Uwaga, uwaga! Konkurs!

Uwaga wszyscy czytelnicy Bloga! Mam dla Was konkurs z nagrodami. To pierwsza tego typu inicjatywa na blogu, dlatego tym milej mi informować Was o konkursie.

Jest on związany z wyprodukowanym przez Canal + serialem „Krew z Krwi”. Utrzymana w klimacie dramatu sensacyjnego „Krew z Krwi” to pełna emocji i zaskakujących zwrotów akcji opowieść o kobiecie, która po tragicznej śmierci męża rozpoczyna niebezpieczną grę z mafią, by ratować siebie i dzieci. Kreowana przez Kuleszę Carmen wpisuje się w najnowszy nurt amerykańskich i europejskich seriali, w których  pierwszoplanową rolę odgrywa silna, dojrzała i kontrowersyjna kobieta. Z pewnością jest to pozycja ciekawsza niż obecne pseudo-seriale produkowane przez inne stacje komercyjne. Serial ten zobaczyć będziecie mogli na stacji Canal Plus już od 3 września.

Wróćmy jednak do samego konkursu. Zasady są proste. Wystarczy wysłać na adres: paweuualternativblog@gmail.com nazwiska pięciu aktorów występujących w serialu „Krew z Krwi”. Wiadomość należy zatytułować „Konkurs 1” oraz podpisać swoim imieniem i nazwiskiem oraz miejscowością. Nagrodami są kubki termiczne z wypalonymi autografami aktorów, grających w serialu. Spośród poprawnych odpowiedzi wylosowanych zostanie dwójka zwycięzców. Na zgłoszenia czekam do jutra (28.08.2012) do godziny 24:00. Powodzenia!

Yeasayer – Fragrant World

Wakacyjna propozycja od Yeasayer.

Yeasayer to jedna z tych grup, której każde nowe wydawnictwo budzi wiele sprzecznych odczuć. Wszystko za sprawą genialnego, debiutanckiego albumu „All Hour Cymbals” do którego siłą rzeczy porównuje się każdą nową płytę nowojorskiego bandu. Amerykanie nie lubią stać w miejscu i często eksperymentują ze swoją muzyką. Dla ortodoksyjnych fanów debiutu Yeasayer często te eksperymenty są gorzką pigułką do przełknięcia.

Na najnowszym albumie „Fregrant World” nie jest inaczej. W porównaniu do swoich poprzedniczek płyta ta wydaje się być dojrzalsza. Utwory na niej są bardziej odważne przy jednoczesnym nie odchodzeniu od typowo popowego brzmienia. W zasadzie pop, który serwuje na zespół z Brooklynu śmiało można nazwać „plemiennym popem”. To muzyka miejskiej dżungli jakim jest Nowy Jork. Całkowicie inny punkt widzenia. Podziwiam ich za to. Yeasayer na trzech swoich dotychczasowych krążkach wypracował swój, własny niepodrabialny styl. A trzeba przyznać, że obecnie jest to nie lada sztuka przy zalewie całej masy przeciętnych melodii i wtórnych pomysłów.

Mocną stroną grupy jest umiejętność nagrywania świetnych singli. Słuchając „Fregrant World” od razu słychać, które utwory będą tymi promującymi płytę. Jednak nie oznacza to, że reszta piosenek jest gorsza. Wręcz przeciwnie. Reszta jest po prostu taj jakby „mniej radiowa”. Jednak  czego bym nie napisał o tej płycie to i tak znajdzie się spora część czytelników, która będzie kręcić nosem. Dlatego odsyłam każdego do przesłuchania „Fregrant World” i wypracowania swojej własnej opinii. Od siebie dodam tylko tyle, że jak dla mnie ta płyta jest na prawdę dobra i z całkowitą pewnością będzie mi towarzyszyć aż do coraz szybciej nadchodzącej jesieni. Ocena: 8/10.

 

Passion Pit – Gossamer

Wakacji ciąg dalszy.

Pora na kolejną płytę z serii tych wakacyjnych. Drugą najczęściej przeze mnie katowaną płytą na urlopie po albumie Franka Oceana było najnowsze dzieło Passion Pit „Gossamer”. Dla amerykańskiej grupy indie-popowej z Cambridge jest to drugi krążek w dorobku, jednak dopiero teraz udało się podbić listy przebojów.

Przepis na sukces okazał się bardzo prosty. Wystarczyło zgromadzić na „Gossamer” kawałki electro-pop’owe spod znaku MGMT z chwytliwymi, melodyjnymi refrenami. I mimo, że wydaje się to być prymitywne to w pewien sposób zmusili mnie do powrotu do naiwnych czasów kiedy na wakacyjnych imprezach słuchało się tanecznych hitów od Klaxons. Jednak dla tych kilku chwil bezrefleksyjnego odpoczynku jestem w stanie im to wybaczyć. Poza tym dobrze się tego słucha, zanim się obejrzymy cała płyta jest już przesłuchana. I trzeba ją włączać od początku.

Słuchając takich kawałków jak „I’ll Be Alright”, „Take a Walk” czy też „Hideaway” aż czuje się cukier w uszach. Kolorowe synthowe melodie, falsetowy wokal, rozbudowana perkusja dodaje wakacyjnego klimatu. I mimo, że za kilka miesięcy nie będziemy pamiętać o tych piosenkach to na chwilę obecną do radia samochodowego czy też słuchawek pasuje to jak ulał. Poza tym jak puścimy na jakiejś imprezie to przy odrobinie słodkich drinków będzie można się do tego „pobawić”. Słuchając tych utworów nie ma obciachowej nędzy bo jakąś minimalną wartość estetyczną ta płyta prezentuje. Może i nie jest to elektronika tych wymiarów co kawałki robione z nudów przez Thoma Yorke’a, ale przecież mowa o albumie, który z definicji musi być lekki i łatwy do strawienia. Bawcie się, odpoczywajcie, relaksujcie i słuchajcie Passion Pit. Ocena: 7/10.