Nowe oblicze L.Stadt

No i proszę! Kolejna pozytywna zmiana u polskiego wykonawcy. Co prawda, po zmianie kierunku jaki obrała Brodka już jakiś czas temu, powrocie do korzeni Stachurskiego, pójście w blues Natalii Przybysz i próbie przeniesienia Opola do Kielc, nic nie jest już w stanie mnie zadziwić w rodzimym interesie muzycznym. Jednakże każdy taki skok w bok przyciąga uwagę troszkę bardziej. Tak jest i tym razem. L.Stadt znani głównie z gitarowych, indie rockowych kompozycji poszli na całość i zaczęli eksperymentować z brzmieniem. Z tym, że to nie jest to eksperymentowanie w stylu rockowych kapel, które postanowiły zatrudnić klawiszowca. To rozszerzenie brzmienia i zmiana stylu całkowita.

Kapela z Łodzi zasłynęła w 2008 roku, głównie dzięki chwytliwej balladzie „Londyn„. Ich gitarowe piosenki z debiutanckiego krążka nie były złe, ale też nie były wybitne. W 2010 roku ekipa Łukasza Lacha (Brat Izy, o której na blogu pisałem nie raz) wydała kolejny krążek „EL.P„, który przyciągnął moją uwagę głównie kapitalnym teledyskiem do „Death of a Surfer Girl”. W 2013 roku łodzianie po raz kolejny się aktywowali za sprawą epki „You Gotta Move„, która przeszła raczej bez większego echa.

Inaczej sprawa ma się z tegorocznym, najnowszym krążkiem L.Stadt zatytułowanym „L.Story‚”. Grupa bawi się na nim brzmieniem niczym Thundercat serwując nam sporo psychodelicznych odlotów, połączonych z garażowym rockiem i elementami gospelu. Zespół z Łodzi przekonuje nas, że zabawa brzmieniem nie musi być przewidywalna i nudna. No i bogactwo instrumentów została użyta z głową. W utworze „Gdybym” L.Stad pokazuje jak powinien wyglądać powrót Fleet Foxes, natomiast „Halo” to podręcznikowy przykład jak prowadzić w utworze narracje. Singlowe „Oczy kamienic” to oczywiście bardzo dobry utwór, jednak reszta wcale nie jest gorsza. Teksty za pierwszym razem wydawały mi się banalne i nieporywające, jednak gdy wsłuchałem się bardziej w ten album to doceniłem bardziej te kompozycje. To bardzo melancholijne utwory o przemijaniu i przywiązaniu do miejsca, czyli nie lada gratka dla każdego, kto lubi od czasu do czasu się posmucić, zatrzymać się i zastanowić.

Podsumowując, najnowsza płyta L.Stadt to pozycja obowiązkowa dla każdego spragnionego dobrych i ambitnych nutek słuchacza. „L.Story” to ciekawa, intrygująca płyta o przemijaniu, która broni się za sprawą bogatych brzmień i niekujący tekstów w języku polskim. Jestem jak najbardziej na TAK. Ocena: 8/10.

2 uwagi do wpisu “Nowe oblicze L.Stadt

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.