Już na prawdę nie wiele dni dzieli nas od rozpoczęcia kolejnej edycji zabrzańskiego CARBON Silesia Festival. Tradycyjnie już, wrzucam w tym miejscu najważniejsze informacje dotyczące tego wyjątkowego wydarzenia.
Gdzie i kiedy?
Standardowo festiwal odbędzie się w samym czarnym sercu Górnego Śląska, czyli Sztolni Królowa Luiza w Zabrzu w dniach 19-20 czerwca. Miejsce to ma niesamowity, industrialny klimat, który idealnie komponuje się z muzyką, którą można usłyszeć ze scen Carbona.
Kto wystąpi?
Głównymymi headlinerami tegorocznej edycji festiwalu są WhoMadeWho oraz Jan Blomqvist. Pierwsi to duńskie trio, składające się z: Tomasa Høffdinga, Jeppe Kjellberga oraz Tomasa Barfoda. Ich początki sięgają roku 2003, kiedy to powstała formacja w stolicy Danii – Kopenhadze. Ich styl muzyczny to mieszanka elektroniki z rockowymi instrumentami, coś pomiędzy dance-punkiem a muzyką klubową czy też tech-housem. Do tej pory wydali 8 albumów długogrających oraz wiele (na prawdę wiele) innych wydawnictw. Miałem kiedyś okazję zobaczyć ich na żywo podczas TNMK i uwierzcie, sprawdzają się na żywo! Zwłaszcza z żywymi instrumentami. Drugi headliner to pochodzący z Berlina (stolicy techno) Jan Blomqvist. Swoją przygodę rozpoczynał od grania na gitarze w zespole punkowym. Dla muzyki rzucił inżynierię lotniczą oraz matematykę, którą studiował. Dziś jego pasje słychać w jego twórczości. Do tej pory wydał pięć długograjów, z czego ostatni „Mute” ukazał się w zeszłym roku. Na jego występie możemy także się spodziewać żywych instrumentów oraz wiele wzniosłych chwil!
Niezwykle ciekawie zapowiada się występ Demi Riquisimo. Ten urodzony w Wielkiej Brytanii i wychowany w Detroit producent oraz DJ, obecnie mieszka i tworzy w Londynie. Karierę pod tym pseudonimem rozpoczął w 2019 roku, szybko zdobywając uznanie dzięki brzmieniom inspirowanym acid house’em, italo disco oraz house’em lat 90. Jest założycielem cenionej wytwórni Semi Delicious, która świętuje już 7 lat działalności. Artysta regularnie występuje na największych festiwalach, takich jak Glastonbury, Lost Village czy Love Saves The Day. Jego nagrania ukazują się w barwach Life & Death, Ninja Tune czy Higher Ground, a do fanów artysty zaliczają się m.in. The Chemical Brothers, Pete Tong, Seth Troxler czy Job Jobse. Inną ciekawą nazwą z line-upu jest Axel Boman. Urodzony w Szwecji DJ i producent swoją drogę rozpoczął w sztokholmskiej akademii DJ-skiej Fryshuset, gdzie zamiast hip-hopu odkrył pasję do techno i house’u. Warto także wspomnieć o takich artystach jak: Sally C, Folkness, Halogenix czy też Sofia Kourtesis, którzy także pojawią się w Zabrzu.
Po raz kolejny ciekawie zapowiada się rodzima reprezentacja na Carbonie. Wystąpi m.in. legendarny duet Skalpel, którego fanom muzyki elektronicznej przedstawiać zbytnio nie trzeba czy też Kuba Sojka, Last Robots, Michał Macewicz, NOV1K, Julia Rover czy też DJ Polkomtel.
Koszt biletu?
W chwili obecnej są sprzedawane karnety dwudniowe w cenie 362,9 zł. Dostępne są również bilety jednodniowe w cenie 191,90 zł.
Co tu dużo mówić, sporo się działo na początku roku 2026. Pomijając sporą liczbę koncertów, które zaliczyłem w tą zimę – na rynku wydawniczym pojawiło się kilka ciekawych propozycji, o których wspomnę w tym poście.
