Przyznam się, że na początku nazwa mnie nie zachęcała. Nie rozróżniałem. Panda Bear, Grizzly Bear. Co jeszcze? Koala Bear? Jak się później okazało misie grizli awansowali w moim osobistym rankingu. W końcu rekomendacja Radiohead. Oni wiedzą co dobre.
Ten zespół jest niesamowity (pisze o Grizzly, ale Radiohead też. Wiadomo). Debiutowali w 2004 roku. Trzy płyty. Każda bardzo dobra. I co najlepsze im dalej tym lepiej! Nie ukrywam. Veckatimest to najlepsza płyta w ich dorobku. Moim zdaniem oczywiście. Tym bardziej ich lubię. Kiedy zespoły cały czas notują tendencje spadkową oni pchają się w górę. Wiadomo, że nie będzie cały czas lepiej, ale cieszy mnie, że jest ktoś na rynku. Ktoś kto miesza w podsumowujących rankingach itd. Trzymają poziom. Póki co walczą z Animal Collective o miano płyty roku. Możliwe, że pojawi się jeszcze jakaś płyta, która włączy się do walki o podium. Chociaż, jeżeli nie będzie to jakiś miażdżący debiut (Tigercity?) to chyba już tylko Thom Yorke.
Veckatimest zaczyna się mocno przebojowo. Southern Point to świetny opener. Oddaje w pełni klimat tej płyty. Później przechodzimy do Two Weeks. Przebój. Singiel. Pitchfork zdążył już go umieścić na swojej liście 500 kawałków dekady. Ahh ten Pitchfork. Czemu nie czekali z tą listą do końca roku? Poza tym motyw klawisza, taki prosty a taki fajny. Siła tkwi w prostocie najwidoczniej, ale cała płyta nie jest już taka banalna. All We Ask. Konkretny kawałek. W zasadzie chyba najlepszy na płycie, chociaż ciężko wyróżniać poszczególne piosenki bo każda trzyma poziom. Ta najszybciej mi przypadła do gustu. Jeszcze bardziej mi się spodobała podczas sesji w czarnej taksówce. No i ten magiczny moment kiedy to Daniel Rossen powtarza: „I can’t get out/ Of what I’m into with You”.
Cheerleader. Fajne chórki, które ogólnie odrywają istotną rolę na całej płycie. Duży plus za ten element. Następnie Ready, Able. To co się zaczyna dziać z tą melodią na wysokości 1:47 to coś niesamowitego. Ciary po plecach przechodzą normalnie. Dodajmy do tego spokojny głoś wokalisty, który swoim songwritingiem i wokalnymi umiejętnościami jest najmocniejszym punktem albumu. Nie należy zapominać o perkusiście. Strasznie podoba mi się sposób w jaki tworzy rytm. Jest to takie nieprzewidywalne. Słuchając płyty często zdarza mi się główkować co on teraz zrobi. He, he. Takie małe zboczenie.
W zasadzie słuchając najnowszego Grizzly Bear nie towarzyszy nam nuda. Jest nastrojowo, spokojnie, melodyjnie. Pojawia się troszkę patosu, ale bez przesady. Umiarkowanie. Generalnie fajna sprawa położyć się w niedzielne popołudnie, sączyć jakiś płyn, patrzeć w niebo i słuchać Veckatimest. Dla mnie przyjemniejsza płytka niż Merriweather Post Pavilion. Heh. Niestety nie obeszło się w recenzji bez porównań do Animal Collective. No ale wiadomo dlaczego. Ocena: 8/10.
P.S. To chyba się widzimy w Katowicach na koncercie, co?
Małe zboczenie? hehe czeba było dodac ze zawodowe..hehe
The Spox i wszystko jasne 😀
Oł jea. Jedziesz w niedziele do pszczyny posłuchać ze mną Kuderskich?
oni chodzą w koszulkach z Empire of The Sun.
ej w ogóle we wtorek Rejdio 😀 Jakieś życzenia poza Creep, Karma Police i Paranoid Android? Ja bym chciał 2+2=5, The National Anthem i cokolwiek z The Bendst bardzo ^^
pop is dead, żeby do Was dotarło;P
what?! Wyciu is alive! 😛
Komu wierzysz?sobie czy thomowi?
„ej w ogóle we wtorek Rejdio 😀 Jakieś życzenia poza Creep, Karma Police i Paranoid Android? Ja bym chciał 2+2=5, The National Anthem i cokolwiek z The Bendst bardzo ^^” zacznij grać w totka, cholera:D
jaaa..Vyć
zagrali wszystko to co chciałem :] relacja tuż tuż
no to ładnie ładnie