Końcówka tegorocznej zimy to dość intensywny okres koncertowy w moim wykonaniu. 19 lutego wybrałem się do katowickiego Piątego Domu, gdzie najnowszą płytę promowała grupa Wczasy. Jeśli dobrze liczę to był to mój piąty koncert grupy Wczasy. Jednak od ostatniego razu, kiedy widziałem ich live minęło prawie pięć lat. W 2021 roku wystąpili podczas Mikoł’OFF Festival w moim rodzinnym Mikołowie.
Katowicki Piąty Dom to miejsce wielu wydarzeń kultularnych. Ostatni raz byłem tutaj we wrześniu 2025, kiedy do Katowic zawitał Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Wielkość tego miejsca sprzyja kameralności organizowanych tutaj koncertów i taki też był występ poznańskiego tria Wczasy. Na godzinę przed rozpoczęciem koncertu, można było przysłuchać się próbie zespołu i swobodnie porozmawiać z Barłomiejem Maczalukiem czy też Kubą Żwirełło. Zwłaszcza z tym drugim miałem okazję podyskutować o samochodach, dawnych koncertach Wczasów czy też o śląskich miastach. Grupa występuje teraz w trójkę, z perkusistą. I jest to zdecydowanie na plus, gdyż żywa perkusja zawsze będzie lepsza niż automat perkusyjny. Fani po koncercie żałowali, że nie gra z nimi jeszcze basista. Jednak tutaj potrzebne już byłoby większe auto niż 6 osobowa Honda.
Wczasy tym koncertem promowali swój najnowszy, zeszłoroczny album „Dżungla„, o którym pisałem TUTAJ. Dlatego też blisko 80 minutowy koncert składał się głównie z najnowszych piosenek. Nie zabrakło zatem takich utworów jak: „Biegać„, „Policja„, „Słodkie Marzenia” czy też „Brakuje Ci Snu„. Osobiście trochę żałowałem, że nie zagrali zawadiackiego „Gitarka„. Pomimo tego, że bardzo cenię te nowe utwory to dało się jednak odczuć, że widownia wyczekiwała tych starych hitów z płyty „Zawody„. Dlatego też nie dziwi mnie, że zabawa zaczęła się pod koniec koncertu kiedy otrzymaliśmy legendarne już niemal „Dzisiaj jeszcze tańczę” czy też „Jesteś Najlepszy„. Z zeszłorocznej „Dżungli” takie same reakcje wywołał utwór „Chwila„. Nie zabrakło także utworów z ich drugiego krążka „To wszystko kiedyś minie”, gdyż z sceny wybrzmiało: „Tyle Słów” czy też „Polska (serce rośnie)”.
Występ Wczasów live to gwarantowany dobrze spędzony czas. Chłopaki potrafią wciągnąć swoją muzyką, i tak jak na płytach dostarczają jednocześnie rozrywki, jak i momentów refleksji. Na scenie idealnie równoważą oba nastroje. Setlista zawierała zarówno ich największe „przeboje” jak i najlepsze momenty z najnowszej płyty. Co do brzmienia, nie mam zastrzeżeń, gdyż ich muzyka brzmiała dobrze z każdego miejsca w tym niewielkim klubie. No i fajnie, że dało się kupić merch i zrobić pamiątkowe foto. Z pewnością wybiorę się jeszcze na koncert Wczasów, gdy będzie okazja. Wam także radzę to zrobić, jeżeli jeszcze nie widzieliście togo wielkopolskiego bandu.
Od wydania „Testing” – ostatniej płyty rapera A$AP Rocky’ego mija właśnie osiem lat. W tym czasie wiele wydarzyło się w życiu popularnego Flacko. Przede wszystkim został ojcem, a jego życiową partnerką pozostaje Rihanna. Poza tym działo się wiele. Od gównianych spraw jak oskarżenie o postrzelenie A$AP Relliego, po te pozytywne jak chociażby zostanie dyrektorem kreatywnym marki Ray-Ban czy też kampanie Diora czy też Gucciego. Ponadto występował w filmach, pojawiał się gościnnie u innych artystów (świetny duet z Slowthaiem) oraz rozwijał swoją modową zajawkę. Normalnie człowiek renesansu, a przy tym mąż i ojciec. I gdzie tu znaleźć czas na wejście do studia? W końcu jedank fani się doczekali, bo artysta wrócił ze swoim czwartym w kolekcji albumem długogrającym „Don’t Be Dumb”.