Lala Lala – Heaven 2. Pani Lillie Amadea West to moje osobiste odkrycie tego pierwszego kwartału. Pomimo, że wokalistka z Chicago w stanie Illinois ma na koncie już pięć albumów studyjnych, to dopiero „Heaven 2” urzekł mnie na tyle, by wspomnieć o tej artystce na blogu. Od czasu wydania „The Lamb” w 2018 roku wiele się zmieniło w życiu artystki. Przeniosła się do Los Angeles i zmieniła wydawnictwo na legendarne Sub Pop. Przejdźmy jednak do samego albumu „Heaven 2„. Zapewniam Was, że raczej nie usłyszycie w tym roku nic lepszego z pogranicza indie popu, niż właśnie ten kapitalny krążek. Co prawda Pitchfork ocenił go na tylko (albo aż) 7.4/10, ja jednak dostrzegam tu znacznie więcej. Przede wszystkim urzeka mnie melodyjność tego smutnego popu. Single na prawdę tutaj rządzą, gdyż „Even Mountains Erode” czy „Does This Go Faster?” to świetne, wpadające w ucho kawałki. A reszta materiału nie jest typowym zapychaczem, a pełnowartościową muzyką, która dostarcza wielu wrażeń, wystarczy wsłuchać się w urzekający „Scammer„, emocjonujący „Heaven 2” czy też hipnotyczny „Tricks„. Generalnie aż szkoda mi wspominać o tak świetnej płycie w tak krótkiej formie, ale chcę by to wybrzmiało. Ta płyta jest świetna w swojej indie-popowej formule. Ocena: 9/10.
⭐⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4.5 na 5.
Gorillaz – The Mountain. O tym, że Damon Albarn nie może żyć bez tworzenia muzyki dobrze wie, każdy jego fan. Trochę szkoda, że nie nagrywa i nie koncertuje z Blur. Z drugiej strony dobrze, że porzucił inne nudnawe projekty i pozostał przy Gorillaz, które tworzy z Jamie Hewlettem od 1998 roku. „The Mountain” to dziewiąty album w kolekcji popularnych goryli. Od wydania albumu „Humanz” w 2017 roku Albarn z Hewlettem stali się bardziej systematyczni i nie kazali czekać fanom na album dłużej niż trzy lata. A jakie jest „The Mountain”? Z jednej strony chłopaki wciąż obracają się w utartych schematach i bazują na rytmicznych i wpadających w ucho melodiach, stłumionym wokalu Albarna i licznej liczbie występów gościnnych. Z drugiej strony wyczuwam chęć nagrania czegoś wielkiego i przypominającego przewodnik po świecie. Bo w zasadzie jakich języków tutaj nie ma? I jakich egzotycznych klimatów tutaj nie usłyszymy? Otwierający „The Mountain” zabiera nas w rejony Północnej Afryki za sprawą sitary i fletu bansuri. „The Manifesto” to już latynoskie rytmy a pojawiający się później „Damascus” przenosi nas na Bliski Wschód. „The Shadow Light” to kolejna podróż do Azji, tym razem do Indii, gdzie można było usłyszeć zmarłą dzisiaj hinduską wokalistkę Asha Bhosle. Swoją drogą lista gościnnych występów jest imponująca. Przykłady? Idles, Johnny Marr, Mark E. Smith, Omar Souleyman, reżyser Dennis Hopper, Bobby Womack, Tony Allen i wielu innych. Mój ulubiony moment na płycie? Zdecydowanie „The Empty Dream Machine„, gdzie Albarn potrafi jeszcze chwycić za serducho. Doceniam rozmach tej produkcji, jej róznorodność i wysoki poziom. Zdecydowanie najlepsza płyta Gorrillaz od czasu wydania „Plastic Beach” w 2010 roku. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Mitski – Nothing’s About to Happen to Me. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie Mitski to już całkowity gwarant wysokiego poziomu wydawniczego. Pani Mitski Miyawaki do tej pory wydała osiem albumów, i od okolic wydania „Be The Cowboy” nie schodzi poniżej ósemkowego poziomu. Jej płyty wielokrotnie znajdowały się na moich całorocznych zestawieniach w czołówce. I jest to o tyle dziwne, gdyż w zasadzie nie jest to artystka do której często wracam. Przy momencie wydania każdej nowej płyty, wałkuje ją wielokrotnie, zachwycam się, opisuję na blogu, wracam do niej na chwilę pod koniec roku by upewnić się, że dalej mi się podoba, wrzucam