Klapą należy określić „Expo 86” z 2010 roku. Po jego wydaniu Dan Boeckner z resztą zgrai zamilkli na długie 7 lat (Nie wiem czy w Tybecie).

Prawdopodobnie w zeszłym roku chłopakom zabrakło siana, dlatego postanowili wydać debiutancki album w wersji DELUXE i ponownie się reaktywować. Efektem ponownej współpracy Boecknera i spółki jest nowy album „Cry Cry Cry„. Zaczyna się on dość słabo i nudnie. „Lazarus Online” to kiepski wybór na opener. Ogólnie pierwsza część płyty jest dla mnie taka troszkę nijaka. Niby Wolf Parade stosuje sprawdzone chwyty, ale ciężki mi  było się wciągnąć w ten krążek. Na szczęście druga część tego longplaya jest znacznie lepsza i zaciera niesmak pozostawiony po pierwszych trackach. Zaczyna się od „Baby Blue„, który równie dobrze mogli by nagrać Arcade Fire… parę lat temu. Natomiast na kolejnym „Weaponized” grupie było najbliżej do dawnej formy.

Kompozycje zgromadzone na „Cry Cry Cry” nie wprowadzają niczego nowego do gatunku. Tak jak wspomniałem wcześniej, Kanadyjczycy stosują sprawdzone patenty. Raz lepiej, raz gorzej. Brakuje tutaj trochę tego efektu zaskoczenia i tego „wow”. Momentami nawet są tego blisko, jednak w efekcie końcowym niestety nie udaje się uwieść mnie, jako słuchacza. Ale bez obaw chłopaki, i tak was lubię.

Nie chciałbym głównie oceniać „Cry Cry Cry” przez pryzmat dawnego sentymentu do Wolf Parade, ale chyba tak się właśnie dzieje. Nowa propozycja od Kanadyjczyków nie wzbudza żadnych większych emocji, jednakże gdy słucham tego albumu, to cieszę się, że jest. Pozwala mi to poczuć, że stary, dobry indie rock jeszcze żyje. Teraz chyba już wiem co czuli moi starsi znajomi, gdy byli zniesmaczeni faktem, że niema już takich bandów jak Pearl Jam, Guns N’ Roses, Soundgarden czy The Smashing Pumpkins. Ale nie dziadujmy, bo wciąż potrafię rozróżnić dobrą muzykę od gówna i nie słucham wyłącznie płyt z okresu 2005-2009. Po prostu chciałem sprawdzić, czy może Wolf Parade przeżywają nową młodość. Jak się okazało, jednak nie. Ocena: 6/10.

Wolf Parade – Apologies To The Queen Mary

wolf-parade-apologise-to-the-queen-maryZacznę od tego, że jest mi przykro z powodu dość sporej przerwy w recenzowaniu. Nie sądziłem, że rok 2009 zacznie się od takich zawirowań. Nie będę tu jednak pisał o moich przygodach z zaliczaniem, pracą, policją itd. To na pudelku sobie poczytacie. Tym czasem na nowy rok mam dla Was sporą dawkę świetnej muzyki!

Mowa o debiutanckiej płycie Wolf Parade – Apologies to The Queen Mary. Wiem, że niektórzy obeznani na rynku muzycznym powiedzą: „też mi odkrycie… toż to hype 2005!”. Jednak wielu ludzi wciąż uważa, że Coma jest dobra, dlatego trzeba pisać o takich zespołach, o zespołach ambitnie grających. Wolf Parade także mi polecono. I nie żałuje do dziś, że sięgnąłem po album Kanadyjczyków. By mnie zachęcić stwierdzono, że zalatują Arcade Fire. Coś w tym jest, ale nie do końca. Arcade Fire troszkę czasu słuchałem dość nagminnie i wiem, że mimo wszystko nie do końca to porównanie jest trafne. Oba zespoły są z Kanady i oba nagrały świetne płyty. Jednak w brzmieniu to różnie bywa. Zespół małżeństwa Butlerów ma znacznie bardziej rozbudowane aranżacje, jednak oba zespoły ciągną na intrygującym klimacie płyt.

Tak klimacie. Lubicie klimaciarskie motywy? Bo ja bardzo. Tak jak solary lecą na BMW tak ja lecę na świetne klimaty. Bo Wolfa Parade ma to do siebie, że stwarzają świetny klimat na tej płycie. Czuć to w każdym dźwięku. Nie jestem w stanie tego opisać bo jest to dość abstrakcyjne pojęcie. Po prostu uwierzcie na słowo.

A co oni grają jeżeli jeszcze nie wiecie? Jak napiszę indie to większość pomyśli „ahhhaa Out of Tune” dlatego określę to mianem alternative rock. Z resztą nieważne jaki gatunek. Jest melodyjnie. Dlatego powinno się spodobać każdemu kto lubi dobrą muzykę. Mi w szczególności przypadły do gustu klawisze. Siet. Dawno tak się nie zachwycałem klawiszem od czasu debiutu Kaiser Chiefs. W takim Dear Sons And Daughters Of Hungry Ghosts klawisz rządzi. Z resztą jest to jeden z moich ulubionych kawałków z tej płyty. Sam wstęp mnie rozwala. Zwalnianie, przyśpieszanie tempa i te „la la la la” powodują pojawienie się uśmiechu na mojej twarzy. Potem następuje fantastyczne klawiszowe zakończenie, które zarazem jest początkiem do nie mniej fajnego I’ll Belive in Anything. Ja także jestem w stanie uwierzyć we wszystko po usłuszeniu tej melodii.

Troszkę odstaje warstwa liryczna. Niektóre tytuły piosenek już są pretensjonalne. Tytuł openera nawet znalazł się na mojej ostatniej liście  20 najdziwniejszych tytułów piosenek. Jednak You Are A Runner And I Am My Father’s Son mimo dziwacznego tytułu daje emocjonalnego kopa i zapowiada świetną płytę. Z drugiej strony wokal prezentuje się bardzo dobrze. Polecam wszystkim spragnionym muzyki na wysokim poziomie. Moja ocena: 8/10.

Posłuchajcie We Built Another World