Czytając opinie o najnowszej pozycji od Rakima Mayersa, mam wrażenie, że fani jak i recenzenci trochę nie doceniają tego krążka. Może nie jest to pozycja tak mocna jak ostatnie krążki od chociażby Kendricka Lamara czy też Tylera, jednak w mojej opinii zasługuje na wyższą notę niż 7 (która w gruncie rzeczy jest też dobrą oceną). Flacko na „Don’t Be Dumb” z jednej strony pozostaje trillującym gościem, który wciąż ma w sobie ten cały SWAG. Początek płyty jest tego dowodem. Takie utwory jak: „Order of Protection„, „Helicopter” czy też „Stole Ya Flow” to typowe dla niego rapowe bangery. Z drugiej strony otrzymujemy takie kawałki jak: „Don’t Be Dumb/Trip Baby„, „STAY HERE 4 LIFE” czy też „THE END„, gdzie raper porusza temat ojcostwa, stabilnego życia, polityki, globalnego ocieplenia, rasizmu, brutalności policji. A z jeszcze innej strony A$AP Rocky wyjątkowo bawi się gatunkami. Mamy tutaj jazzowy „Robbery„, techno-rave’owy „STFU” czy też indie rockowy „Punk Rocky„.
O różnorodności gatunkowej świadczą także nazwiska, które się tutaj pojawiają. Popularna w Stanach indie rockowa wokalistka Jessica Pratt, Gorillaz – czyli Damon Albarn i jego ekipa specjalizująca się już w mieszaniu gatunków, Tyler, The Creator – raper, który notorycznie wychodzi poza hip-hopowe schematy. Słuchając tej płyty, czuję i widzę, że mam do czynienia z produktem mocno przemyślanym i dobrze zaprezentowanym. W końcu gościu miał osiem lat by to wszystko w głowie poukładać, hehe. Filmowe teledyski, okładka zaprojektowana przez Tima Burtona, spektakularni goście na płycie, mieszanka gatunków oraz poruszanych tematów. To wszystko składa się na obraz „Don’t Be Dumb„.
Cóż tu więcej rzec? Nie bądźcie głupi, słuchajcie dobrej muzy, cieszcie się życiem i nie zachwycajcie się pomarańczowymi Stanami Zjednoczonymi, bo obecnie temu krajowi bliżej do Rosji aniżeli cywilizowanemu światu. Ocena: 8/10.
Tradycyjnie nowy rok zaczynam od podsumowania minionego roku. 2025 pod względem muzycznym był dość ciekawym rokiem dla mnie. Większość moich ulubionych artystów (Wczasy, Mac DeMarco, Deafheaven, The Horrors, Wavves) wydało nowy materiał. Niestety nie każdy był na tyle wartościowy by się znaleźć na mojej liście TOP15. Co więcej zaliczyłem sporo fajnych koncertów, no i co najważniejsze na scenę wrócił Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Także działo się. A jakie albumy są w mojej ocenie najlepsze? O tym poniżej.
15. Geese – Getting Killed. Podobno tylko oni są w stanie uratować tegoroczny OFF Festival przed totalną katastrofą. I może być w tym sporo prawdy, gdyż „Getting Killed” to najlepsza zeszłoroczna pozycja z okolic indie rockowych. Także, Panie Rojek, staraj się tam bardziej.
14. Bads Bunny – Debí Tirar Más Fotos. Lubicie latino-trap? Jeżeli nie wiedzieliście (tak jak ja) do tej pory, że istnieje taki gatunek to sprawdźcie najnowszy album od Bads Bunny. Uwierzcie, że poczujecie ciepły klimat pomimo panującego mrozu za oknem.
13. Kali Uchis – Sincerely. Amerykańska wokalistka o kolumbijskich korzeniach nie zwalnia tema. W 2024 roku zachwycałem się jej kapitalnym „Orquideas„, nie minął rok a ja znowu jestem pod wrażeniem. Tym razem pięknym melodiom towarzyszącym „Sincerely„. Ten album to niekończąca się ballada, tylko, że tym razem śpiewana w języku Szekspira.
12. Tame Impala – Deadbeat. Kevin Parker wrócił po pięciu latach przerwy. Wrzucił dwa single nagrane w starym stylu, by przysłonić prawdę. A prawda jest taka, że Australijczykowi znudziły się już psychodeliczne klimaty i gitarowe granie. Obrał drogę konsolety i tworzenia muzyki elektronicznej. Trochę szkoda, bo przecież uznanie zyskał za sprawą tej psychodelii zawartej na „Lonerism” oraz „Currents„. Jednak szanuje jego wybór, a elektroniczna strona Parkera jest również spoko, co udowadnia „Deadbeat„.
11. Oneohtrix Point Never – Tranquilizer. Jako coroczny uczestnik katowieckiego Tauron Nowa Muzyka Katowice w obowiązku miałem wyróżnić najnowszy album Daniela Lopatina. Główną zaletą tego materiału jest jego wysoki, równy poziom. W zeszłym roku nie było niczego z pogranicza elektroniki i ambientu.
