Powrót do korzeni – recenzja albumu „WE” Arcade Fire

Słuchając najnowszej płyty Arcade Fire doszedłem do jednej konkluzji – Kanadyjczycy indie-rockowcy nie są w stanie mnie już zaskoczyć. Ich poprzedni krążek „Everything Now„, który ukazał się pięć lat temu był pewnego rodzaju nowinką. Z tym, że pójście w bardziej popowe rejony było pewnego rodzaju naturalną konsekwencją. Tym samym również wydaje się powrót do korzeni ich twórczości. Butler z rodzinką nawiązuje na tegorocznym „WE” do początków swojej kariery a zgromadzone tutaj utwory to hołd zarówno dla „Neon Bible” jak i „Everything Now„.

Pierwszy, dwu-częściowy „Age of Anxiety” próbuje się bawić w taneczny indie-pop. Jednak w dalszych kompozycjach grupa powraca do dawniejszych klimatów. I tak „Prelude” przypomina mi, że moja miłość do grupy rozpoczęła się od chwytania za serducho w „My Body Is A Cage” czy też „My Heart Is An Apple”. Swoją drogą, czy tylko ja słyszę jak w „End of the Empire I-III” Butler i spółką inspirują się Davidem Bowie z lat 70? To prawdopodobnie najpiękniejsza piosenka na płycie. Co więcej grupa nie traci pędu i całkiem sprawnie przechodzi w podobne tony na „End of the Empire IV (Sagittarius A)„.

The Lightning I” oraz „The Lightning II” to z kolei nieco folkowa próba nawiązania do debiutu. Co prawda Win Butler się tutaj dwoi i troi, jednak ciężko jest nagrać coś równie pięknego jak „Funeral„. Wiejska sielanka trwa dalej na utworze „Unconditional I (Lookout Kid)„, gdzie najlepiej słychać inspiracje Neilem Youngiem i Bobem Dylanem. Z lat 70 grupa szybko przeskakuje do modnych w ostatnie czasie lat 80 w „Unconditional II (Race and Religion)„, gdzie prze wokalu Regine Butler i synth-popowym podkładzie gościnnie występuje Peter Gabriel. To jeden z ciekawszych momentów na płycie i troszkę szkoda, że nie pokusili się na odważniejsze kroki by pójść w tym kierunku. Całość kończy tytułowe „WE„, które ponownie powraca w folkowe klimaty.

Podsumowując, najnowsza płyta Arcade Fire to nie tylko powrót do korzeni własnej twórczości, ale także szybko podróż w czasie po minionych epokach. Folk lat 60, pop z lat 70 oraz synth-pop lat 80 to główne kierunki jakie obrała kanadyjska super indie grupa. Rozczarowanie jest fakt, że Arcade Fire przyjeżdża do Polski dopiero przy okazji wydania szóstego albumu. A może i nie? Bo jak patrzę, że to wydarzenie organizuje Live Nation, który próbuje na koncercie odbić sobie straty spowodowane przez pandemię covid to nie mam żalu, że w portfelu zostanie mi parę setek a Arcade Fire posłucham na scenie domowej. „WE” jak każda płyta Kanadyjczyków ma swoje momenty, a do tych na pewno będę nie raz wracał. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.