ją w swoje TOP minionego roku i czekam na kolejne, nowe wydawnictwo. I ten schemat powtarza się od lat, bo nawet nie kojarzę czy jakikolwiek utwór Mitski znajduje się na mojej playliście na Spotify. Pora chyba to zmienić, a najlepiej za sprawą kapitalnego singla z omawianej płyty „Where’s My Phone?” Poza tym każdy utwór tutaj zasługuje tutaj na wyróżnienie od spokojnego, wręcz walcowego „Dead Women” po grungowe „If I Leave„. Mitski ogólnie ma bardzo dużo łatwości w tworzeniu niebanalnych acz wpadających w ucho kompozycji, co ponownie udowadnia na najnwoszym albumie „Nothing’s About To Happen To Me„. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Lord Jah-Monte Ogbon – As of Now. Pochodzący z Charlotte, w Północnej Karolinie Raper Lord Jah-Monte Ogbon to postać dość tajemnicza. Nie znajdziecie o nim za wiele informacji w sieci. Jest za to sporo o płycie „As of Now„, która zbiera same pozytywne opinie. I nic dziwnego, bo dawno nie słyszałem nic tak dobrego, hiphopowego nagranego w starym stylu przypominającego końcówkę lat 90 i początek lat 00. Jeżeli wkurwia was już ten ohydny discopolowy trend w rapie, i przesyt auto-tune’a to „As of Now” to produkcja skierowana do Was. Gość bez jakiejś przesady nawija o otaczającej go rzeczywistości, a jazzowe beaty przywołują namyśl ostatnie wydawnictwa Freddiego Gibbsa. Jest w tym szczerość, autentyczność i te cechy, którymi mogliby inspirować się młodzi twórcy z gatunku. Cieszy fakt, że na rynku pojawia się coraz więcej tego typu albumów, i jest o nich coraz głośniej. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Ratboys – Singin’ to an Empty Chair. Ciekawe, czy Julii Steiner i reszcie ekipy z Chicago zdarzyło się kiedykolwiek śpiewać do pustych krzeseł? Wydaje mi się, że grupie, która wydała swój szósty długograj i na rynku muzyki niezależnej jest od 2010 roku takie rzeczy nie mogłyby się już przytrafić. Nie mniej najnowszy album taki ma tytuł i stąd te moje wywody na ten temat. Wydaje mi się, że nie miałem okazji wcześniej wspominać na blogu o indie rockowej grupie Ratboys. Robię, to bardziej z kronikarskiego obowiązku aniżeli faktycznego zachwytu nad ów albumem. Nie jest źle, ale to kolejny album, który lawiruje pomiędzy indie rockiem a typowym amerykańskim folkiem. Początek brzmi nawet obiecująco za sprawą takich otworów jak „Know You Then” czy też „Light Night Mountains All That„. Jednak im dłużej słuchałem tego wydawnictwa to wydawało mi się, że już to gdzieś słyszałem. Zespół też bardziej ląduje w niezbyt przeze mnie lubianym klimacie country. Jednym słowem Ratboys prochu nie wymyślili. Ocena: 5/10.
Pewnie wiecie z moich wpisów na tym blogu jak wielkim fanem jestem twórczości Nathana Williamsa i spółki. Od dawna wyczekiwałem na koncert grupy z San Diego w naszym kraju. Niestety, bezowocnie. Od odwołania występu Wavves na OFF Festivalu w 2009 roku zespół nigdy nie pojawił się na żadnym wydarzeniu w Polsce. W zeszłym roku wziąłem sprawy we własne ręce, i stwierdziłem, że „Mahomet pójdzie do góry”. Oczywiście nie wpadłem na szalony (acz ciekawy i pozostający w sferze marzeń) pomysł by wybrać się do Stanów Zjednoczonych, ale kupiłem bilety na ich trasę europejską do najbliższego miasta, którą okazała się stolica Niemiec.
Plan wydawał się idealny, gdyż koncert połączyłem z krótkim urlopem podczas ferii zimowych w mieście, które zawsze chciałem odwiedzić ze względu na jego historię i wpływ na kulturę. Generalnie Berlin w lutowo-roztopowej aurze nie skradł mojego serca, jednak koncert Wavves już tak. Całkiem możliwe, że nie będę obiektywny w swojej ocenie, ale co tam. Ten koncert zapamiętam jako niezapomniane wydarzenie obok takich występów jak chociażby Radiohead w Poznaniu czy też Muse w Łodzi. Ale po kolei, od początku.