10. Trupa Trupa – Mourners EP. Być może Grzegorz Kwiatkowski i spółka cieszą się większym uznaniem za Oceanem, niż w rodzimym kraju. Pora to zmienić, gdyż ich materiał ponownie się broni. Co prawda to tylko 13 minut muzyki, ale za to jakiej! Czekam na kolejny, konkretny krążek w klimacie post punkowym. Tym razem w formie długograja.
9. Perfume Genius – Glory. Ta płyta przypomniała mi stare dzieje, kiedy zasłuchiwałem się w takich kapelach jak Fleet Foxes czy też Wolf Parade. A że człowiek z wiekiem staje się bardziej sentymentalny to docenia fakt, że ktoś jeszcze bawi się w takie folkowe klimaty. Wiem, jestem jak ten stary pierdziel z Teraz Rocka, który do śmierci będzie słuchał tylko Pink Floyd. Czytelnicy w moim wieku i starsi mnie zrozumieją, ci młodsi jeszcze mają na ten czas. A póki co doceniam „Glory” bo to kolejny dowód na to, że Michael Alden Hadreas to dobry pieśniarz jest.
8. FKA Twigs – EUSEXUA. Pani Barnett nie rozpieszcza swoich fanów częstymi wydawnictwami. Od momentu debiutu w 2014 roku, kiedy ukazał się „LP1” wydała tylko dwa albumy. W tym zeszłoroczny „EUSEXUA”. Jednak stare porzekadło, że liczy się jakość nie ilość, ma tutaj sporo racji. Pięknie są tutaj eksponowane elektroniczne klimaty lat 90.
7. Bon Iver – SABLE, fABLE. Co prawda nie jest to „For Emma, Forever Ago„, ale nie ma źle. Poza tym drugi taki album już mu się nigdy nie trafi, a zeszłoroczny „SABLE, fABLE” na prawdę dobrze mi się słuchało.
6. Wczasy – Dżungla. Są i oni, cali na biało wjeżdżają na swoich rumakach by obwieścić, że wciąż nie jest dobrze. Wczasy kocham przede wszystkim za świetne, pełne rozgoryczenia, ironii i humoru teksty. „Dżungla” pod tym względem mnie nie rozczarowała, a wręcz przeciwnie zachwyciła. Z każdym nowym odsłuchem wyłapuje kolejne smaczki.
5. Tyler, The Creator – DON’T TAP THE GLASS. Niech nie zmyli was mainstremowy sukces utworu „Sugar On My Tongue”, który stał się wiralem. Ta płyta to coś znacznie więcej aniżeli rolki na tiktoku a sam Okonma przekonuje o tym dość często, przy wydawaniu nowych albumów.
4. Deafheaven – Lonely People With Power. Jeden z nielicznych moich ulubionych zespołów, który nowym wydawnictwem w tym roku potwierdził swoją jakość. Grupa wykonująca tzw „Blackgaze” wróciła ponownie bardziej do black, aniżeli gaze. Jednak nie brakuje tutaj melodii, za które pokochałem ich twórczość. Wciąż liczę, że pojawią się w tym roku w Polsce na czymś więcej aniżeli support.
3. The Horrors – Night Life. Na brytyjczyków z Farisem Badwanem na czele można stawiać ślepo. Goście, nie przerwanie od momentu debiutu w 2007 roku utrzymują wysoki poziom. Ba, można wręcz powiedzieć, że z każdym kolejnym krążkiem są coraz lepsi. Czy ktoś kiedykolwiek miał przez prawie dwie dekady taką tendencję wzrostową? Na „Night Life” przybierają ciuchy dawnych Depeche Mode i celebrują synth-popowe brzmienia lat 80. Słucha tego się wybornie!
2.Dijon – Baby. W swojej recenzji tego krążka obwieściłem, że odnalazł się już następca zmarłego w minionym roku D’Angelo. Zdanie podtrzymuje, to wciąż piękne i przejmujące granie spod znaku R’n’B i soulu.
1. Blood Orange – Essex Honey. Przez większą część roku nie miałem faworyta na pozycję numer jeden za miniony roku. Do momentu, aż usłyszałem „Essex Honey„. Co prawda znam twórczość Blood Orange i wiem, że gość potrafi nagrywać dobrą muzykę. Nie sądziłem jednak, że jego album odnajdzie aż takie uznanie w moim jakikolwiek rankingu. Być może to sprawa Devonté Hynesa, który wszedł na wyżyny swojej twórczość. A być może to ja, bardziej dojrzały i wrażliwy na jego muzykę. Co by jednak nie mówić, to „Essex Honey” jest wybitną płytą i trzeba to powiedzieć, by to wybrzmiało.