Wydarzenie odbywało się w Urban Spree we wschodnim Berlinie. Jest to połączenie galerii sztuki (takiej bardziej ulicznej) ze miejscem spotkań i niewielkiej wielkości salą koncertową i barem. Wavves na trasie grali bez supportu, a wcześniejsze występy w Wielkiej Brytanii czy takich miastach jak Stambuł czy Amsterdam pokazywały, że grają zawsze ten sam zestaw 18 piosenek dający około godzinny koncert. Tak też było i w Berlinie. Koncert przesunął się o dobre półgodziny, a w tym czasie miałem okazję zapoznać się z niemieckim post-punkiem (całkiem dobrym!). Gdy tylko weszli na scenę i rozpoczęły się pierwsze dźwięki „Way Too Much” zrozumiałem dlaczego pod samą sceną było więcej miejsc wolnych niż na samym końcu klubu. W dosłownie kilka sekund rozpoczęło się pogo i noszenie na rękach wyskakujących ze sceny ludzi. Wydaje mi się, że nie byli to fani Wavves a stali bywalcy, którzy przychodzą tutaj się wyszaleć. Nie mniej doświadczony o polskie koncerty, wiem, że na taką dziką zabawę trzeba poczekać przynajmniej jeden-dwa utwory. Tutaj nie trzeba było czekać wcale. No, ale to Wavves i tutaj musi być dziko i tak też było!
Wspominałem, że setlista była stała i z jednej strony to dobrze, bo była idealna. Z drugiej strony szkoda, gdyż brakowało elementu zaskoczenia. Pomimo, że był to koncert promujący ich najnowszy album „Spun” to nie grali za wiele utworów z tego wydawnictwa. Wybrali trzy najlepsze: „So Long„, „Goner” oraz „Busy Sleeping„. Reszta utworów to ich najlepsze hity z ich najlepszych płyt. Zabrakło jakiekolwiek utworu z „Hideaway” z 2021 roku, a najwięcej reprezentantów miał oczywiście „King of The Beach”. Cieszy także fakt, że grupa chętnie gra utwory z płyty „V„, bo jest tam wiele perełek, które idealnie sprawdzają się na żywo. Podobnie ma się sytuacja z płytą „Afraid of Heights„. Znalazło się miejsce także dla „So Bored” z debiutanckiego „Wavves„, „Nine is God„, które znalazło się w soundtracku gry GTA V oraz jeden premierowo nowy utwór „Bozo„.
Nathan Williams był przeziębiony, jednak nie dało się tego odczuć. Koncert był tak samo energiczny jak poprzednie, które grali na tej trasie. Przyznam szczerze, że obawiałem się, że wokalnie i muzycznie nie będzie to ta sama energia, co na płytach. Zwłaszcza, że widziałem kilka ich występów na żywo w internecie i nie były one muzyczną ucztą. Na szczęście myliłem się i było dużo lepiej! Zespół brzmiał perfekcyjnie, a Nathan Williams na żywo (w chorobie) dawał radę. Pięknie było usłyszeć moje ukochane utwory jak „Demon To Leon On„, „My Head Hurts” czy też „Green Eyes„. Co prawda, nie było żadnego bisu a kontakt z publiką ograniczał się do krótkich wtrąceń typu: „Dawno nas tu nie było” czy też „To najnowszy utwór”. Jednak udało mi się z chłopakami zamienić słowo po koncercie, zrobić wspólne foto i zebrać podpisy na płycie. Dlatego też, wolę tego typu kluby na koncerty, ze względu na ich kameralność i bliskość z artystą. Wydaje mi się, że tylko ja przejechałem 500 km w jedną stronę do tego klubu specjalnie na koncert, ale zrobiłbym to ponownie z prostego powodu.. bo było warto! A czy pojadę jeszcze na Wavves? Gdy tylko nadarzy się okazja, bo jak kiedyś tu wspominałem jednym z moich marzeń jest napić się piwa z Nathanem Williamsem. Może będzie okazja wypróbować nasze rodzime smaki? Mam nadzieję.